Z wokalistką Andreą Rischką o śpiewaniu po niemiecku, miłości do szlagrów, muzycznej drodze i powrocie do własnych korzeni, rozmawia Anna Durecka.
Pamiętam, że kiedy pierwszy raz rozmawiałyśmy, byłaś jeszcze uczennicą szkoły muzycznej w Opolu. To było kilkanaście lat temu. Jak patrzysz dziś na tamtą dziewczynę, która dopiero rozpoczynała swoją muzyczną i życiową drogę? Czy czujesz, że sprostałaś swoim własnym oczekiwaniom?
Jestem zadowolona. Oczywiście czasami, gdy patrzę na siebie i swoje życie z boku, to myślę, że pewne rzeczy mogłyby się potoczyć inaczej, że może tę karierę można było bardziej rozwinąć i pójść w inną stronę, Jednak podjęłam decyzję, że nie chcę utracić tego drugiego aspektu życia, czyli zbudować własną rodzinę. I w momencie, kiedy był na to czas, to sobie wszystko poplanowałam. Bo zawsze miałam plan: studia, wesele, kolejne studia, dziecko i tak dalej. Żeby mieć wszystko. Ale gdzieś tam jeszcze cały czas było to muzykowanie i fajnie, że ono cały czas jest.
Byłaś właściwie pierwszą wokalistką, która zaczęła śpiewać po niemiecku na Śląsku. Dla tych wielu dziewczyn śpiewających dzisiaj po niemiecku byłaś pionierką. Czy miałaś wówczas świadomość, że robisz coś nowego i że wymaga to odwagi?
Nie. Dopiero później to do mnie dotarło. Przyznam szczerze, że raz zdarzył mi się taki incydent na koncercie w Opolu, że ktoś do mnie podszedł i wyrzucał mi, że zapomniałam już, jak się po polsku śpiewa. Takie nieprzyjemne sytuacje pojawiały się też wcześniej, nawet ze strony nauczycieli czy wychowawców w bursie, w której mieszkałam. Na szczęście z drugiej strony było bardzo wiele osób z mojego środowiska, znajomych i przyjaciół, którzy wywodzili się z tego samego świata co ja, z tych wiosek spod Opola, gdzie kultura niemiecka i zespoły mniejszości niemieckiej już funkcjonowały. Dlatego dla mnie było to więc naturalne. U mnie na wsi był jeden chór i śpiewał po niemiecku. Więc zaczęłam w nim śpiewać. A pamiętam, że wtedy to był dla mnie ogromny zaszczyt, że ja w ogóle mogę z nimi śpiewać.
„Na nowo odkryłam piękno prostoty. Zrozumiałam, że przez całe życie powinnam śpiewać tak jak moja Oma. Miała prosty, czysty i zdrowy głos. I właśnie to jest dziś dla mnie podstawą – do tej prostoty dodaję emocje i na niej buduję każdą piosenkę.”
Wspomniałaś o tym, że najpierw trafiłaś do wiejskiego chóru. Jak wyglądały początki Twojej przygody ze śpiewaniem po niemiecku?
Jak już skończyłam szkołę podstawową nauczycielka śpiewu zapytała mnie, czy nie chciałabym wstąpić w szeregi chóru i przez wakacje przychodzić, pośpiewać. Chociaż w domu nie mówiło się po niemiecku, to byłam z tym językiem osłuchana, bo w tle leciały te niemieckie szlagiery. Z niemieckim stykałam się też podczas spotkań z kuzynami z zagranicy. Nadal mi się wydaje, że słychać, że nie jestem rodowitą Niemką. Ale jak śpiewam, to podobno tego nie słychać. Kiedyś nawet w Niemczech przy okazji jakiegoś wywiadu usłyszałam takie zdanie. I pytali, jak to możliwe. Ale myślę, że to po prostu muzyka. Muzycy i osoby, które śpiewają, często szybciej łapią akcent. Muzyka jest czymś wyjątkowym. Daje nam nie tylko moc przekazu, ale też pewność siebie.
Kiedy pojawił się moment, że zaczęłaś śpiewać sama, jako solistka?
Do pierwszego występu namówiła mnie dyrygentka chóru, w którym śpiewałam. Powiedziała: „Chodź, zaśpiewamy coś razem, przygotujmy jeden utwór i wejdźmy zaśpiewać”. To było podczas festiwalu chórów w Walcach. Rok później byłam już odważniejsza i sama zaproponowałam, że coś zaśpiewam, tym razem solo. Zaśpiewałam trzy piosenki Helene Fischer: „Feuer am Horizont“, „Und Morgen früh küss ich dich wach“ und „Mitten im Paradies“. To był rok 2007.

Śpiew klasyczny, jazz i wreszcie powrót do własnych korzeni: Andrea Rischka opowiada o swoim muzycznym rozwoju.
Foto: Tomasz Chabior
Co działo się później? Jak wyglądały początki Twojej kariery scenicznej?
Do Walec przyjeżdżało dużo osób z całej Opolszczyzny, z różnych zespołów. To też często były też osoby, które miały wpływ na lokalną kulturę w swoich miejscowościach. Więc ten kontakt nawiązywał się automatycznie. Pierwszy, taki dłuższy, około 40-minutowy koncert miałam pod Częstochową w Lublińcu. To był mój pierwszy taki dłuższy występ, nie jedna piosenka, tylko dłuższy program. To było dla mnie duże wydarzenie.
Jakie są jeszcze takie momenty muzyczne, które szczególnie zapadły Ci w pamięć?
Bardzo ważnym dla mnie momentem w życiu był występ we Wrocławiu na trzecim Festiwalu Kultury Mniejszości Niemieckiej w Polsce. Pamiętam, że halę wypełniało chyba około 8 tysięcy ludzi. To było dla mnie ogromne wydarzenie. To był też pierwszy raz, kiedy śpiewałam na scenie z takimi gwiazdami jak Geschwister Hoffmann, które były mi znane od małego. Możliwość występu obok takich osób i poznania ich, była czymś bardzo wyjątkowym.
„Szlagier to to, co brzmi w mojej duszy. Kocham niemieckie szlagiery. Łatwiej jest mi napisać tekst po niemiecku niż po polsku. Szlagier po prostu noszę w sercu.”
Jesteś już prawie 20 lat na scenie. Czy czujesz, że przez ten czas zmieniłaś się muzycznie?
Na pewno się zmieniłam. Na początku towarzyszyły mi głównie szlagiery. Gdzieś tam zahaczyłam też o muzykę klasyczną w szkole muzycznej. Potem było trochę tej klasycznej muzyki wokalnej, bo skończyłam wokal klasyczny w szkole muzycznej w Opolu. A wcześniej? Wiadomo: jak dziołcha na wsi umiała śpiewać, to w kościele coś zaśpiewała. Tam były moje pierwsze „Ave Maria”. Nieważne jakim głosem, ważne, że umiałam zaśpiewać. Jak sobie dzisiaj, z perspektywy nauczyciela głosu i coacha wokalnego, o tym pomyślę, to pewnie różnie to wtedy brzmiało. Ale widocznie było dobrze, skoro ludzie chcieli, żebym uświetniała im uroczystości.

To, co zaczęło się od śpiewania w wiejskim chórze, zaprowadziło Andreę Rischkę na wielkie sceny i stało się początkiem jej niemal 20-letniej kariery.
Foto: Tomasz Chabior
Kiedy poczułaś, że sam talent już nie wystarcza i trzeba popracować nad techniką?
W momencie, kiedy zaczęłam dużo koncertować i czułam, że głos mi ucieka, że się bardzo męczy. Nie miałam takiej techniki, narzędzi do pracy z głosem, jakich potrzebowałam. Dlatego zaczęłam szukać miejsca, gdzie mogłabym nauczyć się śpiewać bardziej technicznie, tak żeby wytrzymać te koncerty.
I wtedy zdecydowałaś się na dalszą edukację muzyczną?
Tak. Chciałam pójść na studia wokalne, ale nie klasyczne. W Polsce wtedy były właściwie dwie możliwości: albo klasyka, albo jazz. Był jeszcze musical w Gdańsku, ale nie chciałam wyjeżdżać tak daleko. I w ten sposób trafiłam do Nysy, do najlepszego nauczyciela świata – pani Danusi Sendeckiej. Miałam ogromne szczęście.
„Muzyka jest czymś wyjątkowym. Daje nam nie tylko siłę, by wyrażać siebie, ale także pewność siebie.”
Czy te studia były dla Ciebie wyzwaniem?
Na pewno. Musiałam uczyć się improwizacji, śpiewania kawałków, których wcześniej nie śpiewałam. Na szczęście miałam bardzo dobre przygotowanie muzyczne po szkole muzycznej. Starałam się podwójnie, bo gdzieś z tyłu słyszałam komentarze, że śpiewam szlagiery, że to takie „disco polo”, a jazz często określany jest jako wytworna muzyka. To budowało we mnie uczucie niepewności. Ale właśnie te wszystkie doświadczenia sprawiły, że dzisiaj jestem innym człowiekiem muzycznie.

Język niemiecki i kultura jej rodzinnych stron towarzyszą Andrei Rischce od dzieciństwa i do dziś kształtują jej muzyczną drogę.
Foto: Tomasz Chabior
Czy wyjście poza szlagiery i poznawanie nowych gatunków muzycznych sprawiło, że inaczej spojrzałaś na swoje korzenie i dziedzictwo muzyczne?
Jeżeli chodzi o sam śpiew, to długo szukałam czegoś, co wzmocni mój głos. Szukałam jakiejś szkoły, technik. A rozwiązaniem okazał się właśnie powrót do korzeni, czyli do tego, jak śpiewała moja Oma w kościele. Zawsze pamiętam, że koleżanki się śmiały: „A twoją Omę to najbardziej słychać”. Jak Oma była w kościele, to od razu było wiadomo, bo miała taki mocny głos. A ja długo szukałam innych wzorców. Osłuchiwałam się z głosem nauczycielki, z głosem różnych piosenkarek, które wtedy mi się podobały. A przez wokal klasyczny, potem jazz i naukę techniki wróciłam znowu macierzy, czyli do tego, jak śpiewała moja Oma. Do tego mocnego, zdrowego, pięknego głosu. Na nowo odkryłam piękno prostoty. Zrozumiałam, że całe życie powinnam śpiewać właśnie tak jak moja Oma. Ona miała taki prosty, biały głos, taki zdrowy. I to jest właśnie dla mnie teraz ta podstawa, do której dodaję emocje i na tym opieram piosenkę.
A jeżeli chodzi o muzykę – czy nadal lubisz szlagiery? Czy zdradziłaś je na rzecz innych gatunków?
Nie. Nawet, kiedy mam taki moment, że chcę coś wymyślić, jakąś muzykę skomponować, to automatycznie ciągnie mnie do szlagru. Mam czasami takie poczucie: „Ojej, to jest zbyt szlagrowe”. Ale z drugiej strony to jest fajne. To jest to, co mi w duszy gra. Wolę śpiewać niemieckie szlagiery. Łatwiej mi napisać tekst po niemiecku niż po polsku. Szlagier mam w sercu po prostu.
