Czy niechęć do podróżowania i opuszczania własnego domu może być uwarunkowana genetycznie? Jeśli tak, to wśród Ślązaków ta mutacja wydaje się wyjątkowo rozpowszechniona. A już na pewno ma swoje historyczne uzasadnienie. W końcu Górny Śląsk na przestrzeni wieków wielokrotnie zmieniał państwowe granice. Jeden pan odchodził, drugi przychodził. Wielki świat był więc miejscem absolutnie nieprzewidywalnym, a co za tym idzie groźnym. Ślązak czuł się naprawdę bezpiecznie jedynie we własnych czterech ścianach. Tuż za płotem zaczynała się kraina chaosu. Dom oznaczał bezpieczeństwo i poczucie stabilizacji. I tak to lęk przed nieznanym przechodził z jednego śląskiego pokolenia na drugie.
Naprawdę, nie ma się z czego śmiać. Dziedziczone traumy są zjawiskiem zbadanym przez współczesną naukę. Na szczęście po kilku stuleciach nawet one trochę bledną. Pozostają jednak echa: niechęć do opuszczania chałpy, nieufność wobec obcych zwyczajów i krajów, chorobliwe przywiązanie do własnego materaca oraz uzależnienie od parkowania w tym jednym, konkretnym miejscu pod kościołem. Jeśli te skłonności nie są dziedziczone, to nie wiem, co jest.
Ślązak czuł się naprawdę bezpiecznie tylko we własnych czterech ścianach. Za płotem zaczyna się nieprzewidywalna kraina chaosu.
W każdym razie mój ojciec odziedziczył ten dominujący gen. A tego lata jego tolerancja wobec przekraczania granic państwowych zostanie wystawiona na próbę. Namówiliśmy go bowiem na rodzinne wakacje w Chorwacji. Zgodził się na wyjazd w chwili słabości, może był akurat w słabej formie psychicznej. Od tamtej pory nie było chyba dnia, żeby nie żałował tej spontanicznej decyzji. Bo jedno jest pewne już dziś: podczas jego nieobecności dom i ogród niewątpliwie czeka apokalipsa. Katastrofy naturalne i złodzieje tylko czekają, aż Josef opuści śląską ziemię. A kiedy to zrobi, wszystko będzie stracone. Zwłaszcza pomidory, które właśnie zaczynają dojrzewać i z których po jego powrocie nie zostanie zapewne nic, absolutnie nic.

Josef martwił się nie tyle o własny dobrostan, co o kondycję swojego ogrodu.
Foto: Fabiana Targino/Unsplash
Zresztą: po co on w ogóle ma gdzieś wyjeżdżać? Dzięki Google Street View można przecież dziś zwiedzić cały świat, nie ruszając się z domu. A morze już przecież raz widział. Co prawda polskie, ale woda to woda.
Jego jedyna pociecha: być może to będą jego ostatnie wakacje. Ma już ponad 70 lat i kto wie, czy w ogóle wróci żywy z tej obczyzny. Zresztą ważniejsze jest zupełnie inne pytanie: kto w tym czasie zajmie się pomidorami? Chociaż… właściwie nie. Bo nikt nie zrobi tego przecież tak dobrze jak sam Josef.