Z Sylwią Kus, wiceprzewodniczącą zarządu VdG, przewodniczącą rady powiatu oleskiego, sekretarzem gminy Radłów oraz sekretarzem opolskiego TSKN, rozmawia Krzysztof Świerc.
Często spotykam się z twierdzeniem, że Sylwia Kus to „kobieta orkiestra”, której przez mnogość obowiązków z trudem starcza doba. Proszę powiedzieć, jakie funkcje pani pełni?
Przede wszystkim jestem sekretarzem gminy Radłów, gdzie pracuję na co dzień. Do tego od czterech kadencji pełnię funkcję radnej powiatu oleskiego, a w obecnej kadencji piastuję zaszczytną rolę przewodniczącej rady powiatu. Jeżeli chodzi o funkcje pełnione w mniejszości niemieckiej, to na uwagę zasługuje fakt bycia wiceprzewodniczącą Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce (VdG). Poza tym od trzech kadencji jestem w zarządzie opolskiego TSKN, gdzie pełnię funkcję sekretarza.

Sylwia Kus
Foto: Tomasz Chabior
Uff… Jak daje sobie pani radę z tak dużą ilością zajęć?
Tam u góry jest ktoś, kto mi bardzo pomaga. Poza tym mam silne wsparcie rodziny i znakomitego szefa. Mówię o wójcie Włodzimierzu Kieracie, który wspiera mnie we wszystkich moich aktywnościach poza pracą. Bardzo sobie to cenię, bo dzięki temu potrafię wszystkie obowiązki godzić. Pragnę w tym miejscu dodać, że jeśli chodzi o moich szefów, to mam dużo szczęścia, bo są wobec mnie bardzo wyrozumiali, pomocni i życzliwi. Słowa te dotyczą nie tylko wójta Włodzimierza Kierata, ale też szefa TSKN i VdG Rafała Bartka.
Kiedy zrodziła się w pani pasja, a może powołanie do działalności społecznej i polityki?
Uważam, że wszystko zaczyna się w domu rodzinnym, który jest kolebką tego wszystkiego, co wynosimy dalej na zewnątrz i tak też było w moim wypadku. Mój dziadek był bardzo zaangażowanym społecznikiem i jednym z założycieli DFK Biskupice. Moja mama też była wysoce aktywną osobą, która nie tylko działała w DFK Biskupice, ale również pełniła funkcję radnej gminy Radłów. Reasumując – dom rodzinny ukształtował moją osobowość i charakter. Dzięki temu już w szkole podstawowej potrafiłam współpracować z innymi, a to między innymi zaowocowało wybraniem mnie na przewodniczącą klasy. W szkole średniej wyglądało to podobnie – nigdy nie stałam z boku, zawsze się angażowałam i wykazywałam. Wpływ na to miał z pewnością mój charakter, który mnie napędza i wciąż napędza, aby krok po kroku kierować się w stronę coraz większych i jeszcze poważniejszych działań.

Sylwia Kus.
Foto: Tomasz Chabior
Ale na studiach coś się zmieniło.
To prawda. Nie byłam już osobą, która tak mocno angażowała się w działalność różnych organizacji. Spowodowane to było tym, że jednocześnie „ciągnęłam” dwa kierunki – historię w Opolu oraz zaocznie politologię w Warszawie, a później jeszcze zrobiłam administrację i zarządzanie. Nauki miałam naprawdę sporo, co uniemożliwiało mi poważną działalność społeczną. Jednak po studiach, kiedy rozpoczęłam życie zawodowe, mój wkład w działalność społeczną znów rozkwitł. Zaczęło się od spisu rolnego, gdzie byłam jednym z rachmistrzów. Poszłam wówczas z wielką radością w teren, bo bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, a równocześnie cały czas byłam członkinią DFK. Dzięki temu stawałam się coraz bardziej rozpoznawalna. Co więcej – z każdym dniem tygodnia bardziej podobała mi się taka działalność, motywował mnie każdy, nawet najmniejszy sukces, a to oczywiście owocowało coraz większym angażowaniem się.
W efekcie wystartowała pani w wyborach do rady powiatu.
„Tam u góry jest ktoś, kto mi bardzo pomaga. Poza tym mam silne wsparcie rodziny i znakomitego szefa. Mówię o wójcie Włodzimierzu Kieracie, który wspiera mnie we wszystkich moich aktywnościach poza pracą. Bardzo sobie to cenię, bo dzięki temu potrafię wszystkie obowiązki godzić.”
Owszem, ale z ostatniego miejsca na liście. Mimo to dostałam się do rady powiatu! Było to wielkim zaskoczeniem, sądzę, że nie tylko dla mnie. Tak się jednak stało i tak zostało.
Potem było już z tzw. „górki”?
Niekoniecznie. Pierwsza kadencja, z racji tego, że była dla mnie debiutancka, do łatwych nie należała, bo wchodziłam w meandry działalności politycznej itd. Jednak z perspektywy czasu okazała się łatwiejsza od następnych. Dlaczego? W kolejnych kadencjach ludzie więcej ode mnie wymagali. Ja od siebie również, poza tym chciałam jeszcze więcej działać, wyraźniej pokazać, na co mnie stać, by w ten sposób nikogo nie zawieść, a jednocześnie podziękować za udzielony mi kredyt zaufania. Nie ukrywam, że był to i jest dla mnie motor napędowy.

Sylwia Kus.
Foto: Tomasz Chabior
Pomimo tego zawsze znajdą się krytycy. Jest pani na to przygotowana?
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze będzie tak, że wszyscy zaakceptują to, co robię. Powody mogą być różne i niekoniecznie jest to zazdrość. Po prostu jednym bardziej podoba się moja optyka działania i priorytety, a innym mniej. Od kiedy jednak wytłumaczyłam to sobie, jestem mentalnie silniejsza i spokojniejsza. Poza tym uodporniłam się na otwartą krytykę.
To oznacza, że Sylwia Kus nie ma żadnych obaw odnośnie swojej dalszej działalności?
Mam obawy! Jestem emocjonalną osobą i przychodzą do mnie momenty kryzysowe. Kiedy emocje sięgają u mnie zenitu, siadam w kącie, gdzie nikt mnie nie widzi i płaczę. Jednak następnego dnia wstaję, maluję się i kroczę dalej. Tak jest od lat. Niemniej czasami boję się, że nie dam rady, że nie powstanę. W takich chwilach obawiam się przede wszystkim wypalenia, zastygnięcia w sztywnej skorupie, sztampowego działania. Boję się również tego, że osłabnie moja kreatywność i zabraknie mi pomysłów. Na razie jednak na brak chęci i pomysłów nie narzekam. To zapewne dzięki temu, że wyznaczanie sobie kolejnych kierunków, poszukiwanie czegoś nowego z korzyścią dla ludzi dodaje mi energii i siły do działania.
Ogromnym wsparciem jest też wspomniana wcześniej pani rodzina.
Ona jest dla mnie przeogromnym dopingiem. Zawsze, kiedy mam gorsze dni, mogę na nich liczyć – czyli na moją 17-letnią córkę i 19-letniego syna. Z drugiej strony staram się oddzielać pracę zawodową i moją działalność od życia rodzinnego. Nie przenoszę emocji z pracy do domu.
Udaje się?
Należałoby zapytać moich najbliższych, ale moim zdaniem na razie udaje mi się to łączyć. Być może dzieje się tak dlatego, że moje dzieci to rozumieją, bo poza nauką też mają mnóstwo innych zadań m.in. działają w BJDM-ie, grają w gminnej orkiestrze dętej w Radłowie i są ministrantami. Cóż – chyba podobnie jak mnie napędza ich wrodzona pozytywna energia. Dlatego dobrze się rozumiemy i znakomicie ze sobą czujemy.

Sylwia Kus po godzinach.
Foto: Tomasz Chabior
Sylwia Kus po godzinach:
Do kogo się pani zwraca w sytuacjach kryzysowych?
Do Boga. Wiara ma dla mnie ogromne znaczenie. Pomaga mi we wszystkich momentach życia.
Największe marzenie?
Przede wszystkim być zdrową.
Priorytety życiowe?
Mieć kochającą rodzinę.
Jakie ma pani hobby?
Florystyka. Od ponad 25 lat charytatywnie robię dekoracje do kościoła. Poza tym kocham motoryzację, uwielbiam jeździć samochodem.
Jak dba pani o formę?
Uważam, że trochę się zaniedbałam, dlatego zaczęłam chodzić na siłownię.
Ulubiony film, aktor, książka?
Film – „Zielona mila”, książka – „Stulecie Winnych”, a jeśli chodzi o aktora, to zawsze był i jest nim Robert Redford.
Co najbardziej ceni Pani w ludziach, a czego nie znosi?
Najbardziej cenię otwartość i szczery dialog. Nie akceptuję fałszu.
Komu dałaby Pani łupnia, gdyby nadarzyła się taka okazja?
Nie żywię do nikogo takiej urazy, żeby chcieć go skrzywdzić. Nie dałoby to upustu moim emocjom.
Co ceni Pani w mężczyznach, a czego nie akceptuje?
Cenię przede wszystkim szczerość. Nie znoszę zakłamania.
Krzysztof Świerc