Gdzie bije serce

19 kwietnia 2026, 11:00 Edukacja 0

Z Martiną Osuchowski, dyrektorką Zespół Szkolno-Przedszkolnego w Gosławicach i prezeską Stowarzyszenia Kreatywnej Edukacji, o pracy,  która jest pasją i szkole, która jest drugim domem, rozmawia Anna Durecka.

Mówi pani o swoich uczniach „moje dzieci”.  To chyba znaczy, że szkoła w Gosławicach, której jest Pani dyrektorem to coś więcej niż tylko miejsce zatrudnienia czy praca?

Tak, to prawda. To jest całe moje życie. Ostatnie sześć lat to właściwie tylko Gosławice. Oczywiście nie zapomniałam o życiu prywatnym, wyszłam za mąż, ale, w szkole, to tam bije moje serce. Czasem nawet za bardzo – zdarza mi się popadać w pracoholizm, za bardzo się angażować emocjonalnie. Jednak kiedy człowiekowi na czymś tak bardzo zależy, jak mi na tej szkole, i przedszkolu, bo prowadzimy też przedszkole, to tak bywa.

Chcę też zaznaczyć, że jestem dyrektorką, ale uczę też w klasach 4–8. I właśnie uczenie dzieci to jest dla mnie najlepsza część tej pracy. Funkcja dyrektora daje sprawczość, możliwość realizowania pomysłów, pisania projektów, wspierania nauczycieli, wspaniałej współpracy z rodzicami.  Mam wspaniały zespół – ludzi, którzy kochają to miejsce. Tworzymy drużynę. Ale bycie z dziećmi to jest moje prawdziwe „ja”. To jest powołanie. To daje sens.

Oczywiście są trudne momenty. Każdy lider je ma. My, liderzy, często mierzymy się z trudnymi sytuacjami i dużą odpowiedzialnością. Ale kiedy wchodzę do klasy, widzę dzieci i myślę: warto, dla nich warto.

Martiną Osuchowski.
Foto: Tomasz Chabior

Czego Pani uczy?

Uczę biologii i przyrody, teraz także chemii, bo na rynku brakuje nauczycieli ścisłych przedmiotów. Godzin jest sporo, właściwie mógłby z tego wyjść pełen etat. Prowadzę też szkolny zespół muzyczny „Gosłowiki”.

Jak zaczęła się Pani droga zawodowa? Przecież nie od razu została Pani dyrektorką.

Zaczęło się od pracy w szkole pani Małgorzaty Wysdak. Zaczynałam w świetlicy szkolnej, gdzie zdobywałam pierwsze doświadczenia. Potem zrobiłam studia podyplomowe i zaczęłam uczyć biologii. Pracowałam w kilku placówkach. Później trafiłam na zastępstwo jako wicedyrektorka. A potem pani Małgosia zaproponowała, żebyśmy założyli stowarzyszenie i przejęli szkołę.

Martina Osuchowski: Dyrektorzy szkół często stoją w obliczu trudnych sytuacji i ponoszą dużą odpowiedzialność. Ale kiedy wchodzę do klasy i widzę dzieci, myślę: warto, warto dla nich.

Chciałabym, żeby to wyraźnie wybrzmiało: to jej zasługa. To ona mnie zauważyła, dostrzegła potencjał we mnie potencjał. To ona doczepiła mi skrzydła. Była moją mentorką. Otrzymałam także ogromne wsparcie od Bernarda Gaidy, dla którego nasza placówka jest bardzo ważna. Od początku możemy liczyć na jego życzliwość, zrozumienie i realną pomoc w wielu inicjatywach. Zawsze był osobą, która interesowała się tym, co robimy, wspierała nas w rozwijaniu szkoły i wierzyła w sens tej pracy. Dla nas to bardzo ważne, bo dzięki takim osobom łatwiej realizować pomysły i budować miejsce przyjazne dzieciom.

A obawy? Miała je Pani?

Oczywiście. Kiedy objęłam stanowisko, miałam 28 lat. Bałam się, że rodzice nie będą mnie traktować poważnie, bo dyrektor kojarzy się z kimś starszym, bardziej doświadczonym. To była moja główna obawa. Ale okazała się nieuzasadniona.

„Muzyka zawsze zajmowała ważne miejsce w moim życiu”, Martina Osuchowski.
Foto: Tomasz Chabior

Nauczanie w szkole i przedszkolu jest prowadzone dwujęzycznie, po polsku i niemiecku. Jak to wygląda w praktyce?

W szkole mamy sześć godzin języka niemieckiego tygodniowo, przedmioty nauczane dwujęzycznie, przedszkole z programem dwujęzycznym. Język niemiecki jest obecny także na przerwach – nauczyciele zwracają się do dzieci po niemiecku i zachęcają do odpowiadania w tym języku.

U nas dwujęzyczność osiąga się poprzez połączenie tradycji i nowoczesności. Nieustannie dążymy do postępu i doskonalenia. Jednocześnie jesteśmy zakorzenieni w tradycji, wielokulturowości i śląskiej tożsamości.

Jest obecny podczas wszystkich wydarzeń: konkursów, przeglądów, występów, podczas Dnia Babci i Dziadka. Jest na ścianach, na tablicach, w całej przestrzeni szkoły. Chcemy zanurzyć dzieci w języku niemieckim, chcemy, żeby cały czas były nim otoczone, żeby te bodźce docierały do nich z różnych stron.

A Pani osobista relacja z językiem niemieckim?

Uczyłam się go w szkole, ale też co roku jeździłam do rodziny w Niemczech. Tata ma niemieckie korzenie, więc język był obecny w domu. Imię też mam niemieckie – tata tak chciał. Drugie imię wybrała mama, więc się dogadali (śmiech). No i bardzo lubię zakupy w Niemczech, zaraziłam tym nawet męża.

Martina Osuchowski z chórem.
Foto: Tomasz Chabior

Czy prowadzenie zajęć dwujęzycznych jest trudne?

Na pewno jest to spore wyzwanie, szczególnie jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. Chemia jest trudna nawet po polsku, więc tam niemiecki ogranicza się do komunikacji: „otwórz”, „zamknij”, „przynieś”. Na biologii możemy więcej – przy prostszych tematach robimy projekty, wprowadzamy słownictwo, definicje także po niemiecku. U nas nie ma klasycznego oceniania, ponieważ nasze placówki uczą zgodnie z filozofią Marii Montessori – stawiamy na informację zwrotną. Wyniki egzaminów są wysokie, więc to, co robimy, działa. Nasi uczniowie dostają się do najlepszych szkół średnich w województwie i poza nim.

Prawda jest taka, że nie da się robić nauczania dwujęzycznego pół na pół. Dzieci przychodzą do nas z różnymi kompetencjami. Jedne z domów mniejszościowych, inne dlatego, że szukają bezpiecznego miejsca do nauki. Nie ma podręczników, nie ma wytycznych – wszystko tworzymy sami. Pracujemy metodą montessoriańską, a przygotowanie jednej lekcji to często kilka godzin pracy. U nas dwujęzyczność jest realizowana przez połączenie tradycji i nowoczesności. Ciągle idziemy do przodu, szkolimy się. Dbamy o wysoka jakość szkoleń – zapraszamy wykwalifikowanych specjalistów z Warszawy, Poznania czy nawet z zagranicy. Chcemy iść z duchem czasu. Jednocześnie jesteśmy zakorzenieni w tradycji, wielokulturowości i śląskości. Sama też mówię po śląsku – często słychać to w codziennych rozmowach – i pozwalamy dzieciom swobodnie mówić po śląsku. Starannie miksujemy wszystkie te elementy, co jest trudnym zadaniem, ale niezwykle satysfakcjonującym.

Szkolna i przedszkolna aktywność prezentowana jest w mediach społecznościowych.

Tak, ale w mediach społecznościowych widać przede wszystkim efekty – często bardzo piękne. A za nimi stoją godziny szukania materiałów, wycinania, klejenia i przygotowań. To nie jest praca od 8 do 16. Satysfakcja jest jednak ogromna. Widzę błysk w oczach dzieci, a rodzice bardzo to doceniają. Nie borykamy się z poważnymi problemami wychowawczymi. Oczywiście konflikty się zdarzają – mamy ponad 90 dzieci w szkole i 55 w przedszkolu – ale są one rozwiązywane na poziomie wychowawców i nie są to poważne sytuacje.

Czy to nie specyfika szkoły wiejskiej?

Nie do końca, bo do szkoły chodzą dzieci z różnych miejscowości: z Lublińca, Olesna, Dobrodzienia. Myślę, że przyciąga je tu klimat. Tworzymy przyjazne warunki do nauki i pracy. Zresztą absolwenci naszej szkoły chętnie do nas wracają: na przykład w czasie ferii, wspierają nas głosowo na koncertach naszego zespołu Gosłowiki.

Martina Osuchowski z chórem.
Foto: Tomasz Chabior

No właśnie, wspominała Pani, że prowadzi zespół? Jak do tego doszło, że powstały Gosłowiki ?

Muzyka zawsze zajmowała ważne miejsce w moim życiu. Zaczynałam w parafii, prowadziłam scholę. Dziewczyny okazały się bardzo utalentowane, zrobił się chór wielogłosowy, pojawiły się wyjazdy, zaproszenia na występy. W pewnym momencie działalność chóru bardzo się rozwinęła – pojawiło się dużo wyjazdów i zaproszeń na występy. Niestety przy innych obowiązkach nie byłam już w stanie poświęcić temu tyle czasu, ile to wymagało, dlatego musiałam z tego zrezygnować. Potem w szkole powstał zespół „Gosłowiki”, który założyła nasza członkini zarządu i nauczycielka muzyki – Dorota Malecha. Z czasem przejęłam jego prowadzenie. Śpiewamy głównie po niemiecku. Jeździmy do Niemiec i do Austrii, występujemy na zaproszenia różnych organizacji. Przed nami występ podczas Wiosny Austriackiej, podczas Ogólnopolskiego Spotkania Zespołów Artystycznych Mniejszości Narodowych i Etnicznych „Źródło” w Dobrodzeniu. Planujemy też wyjazd do  Węgier. Ostatnio występowałyśmy z zespołem przed kombatantami i wszystkie piosenki miałyśmy przetłumaczone na angielski, ale moje dzieci w pewnym momencie płynnie, zupełnie niespodziewanie, wręcz śpiewająco przeszły na niemiecki. Pomyślałam wtedy, że jednak ten niemiecki wygrywa (śmiech).

Czego Pani sobie życzy na przyszłość dla swojej szkoły?

Przede wszystkim tego, żeby te dzieci były. Demografia jest problemem. Na razie mamy komplet bez ogłaszania naboru i chciałabym, żeby tak było co roku. Chciałabym też dalej rozwijać naszą szkołę i tworzyć miejsce, które będzie dawało dzieciom dobre fundamenty na przyszłość.

Anna Durecka

Słowo na niedzielę wikariusza biskupiego dr Petera Tarlinskiego
Poprzedni artykuł

Słowo na niedzielę wikariusza biskupiego dr Petera Tarlinskiego