Od dłuższego czasu odczuwalny jest brak języka, którym można by opisywać relacje polsko-niemieckie bez uciekania się do utartych formuł: że „relacje są dobre”, że „zdarzają się kryzysy”, ale „jak w każdej rodzinie – nie ma powodów do niepokoju”. Tyle że ta narracja coraz wyraźniej przestaje wystarczać.
Problem polega nie tylko na języku, lecz także na braku politycznej decyzji, by te relacje nazwać na nowo i nadać im kierunek. Widać wyraźnie, że żadna ze stron nie jest dziś szczególnie zainteresowana ich pogłębianiem, a sprawy „wielkiego świata” częściowo maskują marazm w relacjach sąsiedzkich. Wiele spraw pozostaje w zawieszeniu.
Najdotkliwiej odczuwają to mieszkańcy pogranicza – osoby, które codziennie przekraczają granicę w drodze do pracy. Dla nich relacje polsko-niemieckie nie są abstrakcją, lecz praktyką dnia codziennego, która coraz bardziej daje się we znaki. Wystarczy spojrzeć na sytuację na granicy: kolejki nie zniknęły – przeciwnie, wydłużyły się. Samochody osobowe stoją razem z ciężarówkami, brak wydzielonych pasów dojazdowych, rośnie chaos i frustracja. Mimo upływu miesięcy od wznowienia kontroli nie wypracowano rozwiązań, które usprawniłyby ruch.

Kontrola graniczna.
Foto: Ai
Co te kontrole dały? Czy są czymś użytecznym poza sferą wewnętrznych przekazów i pokazów siły? To konkretny przykład tego, jak brak politycznych ustaleń przekłada się na codzienność obywateli. Czy te korki są dowodem rzeczywistej sprawczości państw?
Tymczasem od lat wiele istotnych kwestii pozostaje nierozwiązanych lub odkładanych na jakieś rzekomo bardziej dogodne „później”. Brakuje poważnej debaty o przyszłości traktatu polsko-niemieckiego i wyzwaniach, których nasza pasywność przecież nie unieważni. Kwestie historyczne są rozwiązywane bez większej dyskusji i entuzjazmu, choć przecież silnie rezonują w naszych społeczeństwach, zwłaszcza w polskim. Wprawdzie ogłoszono w końcu konkurs na projekt pomnika pomordowanych Polaków w centrum Berlina, jednak sprawa zadośćuczynienia dla wciąż żyjących w Polsce ofiar III Rzeszy nadal pozostaje w zawieszeniu.
„Brakuje poważnej debaty o przyszłości traktatu polsko-niemieckiego i wyzwaniach, których nasza pasywność przecież nie unieważni.”
Warto przypomnieć, że jeszcze przed pierwszymi po wyborach 2023 r. konsultacjami międzyrządowymi – które odbyły się w Warszawie w lipcu 2024 r. – minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wzywał Niemcy do kreatywnego podejścia do relacji dwustronnych. Po kolejnych konsultacjach – w grudniu 2025 r. – trudno dziś wskazać klarowny kierunek działań w tym zakresie. Podobnie jest z rozmowami „okrągłego stołu”, które przesuwane są z miesiąca na miesiąc, często bez wyraźnej komunikacji przyczyn.
Sprawy do załatwienia dotykają bezpośrednio życia milionów ludzi po obu stronach granicy, egzystencji wyborców, których interesy wcale nie muszą być spójne z programami skrajnych grup urządzających przygraniczne akcje. Brak jednak zdecydowanych działań popycha ich do tych ugrupowań, które obiecują proste rozwiązania, niewymagające wysiłku, a w istocie są antyeuropejskie i nie są zainteresowane dialogiem polsko-niemieckim.
Na tym tle wymowne są wyniki badań opinii publicznej. Polacy patrzą na relacje z Niemcami w sposób coraz bardziej obojętny i pragmatyczny – nie uznają ich ani za wyraźnie dobre, ani za złe. Jednocześnie rośnie sceptycyzm wobec zachodniego sąsiada. Warto zapytać, jak wypadłyby podobne badania po stronie niemieckiej. Ostatnio w poczytnym Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung (FAS) ukazał się artykuł, w którym niemiecki korespondent tej gazety w Polsce „położył Polaków na kozetce”, nie czyniąc tego jednak w przypadku własnych rodaków. Wszak problemy nie leżą tylko po jednej stronie, lecz po obu.
Pytanie zatem brzmi, czy znajdą się w końcu politycy gotowi uznać, że dalsze odkładanie spraw polsko-niemieckich nie leży w interesie obu państw. Polska i Niemcy są kluczowe dla Europy, a od ich współpracy – politycznej, gospodarczej i społecznej – zależy przyszłość całego projektu europejskiego. Bardzo potrzebne są konkretne, pozytywne osiągnięcia, pokazujące efektywność sąsiedztwa. Czy nie stać nas na uruchomienie długofalowych programów, które łączyłyby na różnych płaszczyznach Polaków i Niemców?
Dalsze zwlekanie to nie luksus, a strata, na którą żadna ze stron nie powinna sobie pozwalać. Pozostaje pytanie, co zostało z apelu o kreatywność – i czy obu stronom wystarczy dziś sam pragmatyzm oraz zarządzanie bieżącymi kryzysami (a raczej ich medialnym odbiorem).

