Od kilku tygodni mieszkam w pokojach gościnnych Ruhr-Universität Bochum, mieszczących się na terenie Schlosspark Bochum-Weitmar. To miejsce niezwykłe. Średniowieczny zamek zachował się jedynie jako malownicza ruina – pozostały zewnętrzne mury, pomiędzy którymi kilka lat temu wzniesiono nowoczesny, kubiczny budynek.
Powstała w ten sposób niezwykła architektoniczna kompozycja, w której historia dosłownie otacza współczesność. Mieszczą się tu galeria sztuki, niewielka kawiarnia oraz pokoje dla gości uniwersytetu. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdują się ruiny dawnego klasztoru i Museum unter Tage – muzeum sztuki współczesnej ukryte pod ziemią.
Do muzeum trafiłem właściwie przypadkiem. Jeden z moich kolegów z Instytutu Historycznego brał udział w spotkaniu towarzyszącym wystawie „Die Kids sind nicht alright!”, więc umówiliśmy się i zwiedziliśmy ją razem.
„Przeszłośćistniejenietylko w archiwach, lecztakże w rodzinnychopowieściach, przemilczeniach, emocjachikonfliktachmiędzypokoleniami.”
Już sam tytuł intryguje. Wystawa prezentuje prace artystek i artystów wychowanych we wschodnich Niemczech lub urodzonych około przełomowego roku 1989. To pokolenie, które nie pamięta świadomie życia w NRD, ale dorastało w cieniu jej dziedzictwa. Nie opowiada więc własnych wspomnień, lecz mierzy się z pamięcią odziedziczoną po rodzicach i dziadkach. W kilku salach zgromadzono instalacje wideo, fotografie, rzeźby i prace konceptualne. Każda z nich opowiada inną historię o pamięci, tożsamości i doświadczeniu transformacji. Jedna praca zatrzymała mnie jednak na znacznie dłużej.
Na niewielkim postumencie stoi czarna metalowa urna. Na niej prosty napis: „Stasi-Akten Familie Donath”. Pierwsza myśl jest niemal automatyczna. Czy znajdują się w niej spalone akta rodziny? Dopiero towarzyszący instalacji komentarz wyjaśnia, że urna jest… pusta.

Foto: Krzysztof Ruchniewicz
Jej autorka, Susan Donath, miała dziesięć lat, gdy upadł mur berliński. Dwadzieścia lat później postanowiła zmierzyć się z historią własnej rodziny. Chciała uzyskać dostęp do akt Stasi swoich rodziców i dziadków, a następnie – po ich przeczytaniu – spalić je i złożyć w urnie zakopanej na rodzinnym terenie. Gest miał oznaczać symboliczne zamknięcie pewnego rozdziału rodzinnej historii.
Projekt okazał się jednak niemożliwy do zrealizowania. Rodzice odmówili zgody na udostępnienie swoich akt. Ojciec, który przed 1989 rokiem należał do SED i którego Stasi próbowała pozyskać do współpracy, był zaskoczony pytaniem córki i poprosił o czas do namysłu. Ostatecznie dołączył jednak do odmowy matki, która zareagowała jeszcze bardziej emocjonalnie, przypominając córce również „dobre strony” życia w NRD. Jedynie babcia zdecydowała się wystąpić o swoje akta. W rodzinie rozpoczęły się rozmowy, spory i pytania, których wcześniej nikt nie zadawał. Sama artystka otrzymała odpowiedź, że… nie posiada własnej teczki.
Urna pozostała więc pusta.
I właśnie dlatego jest tak przejmująca.
Najważniejsze zdanie całego projektu nie znajduje się ani na postumencie, ani w samej instalacji. Susan Donath pisze: „…weil die Geschichte nicht vorbei ist.” „…ponieważ ta historia jeszcze się nie skończyła.”

Foto: Krzysztof Ruchniewicz
To zdanie nie dotyczy wyłącznie NRD. Dotyczy wszystkich społeczeństw próbujących zmierzyć się z własną przeszłością. Jako historyk zacząłem zastanawiać się, czy podobne projekty powstały w Polsce. Nie chodzi o wystawy poświęcone komunizmowi czy działalności aparatu bezpieczeństwa – takich było wiele.
Chodzi o artystyczną próbę wejścia do własnego domu i postawienia pytań najbliższym. Być może takie prace istnieją, a ja po prostu ich nie znam — chętnie się o nich dowiem. Jeżeli rzeczywiście ich nie ma, to samo w sobie jest pytaniem wartym refleksji. Historycy wierzą zazwyczaj, że odpowiedzi znajdują się w archiwach. Susan Donath pokazuje coś odwrotnego. Archiwum nie zamyka historii – czasami dopiero ją otwiera. Akta potrafią stać się początkiem rodzinnych sporów, zamiast je kończyć.
Pusta urna stała się dla mnie jedną z najmocniejszych metafor tej wystawy. Nie dlatego, że zabrakło dokumentów, lecz dlatego, że nie można ich jeszcze symbolicznie pochować. Historia okazała się silniejsza od artystycznego gestu.
Wystawa „Die Kids sind nicht alright!” nie daje łatwych odpowiedzi. Pokazuje natomiast, jak ogromny potencjał poznawczy tkwi w sztuce współczesnej. Młodzi artyści stawiają pytania, których historycy nie zawsze potrafią dostrzec, bo zbyt mocno koncentrują się na faktach, dokumentach i chronologii. Przypominają, że przeszłość istnieje nie tylko w archiwach, lecz także w rodzinnych opowieściach, przemilczeniach, emocjach i konfliktach między pokoleniami.
Historia – jak przypomina Susan Donath – jeszcze się nie skończyła.
Może właśnie dlatego warto od czasu do czasu pójść do muzeum sztuki współczesnej, by lepiej zrozumieć nie tylko sztukę, ale także historię.