Życie Dorothei Brüning pokazuje, jak wiele kobiecych historii wciąż skrywa się w cieniu męskich dokonań.
Potrzeba herstorii
Lou Andreas-Salomé była jedną z ważniejszych pisarek niemieckojęzycznych przełomu XIX i XX wieku – bezkompromisową intelektualistką, stawiającą na niezależność kobiecego „ja”. Mimo to plakat reklamujący jej filmową biografię informuje wszem i wobec o tym, że uwielbiał ją Friedrich Nietzsche, kochał Rainer Maria Rilke i podziwiał Zygmunt Freud.
Jedno jest pewne – kobiety były i będą obecne w historii, literaturze i kulturze, choć przypominanie i pisanie o ich roli bywa wciąż jeszcze pracą u podstaw.
Jakby trzeba było tego umocowania pośród męskich sław, aby opowiedzieć historię kobiety równie nietuzinkowej co oni sami, lecz nieco mniej od nich znanej. A przecież wydawać by się mogło, że herstoria, czyli dziejopisarstwo uwzględniające perspektywę i doświadczenie kobiet (ang. herstory to dosłownie „jej historia”), jest dzisiaj czymś oczywistym, czego nie trzeba specjalnie szukać ani się domagać. Mamy przecież równouprawnienie, wolność słowa i rekomendacje językoznawców, które zalecają nam, jak mówić i pisać, aby nie dyskryminować. A tymczasem wciąż wpadamy w stare myślowe schematy i płciowe stereotypy. Jedno jest pewne – kobiety były i będą obecne w historii, literaturze i kulturze, choć przypominanie i pisanie o ich roli bywa wciąż jeszcze pracą u podstaw.

Dorothea Brüning.
Źródło: archiwum prywatne
W cieniu męża
Również bohaterka niniejszego artykułu, Dorothea Brüning (1865–1950), była dotąd raczej ogniwem męskiej historii, a nie kobiecej herstorii. Do dziś znana jest bowiem przede wszystkim jako żona swojego męża – Georga Brüninga, bytomskiego nadburmistrza. A o nim samym napisano już sporo. Wiemy na przykład, że był wielce zasłużony dla Bytomia, a nawet, by użyć nieco napuszonego porównania, że niczym Kazimierz Wielki zastał Bytom drewniany, a zostawił murowany. Rzecz jasna, jego zasług nie odbierze mu nikt – elektryfikacja miasta, kanalizacja, brukowane ulice – to był prawdziwy przeskok cywilizacyjny i Brüning jest dziś zasłużenie honorowym obywatelem bytomskiego grodu, ma swój skwer, a nawet ławeczkę. Zasiada na tej ławeczce w centrum miasta, przed secesyjną willą, którą zamieszkiwał wraz z dziećmi i małżonką. A dumne miasto chwali się, że willę ową otrzymał w darze od bytomskich mieszczan, którzy w taki właśnie sposób zapragnęli odwdzięczyć mu się za rzetelną pracę. Informuje o tym nawet tablica ze zdjęciem Brüninga i jego małżonki, postawiona przed ich dawnym domem.

Dorothea i Georg Brüningowie na tablicy informacyjnej w Bytomiu.
Źródło: archiwum prywatne
Herstoryczne znaki zapytania
Tyle że z biograficznych zapisków Dorothei Brüning oraz z autobiografii jej wnuka Georga Kaisera wynika zupełnie coś innego. Dorothea wspomina bowiem, że gdy przybyła wraz z mężem do dawnego Beuthen, wprowadzili się wprawdzie do służbowego mieszkania przy rynku, a potem przenieśli się do większego lokum przy ulicy Piekarskiej, lecz nigdzie nie ma mowy o tym, że grunt pod willę, jej projekt czy budowę sfinansowało miasto. Ba, nadburmistrzowa nie poświęca temu wydarzeniu wiele uwagi, odnotowuje tylko, że małżeństwo zakupiło działkę pod dom w centrum miasta przy dzisiejszej Alei Legionów i tam już toczyło się dalsze życie rodziny. Również w „Zwischen Sand und Lehm”, autobiograficznej powieści Georga Kaisera, nie znajdziemy żadnej informacji o rzekomym darze wdzięcznych mieszczan. Jest za to mowa o ogrodzie przy willi, który Dorothea pielęgnowała z wyjątkową starannością, o początkach jej znajomości z późniejszym nadburmistrzem oraz o przybyciu do „miasta na wschodzie”, o którym oboje dotąd nie słyszeli. Literatura – a zwłaszcza ta wspomnieniowa – nie może oczywiście zastąpić kwerendy w archiwach i pracy ze źródłami, lecz podążanie jej ścieżkami otworzyć może perspektywy, które umykały dotąd naszej uwadze.

Willa Brüningów przy Alei Legionów w Bytomiu.
Źródło: archiwum prywatne
„Moja mama ma dziesięć stowarzyszeń i czarną suknię.”
Brüningowie przybyli do Bytomia z Westfalii. Zaręczając się z czternaście lat starszym asesorem sądowym, Dorothea Köhne miała lat szesnaście i była sierotą, nad którą opiekę sprawowała starsza siostra. To właśnie ją, spośród trójki starszego rodzeństwa, ze względu na jej pragmatyczne nastawienie do życia, nastolatka wybrała na „drugą matkę”. Ten wybór dużo mówi o charakterze Dorothei: była stanowcza i świadoma swoich pragnień, a gdy ktoś próbował „przerobić” ją na swoją modłę, budziło to jej zdecydowany opór. Przyszła nadburmistrzowa była dzieckiem wychowywanym na wsi – potrzeba bliskiego kontaktu z naturą i szacunek dla wszelkich żywych stworzeń pozostała w niej już do końca życia. Pragmatyzm, ciężka praca i wiara katolicka – na tych trzech filarach opierała się jej życiowa filozofia, którą praktykowała również po przybyciu do Bytomia. Od początku troską nadburmistrzowej były warunki sanitarne panujące wówczas w mieście. Brak kanalizacji sprawiał, że choroby takie jak tyfus czy szkarlatyna szerzyły się w zatrważającym tempie, a ich ofiarą padały przede wszystkim dzieci. Brüningowie doczekali się dwanaściorga potomstwa – lecz rodziców przeżyło tylko dwoje. Rodziny nie omijały zarówno choroby, jak i nieszczęśliwe wypadki, nie mówiąc już o wojennej zawierusze. Możliwe, że śmierć kolejnych dzieci, odchodzących nierzadko jedno po drugim, nadburmistrzowa rekompensowała sobie działalnością charytatywną, szczególnie na rzecz najmłodszych. Niezwykle wymowne jest w tym kontekście pierwsze zdanie szkolnego wypracowania, napisanego przez najmłodszą z córek Brüningów, która po matce otrzymała imię Dorothea: „Moja mama ma dziesięć stowarzyszeń i czarną suknię.” Aktywność społeczna nadburmistrzowej miała przy tym wymiar także pedagogiczny: zapraszając dzieci do swojego ogrodu, uczyła je pielęgnować rośliny i uprawiać warzywa, zaszczepiając w nich tym sposobem szacunek dla pracy własnej i cudzej. Gdy zaś do jej kuchni zaglądali potrzebujący, musieli uiścić za posiłek symboliczną opłatę – Dorothea wierzyła bowiem, że tak pomoże zachować im godność. To wreszcie za jej sprawą stworzono w Bytomiu sklep na podobieństwo dzisiejszych second-handów, oferujący do ponownej sprzedaży rzeczy używane.

Tablica informacyjna przy willi Brüningów.
Źródło: archiwum prywatne
„Lisek na straży”
Zajęta pracą na rzecz bytomskiej społeczności Dorothea najpilniej strzegła jednak swoich bliskich, stając się, jak zanotowała to humorystycznie we wspomnieniach, „liskiem stojącym na straży przed norką”. Taka postawa chroniła rodzinę m.in. przed wizytami uciążliwych gości, którym nie umiał oprzeć się dobrotliwy Brüning, zwłaszcza gdy nastrój podczas towarzyskich spotkań ulegał nadmiernemu rozluźnieniu.
Zwyczajna herstoria?
Życie Dorothei Brüning toczyło się w tym sensie w sposób raczej typowy, jak wielu innych kobiet zajmujących w ówczesnych Prusach podobną pozycję – żon burmistrzów czy landratów, zamożnych kupców, matek licznego potomstwa oraz pań domu, by wymienić tylko Gliwiczankę Friederike Troplowitz, Opolankę Julię Friedlaender czy Katowiczankę Margarethe Grünfeld. Członkostwo Dorothei w organizacjach pomocowych, w tym najpopularniejszym wówczas Ojczyźnianym Towarzystwie Kobiet (Vaterländischer Frauenverein), było również w dużym stopniu uwarunkowane zwyczajem i oczekiwaniami społecznymi. Lecz mimo to jedna z bytomskich gazet, wystawiając nadburmistrzowej urodzinową laurkę, nazwała ją „matką miasta”. Czy było to określenie na wyrost?
Podczas pisania korzystałam z książki „Zwischen Sand und Lehm” Georga Kaisera oraz niepublikowanych dotąd wspomnień Dorothei Brüning, udostępnionych mi dzięki uprzejmości Wydziału Kultury i Sportu bytomskiego ratusza.