Najlepsze wieczory mojego dzieciństwa to były te, kiedy nagle wyłączali prąd. Ciemność kończyła wszelką aktywność. Śląska pracowitość musiała zrobić sobie przymusową przerwę. Brak prądu był chyba jedyną wymówką dla tego dekadenckiego nieróbstwa, którego wtedy nie trzeba było się wstydzić. Miałam wrażenie, że oto nagle dzieje się coś nielegalnie przyjemnego – jakieś niezapowiedziane święto, na które nikt wcześniej nie zdążył upiec kołocza.
Skąpe światło świec sprawiało, że wszyscy siadali bliżej siebie. Najczęściej tłoczyliśmy się wtedy w kuchni i słuchaliśmy historii opowiadanych przez babcie, dziadków, ciotki i wujków. Nie wszystkie nadawały się dla dziecięcych uszu. Chowaliśmy się więc pod stołem z nadzieją, że dorośli o nas zapomną i dzięki temu uda się wysłuchać także tych bardziej pikantnych do samego skandalicznego końca. Brak prądu był najpiękniejszym stanem wyjątkowym mojego dzieciństwa.

Skąpe światło świec sprawiało, że wszyscy siadali bliżej siebie.
Foto: Claudio Schwarz/Unsplash
Jedna z tych historii, opowiedzianych w świetle świec, została mi w pamięci szczególnie mocno, choć właściwie nie było w niej nic nadzwyczajnego. I może właśnie dlatego warto ją opowiedzieć. Wyobraźcie sobie więc, że właśnie zgasło światło. I zaczynamy:
Dwie stare panny, siostry, mieszkały razem w jednym domu. Frieda i Trautel były biedne jak myszy kościelne. Tak biedne, że miały tylko jeden rower. Obie jednak były bardzo pobożne i codziennie chodziły do kościoła. Żeby uniknąć kłótni o ten jedyny pojazd, które miały do dyspozycji, wymyśliły system godny śląskich mistrzów logistyki. Frieda jechała rowerem pierwszą połowę drogi, a Trautel dreptała za nią pieszo. W połowie trasy Frieda odstawiała rower przy drodze i ruszała dalej na nogach. Po jakimś czasie do pozostawionego roweru dochodziła Trautel, przejmowała „pałeczkę”, czyli rower, i pokonywała drugą część drogi już na dwóch kółkach. Dzięki temu obie docierały do kościoła niemal w tym samym czasie.
Historia Friedy, Trautel i ich roweru pewnie dawno przepadłaby bez śladu, gdyby nie tamte wieczory bez prądu. Szkoda, że dziś tak rzadko trafiają nam się podobne ciche przerwy od codzienności.