Oglądając filmiki z ludźmi śmigającymi w Gdańsku na łyżwach po zamarzniętej Motławie, pomyślałam o rzece mojego dzieciństwa: Małej Panwi. Kiedy byłam dzieckiem, zupełnie naturalnie zakładałam, że każdy mieszka w pobliżu jakiejś rzeki. Mała Panew wiła się majestatycznie nie tylko przez moją rodzinną wioskę, ale w pewnym sensie przez całe moje dzieciństwo.
Była milczącym świadkiem naszych najgłupszych zabaw, pierwszych młodzieńczych schadzek, celem poobiednich spacerów dorosłych, meteorologicznym punktem, bohaterką wstrząsających opowieści o utopkach i topielcach – i wreszcie: najwierniejszą z sąsiadek.
Dziś moje dzieci słuchają z zazdrością wspomnień o tym, jak jeździliśmy na łyżwach po zamarzniętej Małej Panwi. Lód ciągnął się kilometrami, a zabawę kończył dopiero nagle zapadający zmrok. Pamiętam, jak przykładaliśmy zmarznięte twarze do przeźroczystego lodu i zaglądaliśmy w tajemnicze głębiny naszej rzeki. Czasem udawało się wypatrzyć rybę! A może to był utopek? A latem, na jedynej piaszczystej plaży, kąpaliśmy się w łagodnym, płytkim nurcie rzeki – wtedy jeszcze nie było w niej śmieci.

Mała Panew wijąca się jako naturalna towarzyszka przez wspomnienia z dzieciństwa naszej autorki.
Foto: A. Durecka
Kilka dekad temu rodzice nie kontrolowali każdego kroku swoich dzieci. Nie było telefonów komórkowych ani GPS. Na końcu pozostawało im tylko jedno: zaufać Bogu i nam samym, że nie zrobimy nic głupiego.
I w jakiś sposób wszystkim udało się przeżyć. Ktoś tam u góry musiał w tym maczać palce – to nie ulega wątpliwości. Każda rzeka to żywioł i nam też zdarzały się chwile grozy. O tym nasi rodzice nie mieli pojęcia – i dobrze, żeby tak pozostało.
A jakie rzeki płynęły przez Wasze dzieciństwo?
Anna Durecka

