Wołczyn – śląskie miasteczko z duszą

12 października 2025 Historia

Miłość od pierwszej kamieniczki

Kiedy mówię, że Wołczyn to jedno z moich ulubionych miasteczek, miejscowi patrzą na mnie ze współczuciem, jakbym była niespełna rozumu. Znajomy, który tu pracuje, twierdzi, że komuna nigdy z Wołczyna się na dobre nie wyprowadziła. I w tym właśnie rzecz! W Wołczynie czas trochę stanął w miejscu, zatoczył koło, a nawet zrobił parę kroków wstecz. Bystre oko dostrzeże tu jednak niejeden skarb z przeszłości.

Idąc chodnikiem w centrum miasta, zadzieram głowę do góry. Musi to wyglądać dziwnie, bo inni przechodnie moim wzorem również zaczynają spoglądać w górę. Ale nie widzą tego, co ja – przede wszystkim wspaniałych kamieniczek staromiejskich.

Gzymsiki w kolorze wyblakłego nieba

Fakt, żadna z nich nie jest świeżo wyremontowana, a kilka dziesięcioleci temu ktoś postanowił je pomalować w kolorze majtkowego różu, zwiędłej pistacji czy wyblakłego nieba. Za to każda jest inna, bogata w różne architektoniczne detale, cudeńka prawdziwe: gzymsiki, rozety, pilastry, balustrady, ozdobne obramowania, wieżyczki i płaskorzeźby.

W Wołczynie czas trochę stanął w miejscu.
Foto: A. Durecka

Przy najpiękniejszej z nich (kamienica nr 18 przy skrzyżowaniu ulicy Kluczborskiej z Rzeczną), wlot do rynku, pracuje ekipa remontowa. Boczna ściana zdobiona twarzyczkami cherubinków wygląda już obiecująco. Pan w sklepie z galanterią (skarpetki bezuciskowe, bambusowe po 17 złotych), który zajmuje parter kamienicy, nie zna historii domu, ale wie o remoncie. Mieli już robić front (z pięknym balkonikiem), ale remont się wydłuża. Jest jednak nadzieja.

Idę więc, zadzieram głowę i wzdycham z zachwytu, ale też z żalu, że tyle tu jeszcze pracy. A nie wiadomo, czy po remoncie jedno czy drugie ślepe okienko, gzymsik, nie znikną – bo nie ma środków na takie fanaberie. Może więc lepiej cieszyć się, że rewitalizacji nie było i czekać z nadzieją na lepsze czasy.

Miasto Konrada

Wołczyn, dawniej Konstadt, czyli miasto Konrada, historycznie już na Dolnym Śląsku, prawa miejskie dzierży od 1261 roku. Jako osada targowa musiał jednak istnieć znacznie dłużej, skoro znajdował się na szlaku handlowym Kraków – Kluczbork – Wrocław. Miasto było wielokrotnie zaludniane – przez osadników husyckich, przez braci polskich.

W Wołczynie czas trochę stanął w miejscu, zatoczył koło, a nawet zrobił parę kroków wstecz. Bystre oko dostrzeże tu jednak niejeden skarb z przeszłości.

W 1845 r. Wołczyn liczył 132 domy, a ludność była mieszana: 1449 osób – 1187 ewangelików, 102 katolików i 160 Żydów. W 1850 roku wybudowano synagogę (dziś nieistniejącą). Podczas plebiscytu za Polską głosowało tylko 34 mieszkańców, ponad 2500 było za Niemcami.

Styczeń 1945 jest dla Wołczyna tragiczny – wkracza Armia Czerwona, miasto zostaje w 40% zniszczone. Upada m.in. kolumna zwycięstwa na rynku. Dziś stoi tam pomnik, który wspomina jednak tylko polskie ofiary wojny. Ale tu i ówdzie Konstadt wychodzi spod tynku: na jednym z budynków odkrywam ślad po dawnym biznesie – napis Räuchermeister, czyli mistrz wędzarski.

Trzy kościoły

Malutki w gruncie rzeczy Wołczyn może się pochwalić aż trzema świątyniami. Katolicki kościół św. Teresy z Lisieux wzniesiono w latach 1770–1799 staraniem księdza Georga Freitaga – dziadka Gustawa Freytaga. Do 1945 roku kościół należał do ewangelików i nosił wezwanie św. Barbary. Wystarczy rzut oka przez szybę – widać charakterystyczne dla ewangelickich kościołów boczne empory dla wiernych, często lepiej urodzonych, oraz wszechobecną biel.

W Wołczynie czas trochę stanął w miejscu.
Foto: A. Durecka

Neogotycki kościół parafialny, zbudowany w latach 1859-1861, od razu skojarzył mi się z moim ulubionym kościołem w Tułach – oba łączy architekt Alexander Langer, który ewidentnie lubił wieżyczki. Podobne są też ołtarze i piękne kolorowe witraże, dzięki którym wnętrze tonie w nastrojowym świetle.

Ostatni kościół, najmniej spektakularny, znajduje się przy cmentarzu komunalnym. Obecnie zamknięty z powodu wad konstrukcyjnych, powstał w latach 40. XIX w., gdy w Wołczynie utworzono nową parafię staroluterańską.

Memento mori

Na cmentarzu komunalnym starych nagrobków jak na lekarstwo. Jedynie niektóre mają czytelne tablice lub ledwie przebija się przez nie bluszcz. Najstarszy zachowany nagrobek to prawdopodobnie mogiła mistrza budowlanego – Deditiusa. Zupełnie jakby zmarli sprzed 1945 roku wyparowali. Niektórzy zapewne pochowani są na cmentarzu żydowskim. Kirkut znajduje się poza miastem, ogrodzony solidnym płotem, ale to koniec dobrych wieści. Większość nagrobków zarosła, tylko kilka steli opiera się jeszcze wszechwładnej przyrodzie. Wkrótce i one znikną pod bluszczem.

Frauenfragen 30.09.2025 – Kobiety w polityce
Poprzedni post

Frauenfragen 30.09.2025 – Kobiety w polityce

Nasz Samorząd: Powiat raciborski
Następny post

Nasz Samorząd: Powiat raciborski

Reklama

Ostatnie wpisy autorów

Schlesien Journal