Mistrzostwo? Jeszcze nie teraz
Po ostatnich domowych Mistrzostwach Europy, które Niemcy zakończyli na 4. miejscu, kibice liczyli na rewanż. Okazało się, że drużyna jest w stanie poprawić swój wynik i po raz pierwszy od 10 lat awansowała do finału. Naprzeciw zespołu Alfreða Gíslasona stanęła najlepsza drużyna ostatnich lat i współgospodarz – Dania. Niestety okazało się, że tym razem „De Rød-Hvide” byli zbyt mocni.
Przed półfinałowym starciem Niemców z Chorwacją trudno było nie sięgnąć do przeszłości. W końcu trenerem rywali był Dagur Sigurðsson, który dekadę wcześniej prowadził niemiecką drużynę. Teraz Islandczyk stanął naprzeciw swojego rodaka i miał zamiar powstrzymać zwycięski marsz „Die Mannschaft”. Trzeba przyznać, że doskonale rozpoznał rywala. Jego pomysł na grę 7 na 6 (z wycofanym bramkarzem) znakomicie sprawdzał się w początkowej fazie meczu.
Chorwaccy zawodnicy mieli jednak w tym spotkaniu zadanie nie do pozazdroszczenia. W niemieckiej bramce stał bowiem Andreas „Die Wand” Wolff. Golkiper obronił 13 rzutów rywali i niejednokrotnie dokonywał tego w beznadziejnych sytuacjach. Znakomicie funkcjonowała także defensywa, którą dowodził Justus Fischer. Jedna z jego interwencji wzbudziła szmer na trybunach. – Zablokował trzy piłki w jednym ataku. To naprawdę wyjątkowe – chwalił go po meczu selekcjoner Alfred Gíslason.
Sam zawodnik podsumował to jednak znacznie skromniej: – Nie mam pojęcia, jak to zadziałało, ale zadziałało. Cieszę się z tego. Udało mi się trochę opanować grę. Wszystko się ułożyło. To był jeden z moich najlepszych meczów – podsumował swój występ Justus Fischer.
Końcowy wynik, czyli trzybramkowa wygrana, może nie był zbyt efektowny, ale trzeba uczciwie przyznać, że mecz „skończył się” zdecydowanie wcześniej. Osiem minut przed końcem Lukas Mertens zdobył gola na 28:23 i niemieccy kibice rozpoczęli świętowanie na trybunach. Chorwaci byli w stanie jedynie nieznacznie zmniejszyć stratę, jednak wygrana Niemców nie podlegała dyskusji, co wprawiło w radość selekcjonera Alfreða Gíslasona.
Granie z przewagą
Kiedy Niemcy poznali – zgodnie z oczekiwaniami – rywala w meczu finałowym, wiedzieli, że nie będzie łatwo. Już w fazie zasadniczej Duńczycy pokazali, że są teoretycznie mocniejszą ekipą. Jak jednak podkreślał selekcjoner „Die Adler” w przedmeczowych wywiadach: „Każdy musi kiedyś przegrać”.
Moc swojego ataku Duńczycy zaprezentowali już na początku spotkania. Po czterech minutach mieli na koncie trzy trafienia, wszystkie autorstwa dwóch najlepszych strzelców turnieju. Andreas Wolff nie zamierzał się jednak poddawać i w kolejnych akcjach obronił rzuty Mathiasa Gidsela oraz Johana Hansena.
Po drugiej stronie parkietu znakomicie spisywali się liderzy niemieckiej drużyny. Siedem pierwszych bramek zdobyli wspólnie Julian Köster, Juri Knorr i Johannes Golla. Pomimo różnych przeciwności – o czym za chwilę – oraz znakomitej gry Simona Pytlicka, który zakończył mecz z ośmioma bramkami, Niemcy schodzili na przerwę jedynie z dwubramkową stratą.
Połączenie młodości i doświadczenia w składzie. Ogranie na najważniejszych imprezach i trener, który nie boi się trudnych decyzji. Czy to jest przepis na złoty medal domowych mistrzostw świata?
Podobny przebieg miała druga połowa, jednak końcówka należała już do Duńczyków. Wykorzystując grę w przewadze, m.in. po drugiej czerwonej kartce dla Niemców, odskoczyli na kilka bramek i zamknęli mecz. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Duńczycy – bezsprzecznie lepsi na parkiecie – mieli również wsparcie, które nie do końca było sprawiedliwe. Nie chodzi tu oczywiście o kilkanaście tysięcy kibiców w hali, lecz o wpływ, jaki wywarli na arbitrów.
Temat sędziowania niejednokrotnie wracał podczas tych mistrzostw, jednak szczególnie smutne jest to, gdy decyzje mają wpływ na wynik najważniejszego spotkania. Chodzi przede wszystkim o sytuację z 15. minuty. Tom Kiesler, który doskonale dowodził obroną, otrzymał czerwoną kartkę za faul na Mathiasie Gidselu. – Moim zdaniem to była kara dwóch minut, a nie czerwona kartka. Nawet Mathias Gidsel szepnął mi, że to nie była czerwona kartka. To nas wiele kosztowało – stwierdził po meczu Alfreð Gíslason.
Sam Tom Kiesler tłumaczył po spotkaniu: – Trafiłem Gidsela w szyję. Trochę się uchylił, to był bardzo pechowy zbieg okoliczności. Chciałem pomóc drużynie. To, że coś takiego się wydarzyło, jest niezwykle frustrujące. Oczywiście jestem bardzo rozczarowany.
Trudno jednak powiedzieć, że to decyzje arbitrów zadecydowały o zwycięstwie Duńczyków. Zrobił to Mathias Gidsel, który przy okazji pobił rekord bramek zdobytych na jednym turnieju. Dzięki jego grze oraz postawie całej drużyny Dania może pochwalić się niezwykłą potrójną koroną – mistrzostwem świata, Europy i olimpijskim.
– Jestem dumny z występu w całym turnieju. My również dzisiaj się nie poddaliśmy. Wynik jest bardziej nierówny niż sam mecz. W porównaniu z finałem olimpijskim możemy stąd wyjść z podniesioną głową. I jeszcze tu wrócimy – podsumował finał kapitan reprezentacji Niemiec Johannes Golla.
Będzie lepiej
Porażka w finale boli, ale warto podkreślić, że ta drużyna wykonała kolejny krok w rozwoju. Zespół prowadzony przez islandzkiego selekcjonera zanotował w ostatnich latach tylko jedną wpadkę, a ćwierćfinał mistrzostw świata trudno uznać za tragedię. Co ważne, drużyna nie tylko się rozwija, ale coraz odważniej stawia czoła hegemonowi z Danii, na którego trafia ostatnio regularnie.
Nie trzeba również nadmiernie martwić się o przyszłość tej reprezentacji. Wystarczy spojrzeć na skład z zakończonych mistrzostw Europy: dwunastu zawodników ma 25 lat lub mniej, a połowa z nich zdobyła złoty medal mistrzostw świata U-21 trzy lata temu. Co ciekawe, w tamtej drużynie zabrakło m.in. Juriego Knorra, który dziś jest filarem reprezentacji, oraz Miro Schluroffa – największego niemieckiego odkrycia turnieju.
Oczywiście malkontenci mogą narzekać na obsadę kluczowej pozycji, czyli bramki. Jednak David Späth, również młodzieżowy mistrz świata U-23, już niejednokrotnie udowodnił, że jest fachowcem. A Andreas Wolff? Sprawa jest jasna – bramkarz niedawno jasno zadeklarował, że nie zamierza szybko kończyć kariery, a jego wysoką formę potwierdza nominacja do Drużyny Turnieju.
Na koniec pozostaje jeszcze kapitan tego statku – trener, na którego w pierwszej fazie turnieju spadło wiele krytyki. Ostatecznie jednak wydaje się, że to on znów miał rację, dobierając skład właśnie w taki sposób. Co ważne, zawodnicy wyraźnie mu ufają. – To on zainicjował gruntowną przebudowę, biorąc na siebie odpowiedzialność i mówiąc: „Zamierzamy całkowicie przebudować skład”. To się absolutnie opłaciło. Alfred wykonał świetną robotę – inaczej nie byłoby nas tutaj. Alfred jest trenerem, on nadaje tempo – mówił po finale Julian Köster.
Nie ma również wątpliwości co do przyszłości doświadczonego selekcjonera. Pojawiają się wprawdzie plotki o negocjacjach w sprawie przedłużenia kontraktu, jednak sprawa wydaje się jasna. – Trener ma kontrakt do mistrzostw świata w 2027 roku. Nie sądzę, żebyśmy musieli teraz o tym dyskutować. Tym bardziej że występ naszej reprezentacji na mistrzostwach Europy był naprawdę dobry – podsumował prezes DHB Andreas Michelmann.
Połączenie młodości i doświadczenia, ogranie na najważniejszych imprezach oraz trener, który nie boi się trudnych decyzji. Czy to przepis na złoty medal domowych mistrzostw świata? Przekonamy się o tym za rok.
Niemcy na ME 2026:
Faza wstępna
15 stycznia, czwartek
Niemcy – Austria 30:27 (12:8)
17 stycznia, sobota
Serbia – Niemcy 30:27 (13:17)
19 stycznia, poniedziałek
Niemcy – Hiszpania 34:32 (17:15)
Faza zasadnicza
22 stycznia, czwartek
Niemcy – Portugalia 32:30 (11:11)
24 stycznia, sobota
Niemcy – Norwegia 30:28 (15:17)
26 stycznia, poniedziałek
Dania – Niemcy 31:26 (13:12)
28 stycznia, środa
Niemcy – Francja 38:34 (19:15)
Półfinał
30 stycznia, piątek
Chorwacja – Niemcy 28:31 (15:17)
Finał
1 lutego, niedziela
Dania – Niemcy 34:27 (18:16)
Nagrody:
MVP: Mathias Gidsel (Dania)
Najlepszy obrońca: Salvador Salvador (Portugalia)
Najlepszy młody zawodnik: Francisco Costa (Portugalia)
Drużyna Gwiazd:
Bramkarz: Andreas Wolff (Niemcy)
Prawe skrzydło: Mario Šoštarić (Chorwacja)
Prawe rozegranie: Francisco Costa (Portugalia)
Środek rozegrania: Gísli Þorgeir Kristjánsson (Islandia)
Lewe rozegranie: Simon Pytlick (Dania)
Lewe skrzydło: August Pedersen (Norwegia)
Kołowy: Johannes Golla (Niemcy)