Za nami dwie pierwsze fazy pucharowe mundialu. To ostatni moment, w którym mogą się pojawić „przypadkowi” goście. To w nich wyklarowało się, kto zasłużył na miano faworyta czy „czarnego konia”, a kto był tylko potęgą na papierze. Oczywiście nie brakowało zaskoczeń, emocji, kontrowersji, łez radości i smutku.
Pierwsza w historii mundialu faza 1/16 była dla wielu zagadką. Niektórzy zastanawiali się, czy faworyci nie potraktują jej zbyt lekko. Okazało się, że takie podejście (jeżeli miało miejsce) kosztowało ich wiele nerwów, a w kilku przypadkach zdecydowanie więcej. Wystarczy wspomnieć, że cztery starcia rozstrzygnięto dopiero po rzutach karnych, a dwa kolejne potrzebowały dogrywki. W zasadzie już pierwsze wejście w tę fazę faworyta było zaskakujące. Brazylia wyszła na mecz z Japonią bez większego pomysłu i została ukarana, bo to „Samuraje” prowadzili do przerwy. Wydaje się jednak, że chyba sami przestraszyli się możliwości wygranej i oddali za bardzo pola rywalowi. Ten brak pomysłu na grę kosztował ich szansę na sprawienie sensacji.
Pomysł na grę i to przez cały mundial miała reprezentacja Paragwaju, która chciała tylko przeszkadzać Niemcom. Skończyło się to karnymi i klęską „Die Mannschaft”, ale o tym pisaliśmy już tutaj:
Nerwy faworytów
Zaledwie kilka godzin po odpadnięciu Niemiec, w podobny sposób pożegnała się z turniejem kolejna europejska ekipa. Co prawda Holandia nie była faworytem meczu z Marokiem (półfinalistą poprzedniego mundialu), ale momentalna niemoc „Oranje” nie była zbyt pozytywna. Ta niepewność i słabość psychiczna Holendrów miała odzwierciedlenie w kolejnej serii rzutów karnych. Bramkarz Maroka, Yassine Bounou, prowokował rywali, bawił się na linii bramkowej. A jego obrona „jedenastki” na stojąco i jedną ręką zostanie w naszej pamięci na dłużej.
„Najciekawszym meczem tej rundy okazało się starcie Argentyny z Egiptem, które zaspokoiło dosłownie wszystkich fanów.”
Jeżeli ktoś potrzebował kolejnych emocji, to musiał poczekać… kilkadziesiąt godzin, bo wieczór 1 lipca był niesamowity. Zaczęło się od starcia jednego z faworytów z „kopciuszkiem”. W 7. minucie meczu Anglia – DR Konga na prowadzenie wyszły „Lamparty”. Przez kolejną godzinę „Synowie Albionu” próbowali bardzo nieudolnie gonić wynik. Dopiero przebłysk napastnika Bayernu, Harry’ego Kane’a, który zaliczył dublet w ostatnim kwadransie, pozwolił przyklepać awans.
To oczekiwanie i emocje to jednak nic w porównaniu z tym, co zrobili kilkadziesiąt minut później Belgowie. Mecz „Czerwonych Diabłów” z Senegalem niemal zakończył się tragedią. Rywale prowadzili już 2:0, a do końca meczu pozostało kilka minut. Niestety wówczas „Lwy Tarangi” zbyt mocno skupiły się na pilnowaniu wyniku. Wtedy Belgowie wykonali dwa nokautujące ciosy. Dogrywka była raczej pilnowaniem wyniku, ale znów nastąpił cios. W doliczonym czasie gry sędzia podyktował rzut karny dla Belgów, pewnie wykonany przez Tielemansa, i to oni awansowali do dalszej fazy.
Z pewnością to już koniec nerwów i niespodzianek? No… nie. Czekał nas przecież mecz najbardziej nieoczekiwanego uczestnika 1/16, Republiki Zielonego Przylądka, z… mistrzem świata. Argentyna powinna zmieść takiego rywala. Tymczasem podopieczni Lionela Scaloniego popisywali się w tym meczu nieskutecznością, a swoje robił też (wspominany we wcześniejszych raportach) bramkarz Vozinha. Do ustalenia zwycięzcy potrzebna była dogrywka, w której Argentyńczycy przeważali i… stracili niespodziewanie gola. Jednak finalnie po świetnym rożnym Messiego obrońca „Niebieskich Rekinów” skierował piłkę do własnej siatki.
Europa w natarciu
Po tak emocjonującej rundzie można było się spodziewać, że etap 1/8 będzie jeszcze ciekawszy, i nie zawiedliśmy się. Jednak chyba nikt nie mógł przewidzieć, że europejskie drużyny tak zdominują turniej. Tylko w dwóch parach nie było ekipy ze „Starego Kontynentu” i tylko tam do ćwierćfinału awansowały drużyny z innej części świata. Nie zawsze jednak awans był łatwy.

Dowodzony przez Mohameda Salaha Egipt mocno postraszył mistrzów świata z Argentyny.
Foto: Fars Media Corporation / Wikipedia
Zaczęło się od meczu Francji z Paragwajem. „Guarani” pokazali dokładnie to samo co w meczu z Niemcami. Do tego doskonale wiedzieli, na jakie rzeczy zwraca uwagę arbiter z Uzbekistanu. Brutalna gra, prowokacje, faule rodem z ringu – to wszystko zakończyło się… 3 kartkami dla Francji. Żaden z reprezentantów Paragwaju nie został nawet upomniany przez sędziego, a spokojnie kilku z nich zasługiwało na „czerwień”. Na szczęście finalnie futbol zwyciężył. Kylian Mbappe wykorzystał oczywisty (choć niezauważony przez arbitra) rzut karny i to „Les Bleus” byli górą.
Zupełnie inaczej wyglądały dwa kolejne starcia międzykontynentalne. Najpierw na boisko wybiegły Brazylia i Norwegia. Ten mecz pokazał, jak ważna w dzisiejszym „futbolu totalnym” jest tradycyjna „dziewiątka”. W końcu reprezentacja z Ameryki Południowej w swojej historii miała mnóstwo zawodników z tej pozycji, którzy byli w swoich czasach najlepsi na świecie. Niestety dla niej teraz takiego nie miała, a miała go Norwegia. Dwa błyski Erlinga Haalanda wystarczyły, by odesłać rywala do domu. W meczu Meksyku z Anglią zawodnicy z tej pozycji wykorzystali rzuty karne, ale cieszył się ten z Wysp Brytyjskich, bo po jednym z najlepszych meczów mistrzostw to Anglia awansowała.
Niestety obok tak pięknych meczów były także te nudne. I ku zaskoczeniu kibiców takim były też Derby Półwyspu Iberyjskiego. Starcie Portugalii z Hiszpanią powinno być przecież pokazem gry ofensywnej i umiejętności, a zakończyło się słabym meczem z niewielką liczbą okazji i bramką w doliczonym czasie gry. Te kilka okazji to i tak za dużo, jak na ostatni mecz tej serii Szwajcaria – Kolumbia, który był jeszcze słabszy.
Zdecydowanie najciekawszym meczem tej rundy okazało się ponownie starcie Argentyny. Mistrzowie świata mierzyli się z Egiptem w meczu, który zaspokoił dosłownie wszystkich fanów emocji. Egipcjanie niespodziewanie, ale zasłużenie objęli prowadzenie, które niemal zniwelował Lionel Messi. Jednak ten (po raz drugi w turnieju) zmarnował rzut karny. Ta sytuacja podbudowała „Faraonów”, którzy grali znakomicie i podwoili swój dorobek. Kwadrans przed końcem prowadzili 2:0 i byli już myślami w kolejnej fazie, ale wówczas Lionel Messi udowodnił, dlaczego jest nazywany najlepszym w historii. Najpierw obsłużył Lautaro, a później sam doprowadził do wyrównania. Dzieła zniszczenia dokończył Enzo Fernandez, który uderzeniem głową wysłał Argentynę do ćwierćfinału.
Mamy nadzieję, że do końca mundialu więcej będzie emocji związanych ze zwrotami akcji i bramkami niż seriami rzutów karnych, ale wiemy, że ten turniej można uznać za udany.
1/16 finału
28 czerwca, niedziela
RPA – Kanada 0:1 (0:0)
29 czerwca, poniedziałek
Brazylia – Japonia 2:1 (0:1)
Niemcy – Paragwaj 1:1 k. 3:4
30 czerwca, wtorek
Holandia – Maroko 1:1 k. 2:3
Wybrzeże Kości Słoniowej – Norwegia 1:2 (0:1)
Francja – Szwecja 3:0 (1:0)
1 lipca, środa
Meksyk – Ekwador 2:0 (2:0)
Anglia – DR Konga 2:1 (0:1)
Belgia – Senegal 3:2 po dogrywce
2 lipca, czwartek
USA – Bośnia i Hercegowina 2:0 (1:0)
Hiszpania – Austria 3:0 (1:0)
3 lipca, piątek
Portugalia – Chorwacja 2:1 (0:0)
Szwajcaria – Algieria 2:0 (1:0)
Australia – Egipt 1:1 k. 2:4
4 lipca, sobota
Argentyna – Republika Zielonego Przylądka 3:2 pd.
Kolumbia – Ghana 1:0 (1:0)
1/8 finału
4 lipca, sobota
Kanada – Maroko 0:3 (0:0)
Paragwaj – Francja 0:1 (0:0)
5 lipca, niedziela
Brazylia – Norwegia 1:2 (0:0)
6 lipca, poniedziałek
Meksyk – Anglia 2:3 (1:2)
Portugalia – Hiszpania 0:1 (0:0)
7 lipca, wtorek
USA – Belgia 1:4 (1:2)
Argentyna – Egipt 3:2 (0:1)
Szwajcaria – Kolumbia 0:0 k. 4:3
Dowodzony przez Mohameda Salaha Egipt mocno postraszył mistrzów świata z Argentyny.
Foto: Fars Media Corporation / Wikipedia