O pomnikach poległych żołnierzy, pamięci historycznej i losach niemieckiego dziedzictwa na Górnym Śląsku z Adrianem Szczypińskim rozmawia Michał Florek.
Zajmujesz się pomnikami wojennymi, określanymi po niemiecku jako „Kriegerdenkmäler”, które upamiętniają poległych żołnierzy i zachowały się na terenie Śląska. Dlaczego właśnie ten temat?
Adrian Szczypiński: Te pomniki pierwotnie postawiono dla poległych w I wojnie. Dopiero w latach 90. i później, kiedy je przywracano do pierwotnej funkcji, dodawano nazwiska poległych w II wojnie. Niektóre z nich znałem od dawna, ale dopiero w 2023 roku zacząłem patrzeć na nie świadomie, dostrzegać je w krajobrazie, odczytywać ich przekaz czy też zauważać podobieństwa i różnice. Bo są to dzieła przedziwne – świeckie, ale często w formie mocno sakralnej, stawiane w ramach ogólnonarodowej akcji, ale poświęcone poległym z konkretnej miejscowości, odwołujące się do śmierci w obronie Vaterlandu, ale czczące pamięć z poziomu Heimatu.
Najważniejszym odkryciem był stosunek Polski do pomników niemieckich. Wznoszono je na niemieckim Górnym Śląsku, gdzie stały najwyżej dwadzieścia kilka lat, a przez następnych 80 lat były już w Polsce jako obiekty zaciekłych ataków polskiej polityki historycznej. Tak więc dziś są pomnikami naszego stosunku do trudnej przeszłości, są dociążone znaczeniami, które nie mogły przyjść do głowy inicjatorom.
„W etnicznie śląskich powiatach lekcję odrobiono już w latach 90., kiedy lokalne koła Mniejszości Niemieckiej poczuły, że wiatr wreszcie wieje w ich żagle. Pomniki restaurowano z niemieckich fundacji czy z lokalnych inicjatyw parafialnych. Czasami stawiano je od nowa.” – Adrian Szczypiński
A przypomnijmy, że sto lat temu były symbolami braku grobów mężczyzn, którzy zginęli w obcej ziemi, a ich ciała nie wróciły do domu. Żeby ich nazwiska przetrwały, przypominając o bohaterskiej, choć zupełnie niepotrzebnej, wojennej ofierze, ryto je na publicznych obeliskach ku pamięci i przestrodze, ale przede wszystkim dla rodzin, które mogły przy pomniku poległych zapalić znicz dla swego ojca, męża, syna czy brata. Rodziny nie mogły przecież tego zrobić na parafialnym cmentarzu. Oprócz pamięci pomniki miały także rolę terapeutyczną.
Twoje badania obejmują rozległy obszar, który niedawno określiłeś jako „Prudnik–Krapkowice–Chałupki”. Czy między poszczególnymi częściami tego obszaru dostrzegasz istotne różnice?
Dziś bym ten obszar rozbudował aż w okolice Ostrawy, ponieważ jej peryferyjny obwód Hošťálkovice leży na terenie kraju hulczyńskiego, który także zwiedziłem w poszukiwaniu pomników poległych. Z kolei na południowym zachodzie granicą jest cypel osobłoski w powiecie Bruntal.

Osoblaha, powiat Bruntal, Czechy. Pomnik oryginalny.
Foto: Adrian Szczypiński
Tak więc do polskich powiatów raciborskiego, kędzierzyńsko-kozielskiego, głubczyckiego, krapkowickiego i prudnickiego dołączyłem dwa czeskie rejony, które są niezwykle ciekawe historycznie. Kraj hulczyński do końca I wojny należał do Rzeszy Niemieckiej, a powiat Bruntal do Austro-Węgier. Z kolei w powiecie głubczyckim przed 1945 rokiem było zdecydowanie więcej Niemców i Morawców niż w innych rejonach niemieckiego Górnego Śląska, a po 1945 roku ziemia głubczycka stała się nieporównanie bardziej polska, wręcz kresowa, od reszty naszego Heimatu. Cały ten dziejowy konglomerat polsko-śląsko-czesko-morawsko-niemiecki doskonale odbija się właśnie w pomnikach poległych, w stanie ich zachowania lub niezachowania, w dbałości o historię lub jej braku. Także w postawach społecznych, każących w tych pomnikach widzieć albo upamiętnienie przodków, albo niezrozumiały relikt poprzedniej rzeczywistości.
Po 1945 roku pomniki te spotkały różne losy. Jakie najważniejsze zjawiska lub procesy zaobserwowałeś podczas swoich badań?
Generalnie jest tak, że tam, gdzie stoi dobrze zachowane upamiętnienie poległych, tam mieszkają śląscy autochtoni. Pomnik poległych jest dowodem ciągłości i nieprzerwanej bytności rodzin, których przodkowie nie musieli opuszczać swego Heimatu po 1945 roku. Ta zasada dotyczy wszystkich badanych przeze mnie polskich powiatów, z wyjątkiem sporych fragmentów głubczyckiego. Tam poniemieckie upamiętnienia zachowały się tylko w niektórych wsiach na północy i południu powiatu, gdzie po wojnie pozwolono zostać Morawcom. Gdzie indziej były niszczone do gołej ziemi lub przerabiane na pomniki sakralne lub poświęcone polskim ofiarom drugiej wojny.
Drugim wyjątkiem od tej reguły w powiatach autochtonicznych są miasta, które z zasady mocniej odzwierciedlały charakter państwa. Centrum przedwojennego Ratibor było bardziej niemieckie niż jego śląskie dzielnice i otaczające wioski. Po 1945 roku ta różnica się zachowała, tyle że została przełożona w stronę polskości, bo w centrum osiedlali się wygnańcy z Kresów i przybysze z Polski centralnej. A w tym czasie Markowice, Studzienna czy Płonia zachowały swój śląski skład etniczny i językowy. Innymi słowy, w miastach bardziej widać państwo, do którego to miasto należy. To się wprost przekłada na zachowanie poniemieckiego krajobrazu kulturowego.

Racibórz-Studzienna, pomnik oryginalny ze współczesnymi tablicami.
Foto: Adrian Szczypiński
W centrach Raciborza i Kędzierzyna-Koźla pomniki poległych były niszczone i dewastowane do niepoznaki, czego charakterystycznym przykładem są pozostałości pomnika poległych w raciborskim parku Roth. Ale wystarczy odjechać na Studzienną czy Starą Wieś albo na peryferyjne osiedla Cisowa, Rogi czy Lenartowice w obrębie Kędzierzyna-Koźla, by przekonać się, że ówczesna antyniemiecka polityka Polski Ludowej nie była tak skuteczna jak w miastach.
Zaskakująco inaczej jest w Czechach. W ogóle powinniśmy się od nich uczyć, jak dbać o pomniki z poprzednich epok politycznych. Nawet w małych wioskach obok siebie stoją pomniki poległych w I wojnie światowej, pomniki wdzięczności dla Armii Czerwonej oraz pomniki ojców-założycieli czeskiej państwowości.

Kozmice, Kraik Hulczyński, Czechy. Pomnik oryginalny z nowymi tablicami.
Foto: Adrian Szczypiński
Nikt ich nie każe usuwać, nie piętnuje nieprawomyślnością. A przecież historia czeskich pograniczy z Polską to węzeł etniczny i pojęciowy tak samo skomplikowany jak nasz górnośląski. Tymczasem współcześni Czesi dbają o te pomniki z pietyzmem godnym najwyższego podziwu. Tam każda pamięć ma znaczenie i nie traktuje się jej koparką i obłędem, bo na pomniku jest Krzyż Żelazny lub sowiecki żołnierz.
Jak obecnie traktowane są te miejsca pamięci? Czy podejmowane są działania związane z ich renowacją lub ponownym przywracaniem lokalnej pamięci?
W etnicznie śląskich powiatach lekcję odrobiono już w latach 90., kiedy lokalne koła Mniejszości Niemieckiej poczuły, że wiatr wreszcie wieje w ich żagle. Pomniki restaurowano z niemieckich fundacji czy z lokalnych inicjatyw parafialnych. Czasami stawiano je od nowa. Prywatne osoby wyciągały wówczas oryginalne płyty z nazwiskami z czeluści swoich gospodarstw albo wskazywały miejsca, gdzie pomniki lub ich elementy były zakopywane. To były czasy wielkiego śląskiego pospolitego ruszenia, wychodzenia naszej tożsamości po dekadach odmawiania jej istnienia. Takie inicjatywy często działały w legislacyjnej próżni, bo prawo wczesnych lat 90. nie nadążało za tempem przemian. Później oczywiście IPN i władze wojewódzkie miały pełne ręce roboty, a ich opinie i decyzje, często odmowne i nakazujące rozbiórkę, i tak nie były przestrzegane. Dlatego teraz mamy w przestrzeni publicznej pełen wachlarz: pomniki oryginalne z tablicami o ofiarach drugiej wojny i napisami po polsku, pomniki, ale bez poległych w II wojnie i bez polskich napisów; pomniki współczesne z napisami wyłącznie po niemiecku; współczesne rekonstrukcje z napisami w obu językach; mamy wreszcie upamiętnienia z nazwami miejscowości nadanymi w czasach nazistowskich. Ten bałagan trwa już od kilku dekad i chyba już nikomu nie przeszkadza. Niech tak zostanie.

Pietrowice Wielkie, pomnik współczesny oraz pozostałości ze zniszczonego pomnika oryginalnego.
Foto: Adrian Szczypiński
Jak oceniasz współczesną kulturę pamięci związaną z pomnikami poległych? Co funkcjonuje już dobrze, a co powinno się zmienić?
Na ziemiach śląskich pamięć trwa, bo nie została przerwana rokiem 1945. Różnie bywa z jej realizacją, a na przeszkodzie zazwyczaj stoją finanse, uniemożliwiające rewitalizację pomników dorównującą oryginałom sprzed stu lat. Czasami nie ma dobrej woli w samorządach, gdzie brakuje tego jednego światłego urzędnika, gotowego stanąć na głowie, by zdobyć fundusze na wyeksponowanie zapomnianego pomnika, nagle wykopanego spod ziemi podczas budowy kanalizacji. Nie zapominajmy również o tym, że dbałość o pamięć historyczną to oczko w głowie zaledwie ułamka każdej społeczności. Jeden pasjonat na całą wieś, osiedle czy parafię nie przebije muru obojętności. Tylko większe grupy inicjatywne w połączeniu z rzutkimi urzędnikami mogą zmieniać niekorzystne tendencje. Powtórzę również, że powinniśmy się uczyć od Czechów, choć nie skopiujemy ich mentalności.
Czy podczas badań natrafiłeś na miejsca, które szczególnie cię zaskoczyły? Czy odkryłeś coś zupełnie nietypowego?
Największym odkryciem i zagadką jest dla mnie ziemia głubczycka, najbardziej przedziwny fragment Górnego Śląska, bo tam prawie nie ma Ślązaków. Za to są tam potomkowie Kresowian, tworzący od 1945 roku laboratorium społeczne, które nazwałem Śląskiem Kresowym. Ziemia głubczycka to kapsuła czasu, gdzie wszystko potoczyło się inaczej i dotrwało do dziś w stanie, którego próżno szukać u nas. I nie można mieć o to pretensji do wygnanych zza Buga, którzy wbrew sobie zostali zmuszeni do uczynienia sobie poddanej ziemi, której zasób kulturowy był obcy, niezrozumiały i traktowany wrogo. Niszczyli niemieckie nagrobki i pomniki poległych? Owszem, ale tak potoczyła się wielka historia, która przeorała tę ziemię w stopniu niewyobrażalnym dla Ślązaków. Nie nam oceniać tamte lata. Natomiast niezwykle ciekawym zajęciem jest odszukiwanie pozostałości poniemieckiego krajobrazu kulturowego, które przypomina odkrywanie śladów poprzedniej cywilizacji. Tak wielkie nastąpiło tam tąpnięcie dziejowe.
Nieliczne ocalałe pomniki poległych są w stanie rzadko tutaj spotykanym, czyli jako wspomniane wcześniej obiekty sakralne. Zdejmowano tablice z nazwiskami poległych, zrzucano ze szczytu pruskiego orła lub przedstawienie Krzyża Żelaznego, a w to miejsce montowano figurę Matki Boskiej i parafia zyskiwała miejsce do postawienia ołtarza procesyjnego na Boże Ciało. Bo po co niszczyć solidny kawał pomnika, skoro wystarczy za pomocą kilku drobnych modyfikacji całkowicie zmienić jego funkcję symboliczną? Czasami niestety pomnik kasowano do zera, pozostawiając tylko betonową podstawę, ale to też był wyraźny ślad emocjonalny. Niszczono, by osiągnąć jakiś cel.
Tymczasem na ziemi głubczyckiej znalazłem pomnik, który wymknął się wszelkim klasyfikacjom emocjonalnym. Znajduje się w Kietrzu na tzw. promenadzie, czyli przedwojennym szlaku spacerowym tuż za miastem, ostatnio zrewitalizowanym i przywróconym mieszkańcom. Po 1945 roku pomnik został częściowo zdewastowany, rozwleczone fragmenty rozrzucono w nieładzie i koniec. Przez 80 lat nie zrobiono niczego innego. Ani go nie zniszczono do zera, ani nie przerobiono go na cokolwiek innego. Niemiecki pomnik pamięci stał się polskim pomnikiem obojętności.

Kietrz: Kietrz w powiecie głubczyckim. Zniszczony pomnik na Promenadzie.
Foto: Adrian Szczypiński
Tego stanu wcześniej nie przewidywałem, zwłaszcza że to temat bezpośrednio związany z trudnym dziedzictwem poniemieckim, czyli emocjonalnym samograjem. Zresztą to samo uczyniono w Raciborzu z pomnikiem w parku Roth.

Racibórz, pomnik w parku Roth, stan współczesny.
Foto: Adrian Szczypiński
Dochodzę do wniosku, że Racibórz i Kietrz są sobie mentalnie bliższe, niż może się wydawać. Jak widzisz, pomniki poległych doprowadziły do odkrycia z rejestrów mechaniki społecznej, a ta praca to studium współczesności, a nie kolekcjonowanie poniemieckich artefaktów sprzed stu lat.
W jaki sposób zamierzasz podsumować i upowszechnić wyniki swoich badań? Prowadziłeś już prelekcje, wiem również, że pracujesz nad książką poświęconą temu tematowi.
Tych kilka prelekcji było po to, by zobaczyć, czy ten temat będzie budził jakiekolwiek zainteresowanie. Celem zasadniczym jest książka reporterska, czyli materia zupełnie dla mnie nowa. Oprócz prezentacji ponad dwustu przykładów pomników poległych będzie trochę o tradycji upamiętnień, wywodzącej się z czasów wojen napoleońskich, będzie o symbolice bohaterów, sporo refleksji historycznej i dociekania, czy w dzisiejszych czasach na Górnym Śląsku jest nam jeszcze potrzebna identyfikacja niemiecka, skoro mamy własną, śląską. Będą także rozmowy z osobami, które spotkałem na swoim szlaku. Sporo mam już napisane, ale przez ostatni rok byłem tak zajęty kręceniem kolejnych filmów dokumentalnych, że prace nad pomnikami praktycznie stanęły w miejscu. Czekam na trochę wolnego, bo to zajęcie pochłaniające czas w sposób niepojęty.