Uroczystość Wszystkich Świętych prowadzi ludzi na cmentarze, do grobów bliskich zmarłych, choć nie zawsze świętych. Bo przecież – zgodnie z chrześcijańską wizją świata – na świętość trzeba sobie zasłużyć albo przynajmniej odpokutować swoje grzechy w czyśćcu, jeśli za życia było się raczej mało świętym. To jedno z możliwych wyobrażeń o życiu pozagrobowym. Bo przecież istnieją jeszcze inne. I – nie mogłoby być inaczej – szczególnie barwnie opisuje je literatura. A już szczególnie ta o romantycznej proweniencji.
Upiorna kochanka Eichendorffa
Weźmy na przykład takiego Josepha von Eichendorffa. Poetę znanego na Górnym Śląsku bardzo dobrze. Ale może mniej znanego z tego, że napisał też fantazję o kobiecie, która leży sobie spokojnie w grobie, gdy tymczasem nieszczęśliwy kochanek domaga się z nią bliskiego kontaktu. I gdy raz po raz tłumaczy mu, że takie spotkanie nie może się dobrze skończyć, bo przecież kochaneczka jest już zimna (tak brzmi też tytuł ballady Eichendorffa), to i tak pozostaje to bez efektu. Bo kochanek swoje wie. A potem dziwi się, że sam musi stracić życie, bo po drugiej stronie grobu czeka – oprócz upiornej kochanki – śmierć:
Joseph von Eichendorff
Das kalte Liebchen
Er. Laß mich ein, mein süßes Schätzchen!
Sie. Finster ist mein Kämmerlein.
Er. Ach, ich finde doch mein Plätzchen.
Sie. Und mein Bett ist eng und klein.
Er. Fern komm’ ich vom weichen Pfühle.
Sie. Ach, mein Lager ist von Stein!
Er. Draußen ist die Nacht so kühle.
Sie. Hier wird’s noch viel kühler seyn.
Er. Sieh! die Sterne schon erblassen.
Sie. Schwerer Schlummer fällt mich an. –
Er. Nun, so will ich schnell Dich fassen!
Sie. Rühr’ mich nicht so glühend an.
Er. Fieberschauer mich durchbeben.
Sie. Wahnsinn bringt der Todten Kuß. –
Er. Weh! es bricht mein junges Leben!
Sie. Mit ins Grab hinunter muß.
1826
Joseph von Eichendorff
Zimna kochaneczka
On: Wpuść mnie, mój najsłodszy skarbie!
Ona: Mrocznie w mej izdebce jest.
On: Ach, toć miejsce sobie znajdę.
Ona: Wąskie, małe łoże me.
On: Tak daleko me posłanie.
Ona: U mnie kamień jeno sam!
On: Zimna noc mnie wnet zastanie.
Ona: Tutaj zimniej będzie nam.
On: Popatrz, księżyc nam już blednie!
Ona: Spada na mnie ciężki sen.
On: Więc pochwycę ciebie snadnie!
Ona: Żar twój zbyt gwałtowny jest.
On: Ciało moje cierpi dreszcze.
Ona: Obłęd płynie z martwych ust.
On: Biada! Umrzeć przyszło młodym jeszcze!
Ona: Czeka na cię już mój grób.
1826
Przełożyła Nina Nowara-Matusik
Makabryczna dieta
Niby to oczywiste, że po drugiej stronie grobu znajdują się ludzkie zwłoki. Ale może już mniej oczywiste jest, że mogą one stanowić istotny element diety istot, które zwykło nazywać się ghoulami albo wampirami. I może jeszcze bardziej niezwykłe jest, że tego typu niecnych praktyk żywieniowych mogą dopuszczać się kobiety – w tym nawet szlachcianki. Takiego makabrycznego odkrycia dokonuje bowiem biedny Hipolit, bohater opowiadania „Wampiryzm” E.T.A. Hoffmanna. I nie dość, że wampiropodobnym monstrum okazuje się jego cherlawa żona, to jeszcze właśnie owa bezbronna z pozoru istota rzuca mu się do gardła i dotkliwie go gryzie, gdy ten oznajmia jej, że odkrył jej potworną tajemnicę. To, że cała ta historia kończy się obłędem głównego bohatera, raczej nikogo nie zdziwi.

Edvard Munch: Wampiry w lesie.
Źródło: Wikimedia Commons
Randka z demoniczną narzeczoną
Niemniej rozpasaną fantazją popisuje się również wielki Johann Wolfgang von Goethe – chociaż jemu akurat do romantyzmu było daleko, a nawet nazwał go „chorym”. Trudno jakoś w to uwierzyć, gdy czyta się jego balladę „Narzeczona z Koryntu”. Mamy tu wprawdzie całą tę klasyczną otoczkę – starożytność, konflikt moralny itd. – ale przecież to także utwór o wampiryzmie, a dokładnie (znowu!) o wampirzycy. A do tego bardzo podobny do wiersza Eichendorffa (chociaż to akurat Eichendorff napisał swój wiersz jakiś czas po Goethem). Powtarza się mianowicie ekspozycja – oto narzeczony przybywa do narzeczonej z zamiarem poślubienia jej. Powtarza się także ostrzeżenie skierowane do chłopaka: dziewczyna wprost mówi mu, że już dawno umarła. Powtarza się wreszcie jego reakcja: jej dziwny stan zupełnie mu nie przeszkadza i razem spędzają noc. Tyle że do całej tej z gruntu niepokojącej sceny miesza się jeszcze matka dziewczyny, która nakrywa młodych w intymnej sytuacji. Ostatecznie oboje muszą ponieść śmierć. I to ogniową, bo tylko tak można uśmiercić wampira na dobre. Ta ballada do dzisiaj nie daje spokoju badaczom Goethego, bo przecież gdy ją pisał, nie był już młodzieniaszkiem i epokę burzy i naporu miał już za sobą. A jednak wciąż jeszcze jakoś tak mrocznie mu w duszy grało.

Gabriel Max: Narzeczona z Koryntu.
Źródło: Wikimedia Commons
Pląsy na cmentarzu
Po drugiej stronie grobu straszą na szczęście nie tylko wampiry, upiory i ghoule. Czasami są to istoty łagodne i przyjazne, a nawet radosne. Pisze o nich inna romantyczna pisarka, Karoline von Günderrode. W wierszu „Der Trauernde und die Elfen” („Żałobnik i elfy”) do grobu narzeczonej ciężkim krokiem podąża narzeczony. Jest tak zrozpaczony i zatopiony w żałobie, że nie widzi świata wokół siebie. Ale ów świat dobrze widzi jego: jest noc, wokół błąkają się zjawy, atmosfera gęstnieje z każdą sekundą. I wtedy na cmentarzu pojawiają się elfy, tańcząc w korowodzie wokół grobów. I gdy najpiękniejsza z elfów zachęca młodzieńca, by ten przyłączył się do radosnych pląsów, ten nie zwleka długo i przekracza granicę przyziemnego świata. Po drugiej stronie grobu może cieszyć się spokojem ducha, a nawet widokiem przeplatającej się z życiem śmierci. Dla wielu niemieckich romantyków śmierć była bowiem nie tyle końcem życia, ile doświadczeniem transcendentnym, przejściem do nowej lub innej formy bytowania. A może nawet nowym życiem. A już na pewno niezwykle barwną fantazją.

Albert Gräfle: Korowód elfów.
Źródło: Wikimedia Commons