Są miasta, które opowiadają jedną historię. Weimar opowiada ich kilka. Każda jest inna, a wszystkie razem tworzą opowieść o Europie.
Kilka dni temu, przeglądając internet, natrafiłem na zapowiedź kolejnej edycji Weimarer Rendez-vous mit der Geschichte. Tegoroczne motto brzmi: „Fakt oder Fake?”. Organizatorzy proponują debatę o propagandzie, mitach, sztucznej inteligencji, dezinformacji i granicach prawdy. Trudno o bardziej aktualny temat. Jeszcze kilkanaście lat temu podobny program uznalibyśmy za domenę politologów czy medioznawców. Dzisiaj pytanie o prawdę historyczną stało się jednym z najważniejszych pytań współczesnej demokracji i każdego świadomego obywatela.
Przeglądając program festiwalu, wróciłem pamięcią do jego pierwszych edycji. Miałem szczęście uczestniczyć w kilku z nich. Był to projekt niezwykły. Nie przypominał klasycznej konferencji naukowej, podczas której badacze rozmawiają głównie między sobą. Twórcy festiwalu inspirowali się wzorami francuskimi Rendez-vous de l’histoire w Blois, ale postanowili pójść o krok dalej. Do francusko-niemieckiego dialogu zaprosili także Polaków. Chodziło nie tylko o popularyzację historii, lecz przede wszystkim o stworzenie miejsca spotkania – historyków, nauczycieli, studentów i zainteresowanych mieszkańców. Miejsca, w którym historia staje się początkiem szerokiej rozmowy o teraźniejszości.
Nieprzypadkowo wybrano właśnie Weimar.
Za każdym razem, gdy wracam do Weimaru, mam wrażenie, że odkrywam inne miasto. Najpierw widziałem przede wszystkim Weimar Goethego i Schillera oraz zabytkową Bibliotekę Księżnej Anny Amalii – symbole niemieckiego klasycyzmu i europejskiego humanizmu, o których mówią programy chyba wszystkich europejskich szkół.
Z czasem miasto odsłaniało przede mną kolejne oblicza. To tutaj w 1919 roku Walter Gropius założył Bauhaus – szkołę, która zrewolucjonizowała myślenie o architekturze, wzornictwie i nowoczesności. W tym samym czasie rodziła się tu Republika Weimarska, której nazwa jest przestrogą. Do dziś przypomina, jak krucha może być niemiecka – i nie tylko – demokracja.
Jest jeszcze jeden obraz, który nieodmiennie kojarzy mi się z tym miastem. Gdy zbliżam się do Weimaru autostradą A4, mój wzrok przyciąga monumentalny pomnik ofiar KL Buchenwald na wzgórzu Ettersberg. Dominuje nad okolicą niczym znak ostrzegawczy. Ten widok trudno pomylić z czymkolwiek innym. Z jednej strony humanistyczny Weimar Goethego, Schillera i Bauhausu, z drugiej – miejsce kaźni i cierpienia „nowoczesności” XX w.

Pomnik Goethego i Schillera w Weimarze przed Niemieckim Teatrem Narodowym
Foto: Andreas Trepte/Wikipedia
Dwa lata temu odwiedziłem otwarte w 2024 roku Museum Zwangsarbeit im Nationalsozialismus oraz znakomitą wystawę „Bauhaus und Nationalsozialismus”. Ta ostatnia uświadomiła mi, że również historia Bauhausu nie daje się sprowadzić do prostych opowieści o awangardzie i jej prześladowaniu. Losy twórców ruchu, jego uczniów i sympatyków okazały się znacznie bardziej złożone.
To tylko kilka kilometrów łatwej do przebycia przestrzeni. A właściwie cała historia współczesnych Niemiec.To właśnie ta bliskość przeciwieństw sprawia, że Weimar jest czymś więcej niż miastem wielkich nazwisk i eleganckiej architektury. Spotykają się tu kultura i barbarzyństwo, demokracja i dyktatura. Weimar nie ukrywa swoich sprzeczności. Przeciwnie – uczynił z nich przestrzeń rozmowy. To rozmowa, którą Niemcy prowadzą nie tylko z własną historią, lecz także między sobą – mieszkańcy dawnej RFN i NRD, których doświadczenia przez dziesięciolecia rozwijały się oddzielnie, a dziś nadal z trudem się do siebie zbliżają. To również rozmowa z europejskimi sąsiadami o odpowiedzialności, pamięci i przyszłości.
Nie dziwi mnie więc, że właśnie tutaj, w sierpniu 1991 roku, spotkali się ministrowie spraw zagranicznych Polski, Niemiec i Francji – Krzysztof Skubiszewski, Hans-Dietrich Genscher i Roland Dumas. Wybór Weimaru nie był przypadkowy. Trudno byłoby znaleźć w Europie miejsce, które lepiej nadawałoby się do rozpoczęcia rozmowy o wspólnej przyszłości, wyrastającej z tak różnych doświadczeń przeszłości.
Pierwszy cel Trójkąta Weimarskiego był jasno określony. Chodziło o przezwyciężenie podziałów pozostawionych przez zimną wojnę i wsparcie Polski na jej drodze do NATO oraz Wspólnot Europejskich. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że misja ta zakończyła się sukcesem. Paradoksalnie właśnie wtedy, gdy to nastąpiło, zaczęto zadawać pytanie, czy Trójkąt jest jeszcze potrzebny.
Nie brakowało sceptyków. Spotkania odbywały się coraz rzadziej, zmieniały się priorytety polityczne, a współpraca zależała od aktualnych relacji między rządami. W przeciwieństwie do pojednania francusko-niemieckiego Trójkąt nigdy nie doczekał się trwałego zaplecza instytucjonalnego. Nie powstał sekretariat ani fundusz wspierający wspólne inicjatywy. To dlatego jego aktywność tak silnie zależała od politycznej koniunktury.
Historia po raz kolejny okazała się jednak mniej przewidywalna niż prognozy analityków i polityków. Pełnoskalowa rosyjska agresja przeciw Ukrainie w 2022 roku przywróciła Trójkątowi znaczenie, którego wielu już w nim nie dostrzegało. Powróciły regularne konsultacje, a wspólnym tematem stały się bezpieczeństwo Europy, pomoc dla Ukrainy, polityka wobec Rosji czy walka z dezinformacją zalewającą internet. Format zaczął się również otwierać na nowych partnerów. Formuła Weimar+ pokazuje, że współpraca trzech państw nie musi być zamkniętym klubem. Zaproszenie do rozmów nie tylko Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Włoch, ale i Indii świadczy o tym, że problemy Europy coraz częściej mają wymiar globalny.
Trzydzieści pięć lat funkcjonowania to dobry moment, by zadać sobie pytanie, czy Trójkąt Weimarski nie powinien wreszcie wyjść poza formułę okazjonalnych spotkań. Stały sekretariat i wspólny fundusz nie zastąpią oczywiście zaufania ani politycznej determinacji, ale mogą stworzyć instytucjonalne ramy, dzięki którym współpraca będzie mniej zależna od zmian politycznych w Warszawie, Berlinie i Paryżu.
Najciekawsze rzeczy dzieją się jednak poza główną sceną. Wspólne inicjatywy Fundacji Genshagen, nowy program DAAD „Future Network Weimar Triangle: Science for Europe”, projekty uniwersyteckie, wymiany młodzieży czy współpraca samorządów pokazują, że przyszłość Trójkąta nie zależy wyłącznie od ministrów spraw zagranicznych. Budują ją również naukowcy, nauczyciele, studenci, ludzie kultury i organizacje społeczne.

Kościół miejski św. Piotra i Pawła, znany również jako kościół Herdera
Foto: CTHOE/Wikipedia
Symptomatyczne jest, że to właśnie historia stała się jedną z najważniejszych płaszczyzn współpracy weimarskiej. Prace nad wspólnymi podręcznikami francusko-niemieckimi, a później polsko-niemieckimi pokazały, że odmienne pamięci narodowe nie muszą się wzajemnie wykluczać. Mogą – a nawet muszą – wejść w dialog. Dzisiaj coraz częściej pojawia się pytanie, czy podobna współpraca nie powinna objąć również Ukrainy. Nie chodzi o stworzenie jednej obowiązującej narracji, lecz o wypracowanie języka rozmowy mimo różnic, których świadomość często jest bolesna. Ostatnie napięcia historyczne między Polską i Ukrainą pokazują, jak łatwo dialog dwustronny wpada w logikę wzajemnych oskarżeń. Być może właśnie obecność trzeciego partnera, dysponującego doświadczeniem własnego pojednania i wieloletniej współpracy historycznej, mogłaby stworzyć przestrzeń dla spokojniejszej rozmowy.
To najważniejsza lekcja Weimaru.
„Najcenniejszym dziedzictwem tego miasta pozostaje umiejętność prowadzenia rozmowy – także wtedy, gdy jest ona skomplikowana i nie prowadzi do łatwych odpowiedzi.”
Organizatorzy Weimarer Rendez-vous przypominają, że demokracja potrzebuje nie tylko instytucji, lecz także aktywnego udziału obywateli i gotowości do otwartej debaty. Historia nie daje prostych odpowiedzi, które po prostu należy sobie przyswoić. Jest procesem nieustannego zadawania pytań.
Dlatego tegoroczne motto festiwalu – „Fakt oder Fake?” – brzmi tak przejmująco. Nie dotyczy wyłącznie historyków czy politologów lub dziennikarzy. Jest pytaniem o kondycję współczesnej Europy. O to, czy potrafimy odróżnić fakty od mitów, wiedzę od propagandy, pamięć od politycznej manipulacji.
Kiedy opuszczam Weimar, zawsze odnoszę wrażenie, że jego najcenniejszym zabytkiem, historyczną spuścizną nie są dom Goethego ani Schillera. Nie jest nim nawet Republika Weimarska czy miejsce pamięci KL Buchenwald. Najcenniejszym dziedzictwem tego miasta pozostaje umiejętność prowadzenia rozmowy – także wtedy, gdy jest ona skomplikowana i nie prowadzi do łatwych odpowiedzi.
Może właśnie dlatego Trójkąt Weimarski nie jest skazany na odesłanie do przysłowiowego lamusa. Potrafi reagować na zmiany, bo jest zbudowany na dialogu. Ten zaś zawsze jest potrzebny. Dopóki Europa będzie umiała rozmawiać o swojej historii, swoich błędach i swojej przyszłości, dopóty Weimar pozostanie miejscem żywym i potrzebnym.