W czasach, kiedy stanowczo zbyt szybko żyjemy, górska wędrówka potrafi odwrócić ten kierunek i pozwolić choć na kilka godzin zanurzyć się w spokojniejszym rytmie. Wieczorny kogel-mogel, utarty na puszystą biel z błyszczącym cukrem, albo kluski z mięsem w sosie śliwkowo-grzybowym, jedzone powoli na przeszklonej werandzie z widokiem na sowiogórski krajobraz – to obrazy, które przywołuję, myśląc o chwilach spędzanych poza codziennym schematem obowiązków. Góry Sowie mają w sobie coś jednocześnie magicznego, surowego i dzikiego. Niczym magnes przyciągają każdego, kto wiosną chce zanurzyć się w kipiącej zieleni lasów i ziołowych łąk.
Zatrzymajmy się pod Wielką Sową na przełomie XIX i XX wieku, zanim ucichł gwar w jadalni schroniska „Eulenbaude”, które dzięki Towarzystwu Gór Sowich (Eulengebirgsverein) rozpoczęło działalność 11 kwietnia 1897 roku. Położony na wysokości 880 m n.p.m. drewniany budynek z dwiema salami dla gości oraz pięcioma pokojami noclegowymi dla ośmiu osób początkowo czynny był jedynie do jesieni. W kolejnych latach przystosowano go do działalności całorocznej, aby mogli z niego korzystać coraz liczniejsi miłośnicy sportów zimowych. Już w drugim sezonie otwarto także duży bufet mieszczący około 300 osób.
Na urokliwym tarasie lub przeszklonej werandzie wszystko smakowało zapewne wyjątkowo dobrze. Świadczy o tym relacja opublikowana w porannym wydaniu dziennika „Oberschlesische Volksstimme” z 1928 roku. Autor pisał, że majowa wycieczka oferowała wspaniałe widoki oraz gastronomię mogącą „zadowolić każdy żołądek”, a zarówno jedzenie, jak i napoje były znakomite. Gospodarz schroniska Fritz Nicolaus dokładał wszelkich starań, aby każdy gość został odpowiednio podjęty. Nic więc dziwnego, że grupa ruszyła dalej dopiero po dwóch i pół godzinach wspólnego biesiadowania.

Reklama w czasopiśmie „Der Eulengebirgsfreund” (1910).
Źródło: Biblioteka Cyfrowa Uniwersytetu Wrocławskiego
Schronisko pełne życia
Towarzystwo Gór Sowich wydzierżawiało schronisko kolejnym gospodarzom. Pierwszym był Erich Göbel, po nim zaś obiektem zarządzali Heinrich Vogel, Carl Barwanietz, Paul Grunwald (1910–1915), wspomniany już Fritz Nicolaus (1915–1940) oraz Paul Dammfeld (1940–1945).
Zaopatrzenie do schroniska zimą dowożono saniami konnymi, natomiast w pozostałych porach roku można było dotrzeć tam samochodem. Gastronomia przeżywała jednak także trudniejsze chwile. W kwietniu 1918 roku ówczesny dzierżawca zwrócił się do Towarzystwa z prośbą o zgodę na budowę stajni dla bydła oraz założenie ogrodu warzywnego. Powodem były poważne problemy z zaopatrzeniem schroniska w żywność.
Na dawnych pocztówkach i historycznych fotografiach utrwalano ważne momenty z życia „Eulenbaude”. Na jednych widać warzywnik przed budynkiem, na innych niezapomniane święta Bożego Narodzenia klubów „Ski-Club Reichenbach” i „Skizunft Reichenbach”, słoneczne, choć śnieżne Święta Wielkanocne, Zielone Świątki czy sylwestrowe zabawy z fajerwerkami i tańcami. Równie często spotykali się tu członkowie Towarzystwa Gór Sowich podczas zebrań i posiedzeń zarządu. Dzięki dobrej infrastrukturze wokół schroniska odbywały się marsze stowarzyszeń gimnastycznych, szkolne wycieczki piesze, a zimą także zawody narciarskie, których trasy prowadziły tuż obok budynku.

Schronisko „Sowa” w 2020 roku.
Foto: Małgorzata Janik
Smak marzanki wonnej
Wędrując dziś przez majowe lasy, można natknąć się na całe dywany marzanki wonnej. Dawniej jej ziele wykorzystywano do aromatyzowania kruszonu majowego oraz produkcji popularnego likieru „Waldmeister”. Jasnozielona barwa, świeży i charakterystyczny aromat oraz delikatny smak doskonale pasowały do wiosennych spotkań.
Historia schroniska „Sowa” pokazuje, że pamięć o dawnych miejscach najdłużej trwa w smakach, zapachach i wspomnieniach ludzi.
Być może także dawni goście „Eulenbaude” delektowali się na tarasie napojem z dodatkiem marzanki wonnej? A może jedli na śniadanie pieczywo posmarowane słodką galaretką? „Leśny mistrz” jest dziś rośliną nieco zapomnianą, dlatego warto podczas spacerów po lesie spojrzeć pod drzewa i poszukać drobnych białych kwiatów oraz charakterystycznych gwiaździście ułożonych liści. Dawne śląskie książki kucharskie pokazują, że można ją z powodzeniem wykorzystać kulinarnie i zaskoczyć gości.
Kruszon majowy
Delikatną marzankę wonną, jeszcze słabo kwitnącą, po odcięciu łodyżek zanurza się w białym winie i pozostawia na około dwie godziny. Następnie ziele należy wyjąć. Dodatkowe składniki mogłyby zakłócić jej subtelny aromat, choć kieliszki można ozdobić plasterkami pomarańczy lub kwiatami jabłoni.

Kruszon majowy na bazie wina z dolnośląskiej winnicy „55-100” oraz galaretka „Leśny mistrz”.
Foto: Michał Janik
Galaretka z marzanki wonnej
Ziele marzanki należy pozostawić na około dwanaście godzin do lekkiego podsuszenia, aby mogło rozwinąć swój aromat. Następnie wkłada się je do garnka, zalewa 750 ml wody, dodaje plasterki cytryny i pozostawia na kolejne dwanaście godzin. Potem usuwa się marzankę i cytrynę, płyn zagotowuje z cukrem żelującym, przelewa do wyparzonych słoików i szczelnie zamyka.
Dzisiejsze schronisko „Sowa”, dawna „Eulenbaude”, od kilku lat stoi opuszczone, a jego dalszy los pozostaje niepewny. Jedno jednak się nie zmienia – marzanka wonna każdej wiosny powraca do sowiogórskich lasów i wciąż zasługuje na miejsce na wiosennym stole.
Małgorzata Janik