W 2027 roku w Polsce odbędą się wybory parlamentarne. Kampania wyborcza, która nas czeka, zapowiada się „krwawo”. Ugrupowania prawicowe za wszelką cenę chcą wygrać wyścig do polskiego parlamentu i odzyskać władzę. Dlatego już teraz rozpoczęły starania. Nie przebierają w środkach, a ich głównym narzędziem do walki znów jest straszenie Polaków Niemcami.Część polskich środowisk prawicowych w mediach prezentuje coraz ostrzejszą antyniemiecką narrację, odwołując się między innymi do doświadczeń II wojny światowej. Co więcej – na jednym ze spotkań prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński ostrzegał swoich rodaków przed, jak to nazwał, „nasilającymi się próbami powolnej regermanizacji ziem zachodnich”. Podkreślił też, że od wielu lat w przestrzeni publicznej pojawiają się inicjatywy, które jego zdaniem sugerują ciągłość niemieckiej historii tych terenów.
Być może miał nawet na myśli działalność kulturalną mniejszości niemieckiej w Polsce, a dyskryminacja dzieci uczących się języka niemieckiego jako języka mniejszości narodowej – poprzez ograniczenie nauki z trzech do jednej godziny tygodniowo – nie była przypadkowa, lecz celowa! Przypominamy, że rozporządzenie ograniczające liczbę godzin zostało wydane 4 lutego 2022 roku przez ówczesnego ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka (PiS). Spośród wszystkich mniejszości w Polsce zmiana ta dotknęła tylko mniejszość niemiecką. Dyskryminacją objęto dokładnie 55 tysięcy dzieci!

Antyniemieckie hasła mogą przynosić polityczne korzyści, ale szkodzą relacjom polsko-niemieckim. Źródło: Pixabay
Tak obrzydliwe działania wymierzone w Niemców w Polsce, a przede wszystkim w dzieci, powinny być dla wielu polityków prawicowych powodem do hańby i wstydu, ale tak nie jest. W efekcie narracja o „zagrożeniu niemieckim” powraca w polskiej polityce jak przysłowiowy bumerang, a odwoływanie się do wojennych traum wciąż jest sposobem na mobilizację emocji. Do tego politycy prawicy kierują się zasadą, że kto bardziej obraża Niemców i w nich uderza, jest większym Polakiem, większym patriotą.
„Ciężko rozmawia się z kimś, kto jest rozhisteryzowany. A to rozhisteryzowanie wcale nie ma służyć dyskusji i negocjacjom z Niemcami. Ono obsługuje wewnętrznie w Polsce różnego rodzaju lęki”
Jednocześnie mało kto z nich zastanawia się nad tym, że w dobrych stosunkach polsko-niemieckich kryje się potężna pozytywna siła – zarówno gospodarcza, jak i polityczna. Siła, która mogłaby być przysłowiowym kołem napędowym dla całego kontynentu, ale… Prawicowców to nie interesuje. Interesuje ich przede wszystkim chwila chwały dla siebie, dlatego straszą Niemcami, regermanizacją, rewizjonizmem, bredzą i sugerują polskiemu społeczeństwu, że Niemcy nie robią nic innego, tylko kombinują, jak zniszczyć Polskę. To bardzo przykre i kłamliwe, ale tak budowana jest antyniemiecka histeria, która nie służy budowaniu polsko-niemieckich relacji.
„W takich relacjach jest i powinno być miejsce także na trudne sprawy. Tylko że ciężko rozmawia się z kimś, kto jest rozhisteryzowany. A to rozhisteryzowanie wcale nie ma służyć dyskusji i negocjacjom z Niemcami. Ono obsługuje wewnętrznie w Polsce różnego rodzaju lęki. Ono jest instrumentalnie użyteczne. Mamy czytelnie wskazanego wroga. I to nie tylko tego wroga, który jest tam, w Niemczech, ale też każdego w Polsce, kogo możemy oskarżyć o sprzyjanie, o zdradę, o nadmierną życzliwość czy wprost o bycie Niemcem. To wystarczy, żeby kogoś delegitymizować” – puentuje prof. Cezary Obracht-Prondzyński.