Wywiad „Neues-Wochenblatt.pl” z Henrykiem Juretko

Pamięć zobowiązuje

25 października 2026, 17:00 Historia , Ludzie

Henryk Juretko należy do osób kształtujących mniejszość niemiecką. Od 1990 roku angażuje się w działalność koła DFK w Błotnicy Strzeleckiej, działając na rzecz języka, kultury i historii. Zawodowo był bankowcem i ekspertem ds. kredytów, później przez dziesięć lat prezesem Fundacji Rozwoju Śląska. Manuela Leibig rozmawiała z nim o jego pasji do historii lokalnej, badaniach i zaangażowaniu.

Pana zaangażowanie na rzecz mniejszości niemieckiej rozpoczęło się w 1990 roku. Jak Pan wspomina tamten okres?

Od samego początku byłem w to zaangażowany. Jednocześnie działałem w Związku Rolników Śląskich. Wtedy wszystko było nowe. Wielu ludzi zastanawiało się: co z tego wyniknie? Czy nie robimy sobie w ten sposób wrogów? W końcu do tamtej pory niemal przemilczano fakt, że w ogóle mieszkają tu Niemcy.

Ja sam się nie bałem. W Opolu nadal miałem swój zawód i różne, także wyższe stanowiska w bankowości. Powiedziałem: „Jestem sobą”. I chciałem coś robić – dla mniejszości niemieckiej i dla ludzi tutaj. W Związku Rolników Śląskich brałem udział w pracach nad statutem i towarzyszyłem rolnikom w wyjazdach do Niemiec.

„Moja zasada brzmi: Nie żyje się tylko dla przyszłości, trzeba też zachować w sobie przeszłość.” – Henryk Juretko

Przez prawie pięć dekad pracował Pan w sektorze bankowym. Jak rozpoczęła się ta droga?

Po maturze w Technikum Finansów i Administracji w Strzelcach Opolskich moja kariera zawodowa rozpoczęła się w 1952 roku w Gliwicach. Trzeba było liczyć odsetki w głowie, księgowało się piórem i ołówkiem kopiowym. Dla pięćdziesięciu osób w sali była jedna niemiecka maszyna do liczenia, Ascota – trzeba było się wcześniej wpisać do zeszytu, kiedy chce się jej użyć. Później moja droga zaprowadziła mnie do Kędzierzyna-Koźla i do Opola. Tam przejąłem zadania kierownicze w obszarze kredytów i jednocześnie studiowałem na Uniwersytecie Wrocławskim. Następnie pracowałem w Narodowym Banku Polskim i zostałem oddelegowany do budowy banku inwestycyjnego w Opolu.

Pracownicy musieli najpierw nauczyć się pracować w warunkach gospodarki rynkowej. Powiedziałem: „Waszą pensję płaci klient. Jeśli nie przyjdzie, nie będzie też pieniędzy”.

Henryk Juretko od 1990 roku angażuje się na rzecz mniejszości niemieckiej oraz zachowania jej języka i kultury.
Foto: Tomasz Chabior

Stał się Pan także ekspertem ds. zdolności kredytowej i języka fachowego. Jak powstały Pana pierwsze publikacje?

To rozwinęło się z praktyki. W 1992 roku opracowałem dwa słowniki z pojęciami z ekonomii i bankowości – niemiecko-polskie. Wtedy takich słowników fachowych w regionie opolskim prawie nie można było kupić. Na potrzeby szkolenia z materiałami Banku Światowego i Deutsche Bank tłumaczyłem dokumenty fachowe i symultanicznie podczas wykładów. Najważniejsze pojęcia przygotowałem na maszynie do pisania. Z tego powstały dwa słowniki.

Po przejściu na emeryturę objął Pan kierownictwo Fundacji Rozwoju Śląska.

W 2001 roku pan Kroll i pan Czech zapytali mnie, czy chcę zostać prezesem fundacji. Miałem wtedy 67 lat i przepracowałem prawie 50 lat. Ale chciałem nadal działać.

Podjąłem się tego zadania i przez dziesięć lat byłem prezesem. Mogłem tam wykorzystać moje doświadczenie z bankowości. Wciąż na nowo interpretowaliśmy obowiązujące nas zasady i szukaliśmy nowych pomysłów. Oferowaliśmy gminom korzystne kredyty na poprawę warunków mieszkaniowych; pieniądze były zwracane i mogły być przeznaczane na nowe projekty.

Równolegle koło DFK w Błotnicy Strzeleckiej pozostało Pana projektem serca.

Tak. Działam w nim od 1990 roku. Najpierw byłem zastępcą przewodniczącego, później przejąłem pracę organizacyjną. Do dziś wygłaszam wykłady lub realizuję projekty, takie jak Maibaum. DFK musi coś robić dla ludzi.

Jednym z moich najważniejszych projektów jest konkurs „Es weihnachtet”. Obecnie odbywa się już po raz 21. Skierowany jest do dzieci i wspiera naukę języka niemieckiego. Właściwie jednak dociera do znacznie większej liczby osób: dzieci, rodziców, dziadków i nauczycieli. Łącznie od samego początku uczestniczyło w nim znacznie ponad 4000 osób.

Poprzez wykłady, publikacje i historyczne mapy Henryk Juretko stara się zachować historię swojej małej ojczyzny dla przyszłych pokoleń.
Foto: Tomasz Chabior

Dziś zajmuje się Pan przede wszystkim historią. Dlaczego historia lokalna jest dla Pana tak ważna?

Ponieważ musimy znać naszą małą ojczyznę. Kiedy rozmawiam z ludźmi, mówię: „Spójrzmy wstecz. Kim byli nasi rodzice i dziadkowie? Kto tu mieszkał? Jakie były gospodarstwa? Co się z nimi stało? Gdzie stały określone budynki?”

Nie powinno się zawsze zajmować wielką polityką. Powinno się wiedzieć: co mogę tu zrobić? Co mogę tu poprawić?

Wygłasza Pan także wykłady, m.in. dla uczniów. Co chce Pan przekazać?

Zapraszały mnie szkoły i biblioteki. Szczególnie w przypadku historii roku 1945 ważne jest przekazywanie osobistych doświadczeń. Dla mnie to wtedy nie było abstrakcyjne „wyzwolenie”. Widziałem płonące domy i przeżyłem, jak ludzi internowano. Dlatego opowiadam, jak wyglądał ten czas tutaj, na miejscu, i pokazuję przy tym stare mapy, na których zaznaczony jest na przykład nieistniejący już powojenny obóz w Błotnicy.

Moja zasada brzmi: „Nie żyje się tylko dla przyszłości, trzeba też zachować w sobie przeszłość”.

Pana własna historia rodzinna jest częścią tej pamięci. Szczególnie historia Pana ojca.

Mój ojciec został internowany 14 lutego 1945 roku. Był kowalem. Najpierw musiał zgłosić się w Strzelcach Opolskich, później został przewieziony przez Kluczbork do różnych obozów pracy. Pracował między innymi w Łabędach i Gliwicach.

Ja sam 15 lutego, czyli dzień po internowaniu, skończyłem jedenaście lat. Leżało około 60 centymetrów śniegu. Stałem godzinami przy naszej bramie i czekałem na ojca. Pożegnałem go dzień wcześniej i myślałem: wróci na moje urodziny. Płakałem, ale uwierzyłem matce, która w końcu powiedziała mi, że przyjdzie później.

Henryk Juretko przez prawie pięć dekad pracował w bankowości, a następnie przez dziesięć lat kierował Fundacją Rozwoju Śląska.
Foto: Tomasz Chabior

Później mogłem pójść z matką do obozu. Wpuszczono mnie do ojca. Przytulił mnie i powiedział: „Takiego syna mam”. Takich obrazów się nie zapomina.

Ówczesny starosta strzelecki, Zygmunt Nowak, na prośbę rodzin wystawiał wielu internowanym zaświadczenia o obywatelstwie polskim i tym samym uchronił setki ludzi przed dalszym losem internowanych. Mój ojciec został internowany jako Niemiec, a w końcu zwolniony jako Polak.

Moja matka przywiozła ojca w 1946 roku zupełnie wychudzonego z Gliwic na plecach do domu. Potem przez rok był bardzo chory.

Zapał i entuzjazm: Wywiad „Neues-Wochenblatt.pl” z Moniką Czok
Górnośląski feeling

Zapał i entuzjazm: Wywiad „Neues-Wochenblatt.pl” z Moniką Czok

Czytaj więcej →
Odnaleźć własny głos
Wywiad „Wochenblattu” z Andreą Rischką

Odnaleźć własny głos

Czytaj więcej →

Nazywa się Pan Henryk. Ale nie od urodzenia.

To było w szkole podstawowej. Dyrektor szkoły powiedział: „Heinz, to przecież nie jest imię, będziesz się nazywał Hans”. Potem: „Hans też nie pasuje, będziesz Jan”. Tak byłem Janem przez rok, dwa. Przed egzaminem do szkoły średniej moja matka pojechała do urzędu stanu cywilnego w Gliwicach, tam zapisano: zgodnie z prawem z Heinz staje się Henryk. Od 1948 roku jestem Henryk – w domu do dziś Heinz. Kiedy wysyłam książkę do Niemiec i piszę dedykację, podpisuję się Heinz.

Należy Pan do nielicznych osób, które jeszcze wiedzą, gdzie znajdował się powojenny obóz w Błotnicy.

Tak. Właśnie dlatego chcę o tym mówić. Kiedy świadkowie milczą, wspomnienia znikają.

Dlatego piszę. Siadam z blokiem i dwoma długopisami. Porządkuję nazwiska, miejsca i wydarzenia tematycznie. Potem to przepisuję. Moje książki mają skłonić ludzi, aby zajęli się swoim otoczeniem, poszli, popatrzyli i zadawali pytania.

Dla Henryka Juretki nie ulega wątpliwości, że historię swojej małej ojczyzny należy badać, pielęgnować i przekazywać młodszym pokoleniom.
Foto: Tomasz Chabior

Czym jest dla Pana historia?

Historii nie można zmieniać według własnego uznania. Można ją badać, ale nie powinno się jej fałszować. Jeśli wiemy, kto żył tu przed nami i co ukształtowało naszą ojczyznę, lepiej rozumiemy, dlaczego jesteśmy tu dzisiaj.

Co Pana napędza, aby wciąż robić coś nowego?

Doba ma 24 godziny. Jeśli odejmiemy pracę i konieczny odpoczynek, zawsze pozostaje jeszcze czas. Nie mogę przecież po prostu leżeć z nogami w słońcu. Trzeba mieć wolę, aby coś robić – dla miejsca, w którym się żyje, i dla ludzi, których spotyka się każdego dnia. Jeśli coś wiem, nie powinno to pozostać tylko u mnie.

Także w przypadku mniejszości niemieckiej obowiązuje zasada: język, kultura i pamięć pozostają żywe, gdy ludzie się dla nich angażują i coś przekazują dalej.

Mieszkam tutaj. To moja ojczyzna. Muszę coś dla niej robić.

Udostępnij:
Słowo na niedzielę ks. dr hab. Petera Tarlinskiego
Poprzedni artykuł

Słowo na niedzielę ks. dr hab. Petera Tarlinskiego

Reklama

Punkt Widzenia

Neues Wochenblatt - Gazeta Niemców w Rzeczypospolitej Polskiej
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.