Jak wyobrażam sobie niebo? Nikt nie pytał, ale i tak odpowiem: jak ogród. Ale broń Boże nie ogród rajski. Nie wypielęgnowany, wystylizowany Eden, w którym egzotyczne kwiaty kwitną przez cały rok, a niebiańskie pawie zdobią nieskazitelnie zielone trawniki.

Foto: A. Durecka
Chcę prawdziwego ogrodu. Ziemi do roboty. Całkowicie zdziczałego, zapomnianego ogrodu, w którym chwasty rosną jak w dżungli. I w nim chciałabym pracować od rana do wieczora. Przekopywać grządki. Sadzić ziemniaki. Podwiązywać pomidory. Toczyć nierówną walkę ze ślimakami i mszycami. Raz wygrywać, raz przegrywać. Mieć brud za paznokciami. Po raz setny szukać sekatora — do diabła, jeszcze przed chwilą tu był! Zbyt wcześnie coś zasiać. Zbyt późno coś zebrać. Zasiać za dużo, zebrać jeszcze więcej. Zastanawiać się, komu potencjalnie wcisnąć nadwyżki. Cieszyć się każdym ogórkiem tak, jakbym osobiście pokonała głód na świecie. Ciągle mieć za mało miejsca na kwiaty. A jednocześnie w głębi duszy kochać je znacznie bardziej niż warzywa. W końcu bukiet kwiatów daje więcej radości niż jakakolwiek miska sałaty.
Co roku obiecywać sobie, że tym razem wszystko dobrze zaplanuję. Równe grządki byłyby dobrym początkiem, może nawet jakiś ogólny plan, gdzie co zostało posiane. A potem i tak nie zrobić nic z tych rzeczy i jak zwykle całkowicie stracić orientację w terenie. Znów dać się kompletnie zaskoczyć tym, gdzie co wyrośnie. Plewić w deszczu. Pić kawę w porannym słońcu. A wieczorem siedzieć wyczerpaną na rozklekotanej ławce i myśleć: bosko! Tak mogę jakoś znieść tę wieczność.
Anna Durecka