Trzydzieści lat kolonii w Pokrzywnej to okazja do wspomnień, spotkań kilku pokoleń uczestników i powrotu do historii, która przez lata stała się ważną częścią działalności DFK Schlesien. Kolonie w Pokrzywnej to nie tylko wakacyjny wypoczynek, ale także własne piosenki, tradycje, zwyczaje i wspólny język, który najlepiej rozumieją ci, którzy choć raz byli częścią tego świata.
Z Agnieszką Dłociok, członkinią Zarządu TSKN Województwa Śląskiego i kierowniczką kolonii, z okazji jubileuszu 30-lecia rozmawia Manuela Leibig. O trzydziestu latach kolonii, tamtejszej codzienności, wychowawczej roli, pielęgnowaniu niemieckiej tożsamości oraz o tym, dlaczego dawni koloniści wracają dziś jako wychowawcy.
Trzydzieści lat kolonii to kawał historii. Co sprawia, że ta tradycja wciąż trwa?
Myślę, że przede wszystkim to, że dzieci po prostu dobrze się tam czują. Przez te lata wypracowaliśmy swój sposób działania, swoje tradycje i swój klimat.
„My przede wszystkim kładziemy bardzo duży nacisk na tożsamość.”
Nasze motto brzmi: „Jak kadra się dobrze bawi, to cała kolonia się dobrze bawi”. I rzeczywiście coś w tym jest. W Pokrzywnej jesteśmy na luzie. Nie musimy przybierać masek, udawać kogoś, kim nie jesteśmy, nie musimy się zastanawiać, co ktoś o nas pomyśli i co powie. My się tam naprawdę dobrze czujemy.
Myślę, że to też jest powód, dla którego do dziś nie mam problemu z rekrutacją kadry. Dzieci również czują tę atmosferę.
I jest jeszcze coś bardzo ważnego – ciągłość. Przecież już jeżdżą ze mną dzieci moich dawnych uczestników. To naprawdę jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Inicjatorami byli na samym początku Friedrich Schikora i Georg Kotzorek.
Jak wygląda typowy dzień na kolonii? Czy są elementy, bez których nie byłaby już „waszą” kolonią?
Mamy kilka stałych punktów. Dzień zaczyna się o 7.30 pobudką. Ale nie wygląda to tak, że ktoś po prostu wchodzi i mówi: „Wstawać!”. Pobudka odbywa się po niemiecku i często towarzyszy jej muzyka. W tym roku mieliśmy saksofon i skrzypce, ale instrumenty są różne.
O 7.50 mamy śpiewanie. Są piosenki, które powtarzamy właściwie co roku. Śpiewamy między innymi „Die Gedanken sind frei”, są też piosenki zespołu „Santiano”, na przykład „Gott muss ein Seemann sein”.
Poranna gimnastyka na jubileuszu 30-lecia kolonii. Tak jak dawniej, dzień w Pokrzywnej rozpoczął się od wspólnej rozgrzewki. Foto: prywatne
Potem jest gimnastyka poranna, śniadanie i dalsza część dnia. W zależności od programu mamy wyjścia, zajęcia plastyczne, warsztaty czy różnego rodzaju aktywności.
Stałe są również godziny posiłków: śniadanie o 8.30, obiad o 13.30 i kolacja o 18.30.
Ale chyba najważniejsze jest to, że po kilku dniach te nasze stałe elementy zaczynają być dla dzieci czymś zupełnie naturalnym.
Czyli śpiewanie ma również znaczenie związane z tożsamością?
Zdecydowanie. Tożsamość jest dla nas naprawdę wielkim priorytetem.
Dzieci przyjeżdżają do nas jako dzieci członków mniejszości niemieckiej. Czasami jednak ich wiedza o własnym pochodzeniu czy działalności mniejszości jest niewielka. To się jednak zmienia.

Agnieszka Dłociok, Leiterin der Sommerwerkstätten in Wildgrund
Foto: privat
Coraz częściej, kiedy pytamy dzieci, z jakiego są koła albo kto jest w zarządzie mniejszości, potrafią odpowiedzieć.
I właśnie na tym nam zależy. Żeby po tych kilku dniach nie tylko znały kilka niemieckich piosenek, ale też lepiej rozumiały, skąd pochodzą.
Po trzech czy czterech dniach dzieci na korytarzu i w różnych miejscach zaczynają śpiewać nasze piosenki z pamięci. Dzieciom bardzo szybko wszystko wchodzi do głowy.
W programie pojawiają się też tematy związane z historią regionu.
Tak. Zawsze staramy się znaleźć osoby czy wydarzenia, które są związane ze Śląskiem i mogą być dla dzieci ciekawe.
W jednym roku mieliśmy rok Ernesta Wilimowskiego, z którym jestem zresztą spokrewniona, bo moja mama była z domu Willimowska. W tym roku tematem przewodnim był Gerhard Hauptmann.

Chwila odpoczynku podczas wejścia na Kopę Biskupią. Wspólna wędrówka była obowiązkowym punktem jubileuszowego programu. Foto: prywatne
To również jest związane z naszym regionem. W Prudniku istniał przecież duży zakład tkacki S. Fränkel, a Hauptmann przyjaźnił się z Maxem Pinkusem, właścicielem tej fabryki. Pinkus stworzył później ogromną bibliotekę ze śląskimi autorami, a swojemu przyjacielowi Hauptmannowi wybudował dom w Jagniątkowie.
Dzieci nie muszą oczywiście zapamiętać wszystkich dat. Chodzi o to, żeby pokazać im, że historia regionu, w którym żyją, jest ciekawa i że mają czego szukać.
Wspomina pani również o zajęciach plastycznych. Czy one też mają wymiar edukacyjny?
Tak, ale nie tylko. Dają dzieciom również możliwość pokazania czegoś własnego.
W tym roku zadanie było związane z pytaniem: co pokazałbyś komuś, kto przyjechał do ciebie z zagranicy? Dzieci miały stworzyć jakiś zabytek czy miejsce, które znajduje się w ich okolicy.

Gumki na dłoniach i wspólne rozwiązywanie zagadki: dawni koloniści i kadra w akcji. Foto: prywatne
To jest też ważne dla sprawności manualnej. Ja porównuję prace plastyczne, które powstawały na początku kolonii, z tymi, które dzieci robią teraz. W tej chwili sprawność manualna dzieci nie jest już taka jak dawniej.
Dlatego zwracamy uwagę zarówno na sprawność fizyczną, przez gimnastykę i różne ćwiczenia, jak i na sprawność dłoni i palców.
Na koloniach są też tradycje, które dla osoby z zewnątrz mogą brzmieć dość tajemniczo. „Napój bogów”, „fotele bez foteli” – co kryje się za tymi hasłami?
Kto był, ten wie. Kto nie był – niech żałuje. Mamy na kolonii swoje tajemnicze hasła: „napój bogów”, „fotele bez foteli”, „krzesełko”… Dla osoby z zewnątrz mogą brzmieć dziwnie, ale dla naszych uczestników są częścią wspólnej historii. To taki kolonijny kod, którego nie da się nauczyć z regulaminu. Trzeba po prostu być z nami. I chyba właśnie dlatego te historie pamięta się jeszcze długo po zakończeniu kolonii.
To nasze nazewnictwo ma wprowadzać trochę radości, a nie poczucie przymusu. Dzieci też się z nami bawią i robią nam różne psikusy.
Jednym z takich psikusów są chyba trzy ostatnie noce kolonii?
Tak. Mamy noc białą, czerwoną i zieloną.
Biała noc jest związana z szyciem. Oczywiście mamy zasadę, że nikomu nie wolno zrobić krzywdy ani zniszczyć rzeczy. Można na przykład przyszyć piżamę z góry do dołu albo coś na rękawku.
Druga jest noc czerwona. Zabieramy czerwone ubrania, a następnego dnia trzeba je „wykupić”, wykonując jakieś zadanie. Można zrobić kilka przysiadów, obiec kawałek terenu, powiedzieć wierszyk czy zrobić komuś kanapkę.
No i jest jeszcze noc zielona – najbardziej artystyczna. Wtedy można malować śpiące osoby, ale również tutaj mamy bardzo konkretne zasady. Nie używamy pasty do zębów ani niczego, co mogłoby zaszkodzić skórze, zniszczyć drzwi, ściany czy lustra. Wykorzystujemy nasze „środki plastyczne”, czyli kredki do oczu, szminki, cienie do powiek.
To są nasze kolonijne celebracje.
A co z dziećmi, które przyjeżdżają po raz pierwszy i tęsknią za domem?
Tutaj mam swoją czarodziejską chustę. Ona łagodzi smutki.
To jest zwykła chusta, którą dawno temu sama zrobiłam, bo dużo robię na drutach. Wszyscy ją znają. Pamiętam dziewczynkę sprzed kilku lat, która właściwie każdego wieczoru spędzała trochę czasu zawinięta w tę chustę. My pracowaliśmy nad dokumentacją kolonijną, a ona leżała pod tą chustą.

Teilnehmer des diesjährigen Durchgangs vor dem Aufstieg auf die Bischofskoppe. Die gemeinsame Wanderung gehört seit Jahren zu den Traditionen der Ferienwerkstätten Foto: privat
Dzieci, które przyjeżdżają pierwszy raz, czasami bardzo tęsknią. Ale muszę powiedzieć, że dzieci są pod tym względem dzielniejsze od rodziców, a jeszcze bardziej od babć.
Najpierw dzieci płaczą, bo nie potrafią zasnąć bez rodziców, a potem płaczą, bo muszą jechać do domu.
Jeżeli tak to funkcjonuje, to znaczy, że jest naprawdę dobrze.
Przez 30 lat przez kolonie przewinęło się około 70 osób kadry. Czy niektórzy z nich sami byli kiedyś kolonistami?
Tak. I to jest jedna z rzeczy, z których jestem szczególnie zadowolona.
Przez te lata przewinęło się około 70 osób kadry. Były osoby, które były tylko raz, były takie, które wracały wielokrotnie. Sporo osób zaczynało jako uczestnicy, a później przechodziło do kadry.
Dla wielu osób bardzo trudne było to, co nazywam „przejściem na drugą stronę mocy”.
„Najpierw płaczą, bo nie umieją sami zasnąć, a potem płaczą, bo muszą do domu jechać.”
Nagle ktoś, kto jeszcze rok wcześniej był z tobą w pokoju, zostaje twoim wychowawcą.
Ale właśnie dzięki temu powstało grono ludzi, z którymi współpracuję również poza kolonią – w mniejszości niemieckiej i w innych działaniach.
Co dla pani osobiście oznacza te 30 lat? Czy przez ten czas powstało już coś w rodzaju kolonijnego archiwum?
Można powiedzieć, że mam prawie muzeum.
Przez 30 lat zachowałam naprawdę bardzo dużo rzeczy. Mam wszystkie listy, zdjęcia, prace plastyczne, emblematy z drzwi, tabele wyników.
Każda rzecz ma jakąś historię. Każda rzecz jest związana z jakąś opowieścią.

Trzydzieści lat kolonii w Pokrzywnej to dobry powód do świętowania. Nie mogło zabraknąć jubileuszowego tortu. Foto: prywatne
Nawet te rzeczy, które z pozoru są drobiazgami, przypominają mi konkretnych ludzi i konkretne sytuacje.
Jak wykorzystaliście te pamiątki podczas jubileuszu 30-lecia?
Chcieliśmy pokazać, jak ta kolonia wyglądała przez te wszystkie lata. Dlatego przygotowaliśmy wystawę.
Pokazaliśmy między innymi dawne tabele wyników, prace grup, zdjęcia i zawartość mojego segregatora, którą przez 30 lat gromadziłam.

Foto: privat
Mam też wszystkie listy – uporządkowane według poszczególnych turnusów. Można będzie znaleźć swoje nazwisko i sprawdzić, ile razy ktoś był na kolonii.
Mam również emblematy, które dzieci robiły na drzwi, odpowiadając na pytanie: „Co chciałbyś, żeby inni o tobie wiedzieli?”.
Kiedy je teraz na nasze 30-lecie laminowałam, bardzo się uśmiałam.
Tych materiałów jest naprawdę dużo.
Sam jubileusz miał mieć szczególną formę – powrót do typowego dnia kolonijnego. Dlaczego właśnie tak?
Chcieliśmy, żeby była atmosfera jak na kolonii. Wróciliśmy więc do pobudki, śpiewania, gimnastyki i innych elementów typowego dnia kolonijnego. Było wiele śmiechu. Obowiązkowo też musieliśmy wejść na Kopę Biskupią. Niektórzy z grupy weszli dwa razy, drugi raz na wschód słońca.
Kto właściwie uczestniczył w jubileuszowym spotkaniu?
Podzieliliśmy uczestników na trzy grupy.
Pierwszą stanowili członkowie kadry z partnerami. Drugą – byli koloniści z partnerami. Trzecią grupą byli przyjaciele kolonii, czyli osoby, które chciały razem z nami świętować te 30 lat.

Czas płynie jak rzeka: wspomnienia na moście w Pokrzywnej. Foto: prywatne
To było dla mnie ważne, bo te kolonie przez lata stworzyły wokół siebie pewną społeczność. Nie tylko dzieci i wychowawców, ale również ludzi, którzy są z nimi związani i chcą tę historię dalej współtworzyć.
Czy po 30 latach ma pani poczucie, że wychowała pani kilka pokoleń kolonistów?
Tak. I to jest chyba jedna z najpiękniejszych rzeczy. Spotykam dawnych uczestników także poza kolonią. Ostatnio spotkałam chłopaka, który dziś jest pszczelarzem. Dostałam od niego miód i oczywiście zaczęliśmy wspominać kolonię.
Pamiętał nasze piosenki, różne sytuacje, „piołun” czy „krzesełko”. I właśnie to jest piękne – oni wspominają te rzeczy z sympatią i uśmiechem.
Bo chyba właśnie o to chodzi. Żeby po latach człowiek nie pamiętał tylko, że pojechał gdzieś na wakacje. Żeby pamiętał ludzi, piosenki, wspólne sytuacje, żarty i te małe rzeczy, które wtedy wydawały się zwyczajne, a po latach okazują się ważnymi wspomnieniami.
To jest dla mnie największa wartość tych kolonii.
A czego życzyłaby pani kolonii na kolejne 30 lat?
Żeby po prostu dalej była.
Żeby dalej przyjeżdżały dzieci, żeby chciały wracać i żebyśmy nadal mieli ludzi, którzy chcą się tym zajmować.
Bo jeżeli dziecko przyjeżdża jako uczestnik, a po latach wraca jako wychowawca, a jeszcze później przywozi własne dziecko, to znaczy, że ta historia naprawdę żyje.
I tego właśnie bym chciała – żeby za kolejne 30 lat ktoś mógł powiedzieć: „Ja też tam jeździłem. A teraz jeżdżą moje dzieci”.
