Klaus Kawalek: Moja ucieczka z Eleonorensgrün i czas po niej

Część 2: Piekło Łambinowic i utrata Heimatu

23 lipca 2026, 17:00 Historia

 

Na zachód od Opola, koło Prudnika, Armia Czerwona zamknęła 18 marca 1945 roku kocioł, tym samym dla wojsk niemieckich droga ucieczki w kierunku zachodnim została zablokowana. Wojska niemieckie stoczyły zacięte walki. Według danych sowieckich między Odrą a Nysą Kłodzką poległo ponad 40 000 niemieckich żołnierzy, kolejne 14 000 dostało się do niewoli. 17 i 18 marca 1945 roku Armia Czerwona dotarła do Łambinowic/Lamsdorf, a nieliczni jeńcy wojenni w Stalagu 344 Lamsdorf odzyskali wolność.

Między Goldmoor a Szydłowem: Koniec wojny

8 maja 1945 roku straszliwa wojna wreszcie dobiegła końca. Cierpienia śląskiej ludności cywilnej dopiero teraz nabrały rozpędu. Sytuacja materialna była dramatyczna. Upadek norm moralnych jako konsekwencja wojny sprzyjał powstawaniu band rabunkowych, które przemierzały okolicę i siały spustoszenie.

Nasza rodzina przeprowadziła się wówczas do oddalonej o cztery kilometry wsi Goldmoor. Mała wieś licząca około 800 mieszkańców w krótkim czasie miała trzy nazwy: do 1936 roku Schiedlow, od 1936 do 1945 Goldmoor, a od 1945 roku Szydłów.

W odległej leśniczówce w lesie zrobiło się dla nas zbyt niebezpiecznie. Najpierw wprowadziliśmy się w Goldmoor do baraku, w którym niedawno znajdowało się przedszkole – w szafie znalazłem nawet słoik miodu. Mieszkaliśmy tam kilka tygodni. Nowi sąsiedzi radzili nam jednak, abyśmy przeprowadzili się do naprzeciwko stojącego pustego domu, ponieważ zimą w drewnianym baraku byłoby zbyt zimno. W tamtych czasach zimy były jeszcze bardzo surowe.

Mój dziadek początkowo nie chciał się na to zgodzić, ponieważ dom do nas nie należał. Sąsiedzi próbowali go jednak przekonać, twierdząc, że właściciel domu zdążył uciec w porę. Był nazistą i prawdopodobnie już nie wróci. Matka i ciocia namawiały dziadka do przeprowadzki, a po długich dyskusjach w końcu dał się przekonać, więc wprowadziliśmy się do pustego domu.

Quelle: privat

Stopniowo urządzaliśmy się w nowym domu i odkopywaliśmy rzeczy zakopane w lesie w Eleonorensgrün. Część przedmiotów dziadek przywiózł do Goldmoor, a drugą część do znajomych we Frühauf (Ochodze) na przechowanie, ponieważ chciał jeszcze poczekać, jak rozwinie się sytuacja w najbliższym czasie.

Chaotyczne współżycie i zakaz używania języka ojczystego

W połowie czerwca 1945 roku do wsi przybyły pierwsze polskie rodziny i zajęły puste domy. Ostatecznie aż do 40 procent mieszkańców stanowili Polacy. Od połowy kwietnia 1945 roku polska administracja stopniowo przejmowała władzę w powiecie Falkenberg, obecnie Niemodlin.

Polacy pochodzili z Wołynia, który do końca wojny był terytorium polskim, a dziś leży w zachodniej części Ukrainy. Nie wiedzieliśmy wówczas, że Polacy w swojej dawnej ojczyźnie doznali wiele cierpienia. Od 9 lutego 1943 roku do końca wojny Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej zbrojne ramię, UPA, przeprowadzały masakry na polskiej ludności cywilnej w celu czystek etnicznych. Blisko 100 000 Polaków zostało brutalnie zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów.

Współżycie z przybyłymi Polakami było w tym czasie bardzo chaotyczne. Polacy nie mówili po niemiecku, a Niemcy nie mówili po polsku. Ponadto zabronione było mówienie po niemiecku. Kto naruszył zakaz, musiał liczyć się z groźbą kary lub jej wymierzeniem.

W pierwszym roku powojennym w szkole w Szydłowie zorganizowano kurs języka polskiego dla dorosłych. Moja matka i ciocia również w nim uczestniczyły. W szkole zapisywały polskie słówka do zeszytów, aby później uczyć się ich w domu. Ponieważ wówczas nie wierzono w trwałość takiego stanu rzeczy, brakowało motywacji do nauki polskiego, mimo że mówienie po niemiecku było karane.

Quelle: privat

Niemiecka ludność cywilna została obarczona odpowiedzialnością za zbrodnie popełnione w imieniu Trzeciej Rzeszy, które rozpoczęły się od napaści na Polskę 1 września 1939 roku. Nienawiść do Niemców była wszechobecna.

W Goldmoor/Szydłowie ucierpiał także spokój zmarłych. Na cmentarzu profanowano groby, pomniki wyrywano z fundamentów i przewracano. Na pomnikach, które pozostały stabilne, zatarto cementem niemieckie napisy. Wydarzenia te nie sprzyjały integracji Polaków.

Droga do obozu w Łambinowicach

Generał Aleksander Zawadzki jako wojewoda wydał 18 czerwca 1945 roku rozkaz wypędzenia niemieckiej ludności cywilnej z mieszkań i przewiezienia jej do obozów internowania.

Na mocy uchwały zarządu powiatu niemodlińskiego (do końca wojny Falkenberg) w lipcu 1945 roku powstał obóz pracy w Łambinowicach/Lamsdorf, polska nazwa: „Obóz pracy w Łambinowicach 1945/46”. W obozie internowano niemiecką ludność cywilną w celu przewiezienia jej na zachód Niemiec, co też częściowo nastąpiło.

Do obozu trafili ludzie z około 150 miejscowości z całego Śląska. Podstawową i najliczniejszą grupę więźniów stanowili mieszkańcy ponad 39 okolicznych wsi oraz miast: Niemodlin, Prudnik i Opole.

 

Prawie wszyscy mieszkańcy naszej wsi Szydłów/Goldmoor trafili 18 października do obozu w Łambinowicach. Musiał być wczesny poranek, gdy obcy mężczyźni weszli do naszej kuchni. Nasza rodzina, w sumie pięć osób, została wezwana do opuszczenia domu i udania się na miejsce zbiórki.

Szybko spakowaliśmy torby. Kiedy dotarliśmy na Kirchstraße, zobaczyliśmy już małe grupki ludzi z bagażami. Gdy przechodziliśmy obok bramy jednego z gospodarstw, zobaczyliśmy dużą grupę Polaków stojących przed bramą, wśród nich także dzieci. Rozległy się brawa, śmiech i okrzyki, których nie rozumieliśmy.

Gdy minęliśmy to zgromadzenie, obejrzałem się i zobaczyłem nieco starszego chłopaka zbliżającego się do mnie. Nagle kopnął mnie mocno w tyłek. Długo mnie to bolało. Nie chcę tu wymieniać imienia tego chłopaka.

Miejsce zbiórki znajdowało się na rogu ulicy Opolskiej i skrętu do przejazdu kolejowego, na łące. Wiele rodzin siedziało w małych grupach na trawie i czekało na transport do obozu w Łambinowicach.

Foto: Klaus Kawalek

Potem rozeszła się wieść, że ci, którzy znają język polski, mogą zgłosić się do komendanta. Ten z kolei odsyłał rodziny do domów. Moi dziadkowie znali polski, ale początkowo nie odważyli się zgłosić.

Matka i ciocia w końcu namówiły dziadka, żeby się zgłosił, co też uczynił. Wrócił zadowolony i powiedział, że możemy wracać do domu. Natychmiast to zrobiliśmy.

Krótko po opuszczeniu placu w kierunku centrum wsi, z jednego z gospodarstw wyszło na ulicę dwóch mężczyzn. Jeden nazywał się Sepp i zapytał: „Dokąd, Kawalek?” Dziadek odpowiedział, że komendant pozwolił nam wrócić do domu. Na to Sepp odpowiedział: „Wracać, partia”.

Musieliśmy więc wrócić na łąkę i później zostaliśmy przewiezieni ciężarówką do Łambinowic.

Podróż ciężarówką do dziś dobrze pamiętam. Miałem wtedy cztery i pół roku. Sepp po polsku to Jerzy. Był polskim robotnikiem przymusowym u niemieckiego gospodarza w naszej wsi. Osobliwe jest to, że ten Sepp później ożenił się z Niemką i w latach sześćdziesiątych wyemigrował do Niemiec.

Mój dziadek nie był w partii, w przeciwnym razie prawdopodobnie nie opuściłby obozu żywy. W obozie umieszczono nas w drewnianym baraku podzielonym na izby.

W naszej izbie były cztery rodziny z dziećmi z Goldmoor, między innymi rodzina Englisch. Moja ciocia, matka i ja dostaliśmy łóżko piętrowe obok drzwi do korytarza. Po lewej stronie przy zewnętrznej ścianie przy oknie znajdowała się rodzina Englisch (matka z czworgiem dzieci).

Ella, moja obecna żona, miała wtedy półtorej roku. Była najmłodszym członkiem rodziny. Mój dziadek trafił do baraku męskiego, a babcia do baraku kobiecego.

Głód, niedostatek i śmierć babci

W pamięć zapadły mi niektóre wspomnienia z życia obozowego. Na środku pokoju stał okrągły żelazny piec (tzw. koza). Moja matka i ciocia pracowały w kuchni. Czasami przynosiły obierki z ziemniaków. Przyklejałem je do pieca, żeby je przypiec – to były moje frytki.

Rano była cienka zupa, którą łyżką (z puszki) wyławiano, a wieczorem dwa do trzech ziemniaków w mundurkach, posypanych solą. Wszyscy ciągle byliśmy głodni.

Pewnego słonecznego dnia próbowaliśmy jako dzieci sięgnąć za drut kolczasty po brukiew. Nagle jakaś kobieta zabrała nas stamtąd. Powiedziała, że mamy natychmiast zniknąć, ponieważ strażnik w wieży obserwacyjnej stał tam i już nas ostrzegł, że będzie strzelał. Musieliśmy więc wrócić bez brukwi.

Pewnego ranka, kiedy wyszedłem z baraku na dziedziniec, zobaczyłem mężczyzn stojących w rzędzie i maszerujących w miejscu. Nie wiem, czy można to nazwać poranną gimnastyką. Rozpoznałem jednak po lewej stronie rzędu mojego dziadka i podbiegłem do niego. Odsunął mnie jednak i powiedział, że nie mogę tu być, i odesłał mnie do pokoju.

Życie w obozie dla nas dzieci było naznaczone głodem i nudą. Innym razem, przy złej pogodzie, bawiliśmy się na korytarzu baraku. Prawdopodobnie byliśmy zbyt głośno, ponieważ starsze kobiety kazały nam wyjść na dziedziniec lub do pokojów.

Po południu, gdy matka wracała z pracy, często szukała u mnie wszy i gnid, ponieważ ciągle miałem silny świąd.

Czasami do naszego pokoju przychodzili obcy ludzie i rozdawali tzw. dary miłości (tak je wówczas nazywano). W mgnieniu oka wokół takiej osoby tworzył się tłum. Wszystkie dzieci wyciągały ręce, żeby coś dostać, niestety bezskutecznie. Prawdopodobnie przyniesiona żywność była przeznaczona tylko dla własnych krewnych.

Quelle: privat

Niedaleko naszego baraku znajdowała się drewniana toaleta z kilkoma kabinami, tzw. wychodek. Razem z innymi dziećmi próbowaliśmy wyłowić puste puszki przez otwór wychodka za pomocą długiego drucianego pręta. Puszki pływały w fekaliach, w których roiło się od białych robaków.

Niestety nie udało nam się wyłowić puszek. Nie wiem, dlaczego jako dzieci szukaliśmy pustych puszek. Nie wiem też, dlaczego w ogóle puszki znajdowały się w wychodku. Z dzisiejszej perspektywy mogę sobie tylko wyobrażać, że chodziło o to, aby mieć drugą puszkę do zupy, ponieważ głód był wielki.

Po pięciu tygodniach zostaliśmy zwolnieni. Prawdopodobnie powodem było to, że mój dziadek mówił po polsku. Rodzina Englisch była w nieco lepszej sytuacji, ponieważ pan Paul Englisch (ojciec Elli) nie był w obozie. Był kolejarzem i wraz z innymi mężczyznami z Szydłowa został internowany na dworcu w Szydłowie. Potrzebowano ich do utrzymania ruchu pociągów.

Gdy ojciec Elli został zwolniony, jeździł żebrać po wsiach powiatu opolskiego. Wyżebraną żywność przywoził potem do Łambinowic dla swojej rodziny przebywającej w obozie.

Niemcy w powiecie opolskim zostali oszczędzeni, ponieważ byli dwujęzyczni i mogli pozostać w swojej ojczyźnie. Rodzina Englisch została zwolniona dopiero 27 maja 1946 roku.

Obóz został rozwiązany w październiku 1946 roku. Z powodu nieludzkich warunków i tortur z około 9 000 internowanych Niemców zmarło w obozie od 1 000 do 1 500 osób. Moja babcia również tam zmarła i została pochowana w mogile zbiorowej.

Historia niesławnego obozu Lamsdorf sięga XVIII wieku. W latach 1870–1871 toczyła się wojna francusko-pruska. Utworzono tu poligon wojskowy, a do przyległego obozu trafili francuscy jeńcy wojenni.

Foto: Klaus Kawalek

W czasie I wojny światowej przetrzymywano tu jeńców wojennych wielu innych narodowości. W czasie II wojny światowej narodowi socjaliści powiększyli obóz. Trafiło tu około 300 000 jeńców wojennych różnych narodowości. Około 40 000 radzieckich jeńców wojennych straciło tu życie i zostało pogrzebanych w masowych grobach.

Powrót do ruin i trudne pożegnanie

Po zwolnieniu z obozu nasza rodzina, już bez babci, wróciła do domu w Szydłowie.

Wszystkie drzwi stały otworem na powitanie. Wszystko było porozrzucane, zabrudzone i splądrowane. Nie było nic do jedzenia. Byłem bardzo osłabiony i mogłem poruszać się tylko powoli, bokiem.

Następnie zabrano mnie do krewnych mojej babci do Ochódz. Mieli małe gospodarstwo, a tam zostałem ponownie odżywiony. Po kilku miesiącach wróciłem.

We wsi Ochodze wszyscy niemieccy mieszkańcy pozostali w swoich domach. Nie było pustostanów, więc Polacy nie mogli się tam osiedlić. Kolejnym powodem było to, że mieszkańcy powiatu opolskiego byli dwujęzyczni.

Los ciężko mnie doświadczył, ponieważ 21 lutego 1948 roku moja matka zmarła przedwcześnie po ciężkiej chorobie. Byłem teraz zupełnym sierotą. Opiekę nade mną przejęli ciocia Elżbieta i dziadek.

Pewnego dnia nasz sąsiad powiedział do mojego dziadka:

„Klaus powinien jesienią pójść do szkoły, a nie umie mówić po polsku.”

Ciąg dalszy nastąpi.

Klaus Kawalek

 

Udostępnij:
Niemiecki Klub Malucha: Język, zabawa i tożsamość
Poprzedni artykuł

Niemiecki Klub Malucha: Język, zabawa i tożsamość

Wiadomości z Vaterlandu
Następny artykuł

Wiadomości z Vaterlandu

Reklama

Punkt Widzenia

Wochenblatt - Gazeta Niemców w Rzeczypospolitej Polskiej
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.