Gdy Horst Ulbrich kilkadziesiąt lat temu po raz pierwszy odwiedził ojczyznę swoich rodziców, chciał właściwie tylko zobaczyć, gdzie niegdyś mieszkała jego rodzina. Dziś kieruje kołem DFK w Kłodzku, które pod jego przewodnictwem rozrosło się z siedmiu do ponad trzystu członków. W rozmowie z Mauro Oliveirą opowiada o swoim powrocie na Śląsk, budowie stadniny koni i wyzwaniach mniejszości niemieckiej.
Pańska rodzina pochodzi z Bożkowa (Eckersdorf), a Pan urodził się w Herford. Jak wrócił Pan do ojczyzny swoich rodziców?
Pierwsza okazja nadarzyła się w 1987 roku. Mój kuzyn jechał na wesele do Starachowic i zapytał, czy chcę mu towarzyszyć. Dzięki temu mogliśmy się zmieniać za kierownicą. Podczas tej podróży poznałem również moją przyszłą żonę.
Jak się Państwo poznali?
Postawiłem kuzynowi warunek: w drodze powrotnej chciałem koniecznie odwiedzić ojczyznę moich rodziców. Chciałem zobaczyć, gdzie mieszkali, i zrobić zdjęcia domu. Gdy tam dotarliśmy, babcia mojej żony, która była Niemką, zaproponowała: „Zabierz ze sobą Renię, ona może tłumaczyć”. Potem zaczęliśmy do siebie pisać i odwiedzać się. W 1991 roku wzięliśmy ślub.

Horst Ulbrich z żoną w otoczeniu gór w Schwenz/Święcku – tuż przy swoim domu i stajni z końmi.
Jaki związek ze Śląskiem i regionem kłodzkim miał Pan przed tą pierwszą wizytą?
W Niemczech cała rodzina przy każdym spotkaniu, na każdych urodzinach, płakała nad utraconą ojczyzną. Jako dziecko nie mogłem tego zrozumieć. Później jednak wezbrała we mnie chęć, by poznać to miejsce osobiście. Kiedy w końcu tu byłem, od razu poczułem, że tutaj jest moje miejsce. Może dlatego, że ojczyzna była stałym tematem w całej rodzinie.
Był Pan pedagogiem społecznym w Niemczech, a później zbudował Pan w Święcku stadninę koni. Jak do tego doszło?
Po ślubie mieszkaliśmy najpierw pięć lat w Niemczech. Konie już wtedy odgrywały ważną rolę w moim życiu. Byłem w zarządzie dużego klubu jeździeckiego, miałem też małe gospodarstwo. Po odbyciu szkolenia prowadziłem hipoterapię w ośrodku dla osób niepełnosprawnych. Kiedy nadarzyła się okazja, by coś zbudować tutaj, na Dolnym Śląsku, skorzystaliśmy z niej.
Renata Ulbrich: Moi rodzice chcieli przepisać na mnie swoje gospodarstwo. Długo zastanawialiśmy się, co możemy z nim zrobić. Uprawa roli, którą zajmowali się moi rodzice, nie wchodziła dla nas w grę. Jedynym sensownym pomysłem były konie.
Jak przebiegał ten nowy początek na Śląsku?
Horst Ulbrich: Należeliśmy wtedy do pionierów w regionie. Prywatnie powiodło się nam dobrze, podobnie jak z DFK. To, że wszystko tak dobrze funkcjonowało, zawdzięczamy również naszym kontaktom w Niemczech. Dużą wagę przywiązujemy do porozumienia między narodami. Z tego powodu niekiedy ocieraliśmy się o pewne problemy, bo według niektórych mieliśmy działać przede wszystkim na rzecz Niemców i członków. Tymczasem nasz chór składa się na przykład w przeważającej części z polskich członków.
Nasze projekty są otwarte dla wszystkich, którzy interesują się naszą niemiecką kulturą i akceptują historię. Narodowość nie ma tu znaczenia.
Jak po raz pierwszy zetknął się Pan z Niemieckim Kołem Przyjaźni?
Już podczas moich pierwszych wizyt w ojczyźnie rodziców interesowało mnie, czy mieszkają tu jeszcze Niemcy i gdzie. Tak poznałem Niemieckie Koło Przyjaźni. W tamtym czasie grupa liczyła już tylko siedem starszych pań, które chciały zakończyć swoją działalność. My – Heinz-Peter Keuten, Joachim Straube i ja – postanowiliśmy temu zapobiec. Wszyscy trzej byliśmy powracającymi do ojczyzny naszych rodziców.
Jak doszło do tego, że został Pan przewodniczącym koła DFK w Kłodzku?
Arcydziekan Franz Jung i Peter Großpietsch, przewodniczący Zentralstelle Grafschaft Glatz, dowiedzieli się, że pozostałe członkinie DFK chcą zakończyć działalność. Obaj uznali, że należy temu zapobiec. Ponieważ wcześniej często służyłem starszym paniom radą i pomocą, organizacje w Niemczech, jak również Zentralstelle Grafschaft Glatz w Lüdenscheid, mnie znały.
Podczas spotkania w ratuszu w Kłodzku powiedzieli w końcu do mnie: „Horst, musisz to teraz przejąć”. Następnie udaliśmy się do sali klasztoru franciszkanów, gdzie zwołano zebranie. Nagle zjawiło się ponad 70 byłych członków. Nie wiedziałem o niczym. Był tylko jeden temat: Horst Ulbrich zostaje wybrany, by ratować koło DFK w Kłodzku.

Horst Ulbrich jako przewodniczący DFK Glatz/Kłodzko – pod ratuszem w Kłodzku.
Ledwo wybór został zakończony, z publiczności odezwała się jednak pewna kobieta: „Ulbricha przecież w ogóle nie można wybrać. Nie urodził się w Hrabstwie Kłodzkim, nie należy do mniejszości niemieckiej w Polsce”. Myślałem już, że sprawa jest przesądzona.
Jednak Martin Reichert, ówczesny przewodniczący pierwszego koła DFK w Polsce, przyjechał z Wałbrzycha i trzasnął swoim statutem na stół. „Kłodzko przejęło ten statut dosłownie”, powiedział. „Zgodnie z nim Horst Ulbrich może być wybrany”. Byliśmy wtedy jeszcze oddziałem terenowym podlegającym kołu DFK w Wałbrzychu.
Czy to ostatecznie rozstrzygnęło kwestię Pana wyboru?
Obecny był również Bernard Gaida. Wtedy nawet nie wiedziałem, że jest przewodniczącym VdG. Dla pewności zadzwonił do prawnika w Opolu. Sprawa była jednak dość jasna: mój wybór był zgodny z prawem.
Niemniej i później pojawiały się pojedyncze głosy krytyki. Dlatego dodatkowo potwierdziliśmy stan prawny u notariusza i prawnika. Ostatecznie wyjaśniono, że powracający wypędzeni mają takie same prawa jak ci, którzy pozostali w regionie.
Moim argumentem było zawsze: ludzie, którzy nie zostali wypędzeni, mogą być za to wdzięczni. Dla mojej matki, która musiała opuścić ojczyznę z dwojgiem małych dzieci, wypędzenie było nieszczęściem.
Koło DFK w Kłodzku pod Pana kierownictwem rozrosło się z siedmiu do ponad trzystu członków. Jakie czynniki zadecydowały o tym rozwoju?
Kluczową rolę odegrało przeniesienie biura z podwórka do centrum miasta. Arcydziekan Franz Jung od samego początku wspierał naszą pracę. W pierwszych latach nasze projekty nie były finansowane ani przez VdG, ani przez konsulat. Doszło do tego, że zabrakło nam nawet środków na czynsz i koszty dodatkowe. Podczas Forum Gospodarczego w Krzyżowej poznałem Christiana Wulffa, ówczesnego premiera Dolnej Saksonii, a późniejszego prezydenta Niemiec. Po moich skargach natychmiast zaangażował się w naszej sprawie u ambasadora w Warszawie i konsula generalnego we Wrocławiu. W ciągu tygodnia wszystkie kwoty były na naszym koncie. Dzięki panu Wulffowi. Później zostaliśmy uznani również przez VdG i dziś mamy dobre stosunki.
Dziś nie tylko wspieramy członków na miejscu, lecz także doradzamy wielu odwiedzającym z Niemiec, którzy interesują się regionem. Sala naszego stowarzyszenia jest otwarta dla wszystkich zainteresowanych w każdą sobotę w godzinach 11–14.
Koło DFK w Kłodzku organizuje liczne projekty – od nauczania języka niemieckiego, przez konkurs poetycki, po spotkania młodzieży. Który z nich leży Panu szczególnie na sercu?
Zdecydowanie praca socjalna. Jestem pedagogiem społecznym i już w Niemczech założyłem ośrodek rekreacyjny z Aktion Sorgenkind. Tak trafiłem do pracy socjalnej.
Nasze projekty są otwarte dla wszystkich, którzy interesują się naszą niemiecką kulturą i akceptują historię. Narodowość nie ma tu znaczenia. – Horst Ulbrich
Jak zaczęliście Państwo działalność charytatywną? Czy koło DFK w Kłodzku od początku zajmowało się tą dziedziną?
Był taki przełomowy moment. Pewna kobieta po zawale serca nie mogła już sobie pozwolić na leki i zmarła. Kiedy o tym usłyszałem, początkowo nie mogłem w to uwierzyć. Okazało się jednak, że było więcej osób w podobnej sytuacji, więc od razu starałem się dowiedzieć, co jest potrzebne.
Od tamtej pory działalność charytatywna jest częścią naszej pracy. Dziś potrzeby w wielu obszarach są na szczęście mniejsze niż dawniej. Szczególnie w opiece medycznej wiele się poprawiło, dlatego ograniczamy już transporty ciężarówkami 40-tonowymi, które przywoziły nam wszystko – od chodzików po łóżka pielęgnacyjne.

Horst Ulbrich w magazynie z artykułami pomocowymi w Schwenz/Święcku.
Czy pamięta Pan jakiś szczególny przykład?
Tak. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem chciałem odwiedzić pewną starszą panią w Bożkowie. Gdy zapukałem do jej drzwi, otworzyła mi niechętnie. Mieszkała w czymś w rodzaju szałasu i miała na sobie gruby zimowy płaszcz. Na stole stała tylko świeca, piec był zimny. Na pytanie, czy jest zepsuty, odpowiedziała: „Nie, nie mam czym palić”.
Mój syn i ja natychmiast ruszyliśmy, kupiliśmy węgiel, a dodatkowo załadowaliśmy drewno z naszego gospodarstwa na przyczepę. Gdy wróciliśmy, okazało się, że kobieta nie ma nawet drobnego drewna na rozpalenie. Spaliła już wszystko, co miała.
Takich spotkań się nie zapomina.
Początkowo nasza pomoc koncentrowała się głównie na starszych członkach mniejszości niemieckiej. Z czasem jednak praca rozszerzyła się. Szczególnie w obszarze osób niepełnosprawnych był wtedy ogromny deficyt.
Wspieraliśmy również instytucje publiczne. Dla szpitala zorganizowaliśmy kilka transportów pomocowych. Gdy dyrektorka poinformowała nas, że pilnie potrzebne są nowe łóżka, udało nam się sprowadzić z Niemiec ponad 240 łóżek szpitalnych. Na stolikach przyłóżkowych widniała tabliczka: „Patent Rzeszy Niemieckiej”! Tak stare były te metalowe łóżka. Do dziś wspieramy też domy opieki, domy dziecka i inne placówki socjalne. Dla dzieci na Wielkanoc i Boże Narodzenie są zabawki i słodycze.
Co motywuje Pana po tylu latach do dalszego zaangażowania?
Prawdopodobnie nie umiem już inaczej (śmiech).
Kiedy widzi się, że własna praca coś zmienia, to niezwykle motywuje. Postawiliśmy sobie cele i wiele z nich udało się osiągnąć. To daje poczucie, że wysiłek się opłaca.
Został Pan odznaczony Orderem Rzeczypospolitej Polskiej i Złotym Medalem „Zasłużony dla Dolnego Śląska”. Jakie znaczenie mają te wyróżnienia dla Pana?
Oczywiście cieszy takie uznanie, zwłaszcza że pochodzi od Polski. Ważniejsze jest jednak to, że dzięki nim działalność koła DFK staje się bardziej znana.

Horst Ulbrich i jego ordery.
Kilka lat temu zapowiedział Pan, że chce oddać przewodnictwo. Dlaczego kwestia następstwa do dziś nie jest rozwiązana?
Rzeczywiście, już w 2018 roku w materiale w „Schlesien Journal” powiedziałem, że to moja ostatnia kadencja. Dziś jednak mówię jasno: jeszcze dwa lata i chcę skończyć.
Chętnie przekazałbym odpowiedzialność młodszemu pokoleniu. Ale jak dotąd nie znalazł się nikt, kto chciałby przejąć to zadanie na stałe. Jednocześnie warunki ramowe stają się coraz trudniejsze. Ponieważ wielu przewodniczących ma ten sam problem, powinno to stać się tematem następnego posiedzenia Rady Związku. Istniałyby rozwiązania, ale nie są one przedmiotem dyskusji.
Renata Ulbrich: Aktualnym przykładem jest nasz Oktoberfest, który organizujemy od lat. Do otrzymania dotacji wymagane jest obecnie co najmniej 150, a lepiej 200 uczestników.
Horst Ulbrich: Na nasze Oktoberfesty przychodzi około 70 gości.
Renata Ulbrich: W tych warunkach nie musimy już w ogóle składać wniosków.
Horst Ulbrich: Tak, dawniej świętowaliśmy z ponad 300 gośćmi, to się teraz zmieniło. Ale kto wymyśla takie warunki? Na przykład: koszty muzyki tanecznej na naszym święcie jubileuszowym musieliśmy zwrócić, ponieważ nie było faktury, a jedynie pokwitowanie zapłaty za wykonaną usługę. Odnosimy wrażenie, że nasza praca nie jest już zasadniczo doceniana w Niemczech. Chcemy kontynuować, ale trzeba nam też na to pozwolić.
Co, Pana zdaniem, musi się udać, aby koło DFK w Kłodzku mogło istnieć także w przyszłości?
Najważniejsze jest pozyskanie młodych ludzi do naszej pracy i długofalowe ich włączenie. Bez młodzieży nie ma przyszłości.

Horst Ulbrich w siedzibie kłodzkiego DFK.
Mamy kilkoro młodych, którzy się angażują. Musimy ich wspierać i powierzać im odpowiedzialność. Przerwy między kursami języka niemieckiego oferowanymi przez LernRAUM nie są dobre. Dawniej nauczanie języka niemieckiego odbywało się u nas od stycznia do grudnia, co tydzień, z wyjątkiem wakacji. Tak działało to dobrze, a wymagany własny wkład w projekt płaciliśmy za młodzież. Dziś trzeba płacić wysokie kwoty za kursy, które odbywają się dwa razy w roku, a niektórych rodziców na to nie stać. Z powodu przerw tracimy młodzież, którą trzeba na nowo zachęcać i motywować. Ze współpracą z konsulatem było znacznie lepiej.
Zmiana procedury składania wniosków z Ministerstwa Spraw Zagranicznych na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w Niemczech nie wyszła pracy stowarzyszeń na dobre. Płatność za pokwitowaniem, jak na przykład dla jury konkursu poezji niemieckiej w tutejszych szkołach, jest możliwa do sprawdzenia, ale już niedozwolona. Finansowanie zewnętrznego zatrudnienia przy wielu projektach stanowi problem, przez co wiele rzeczy nie możemy już zrealizować.
Najważniejsze jest pozyskanie młodych ludzi do naszej pracy i długofalowe ich włączenie. Bez młodzieży nie ma przyszłości. – Horst Ulbrich
Współpraca z konsulatem była dobra i przejrzysta. Obawiam się, że nowa procedura doprowadzi do upadku małych stowarzyszeń. Mam nadzieję, że VdG zdoła wyjaśnić tę sytuację z myślą o nas. Jeśli warunki ramowe będą odpowiednie, sensowne będzie również angażowanie się.