Ostaszów, niewielka wieś w gminie Przemków, od kilku miesięcy znajduje się w centrum sporu o granice ochrony zabytków i prawa mieszkańców. Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków wpisał do rejestru zabytków cały układ ruralistyczny miejscowości, uznając go za wyjątkowo cenny przykład osadnictwa z lat 30. XX wieku. Mieszkańcy, którzy od początku sprzeciwiali się decyzji, zapowiadają walkę.
Mieszkańcy Ostaszowa obawiają się kosztownych ograniczeń związanych z ochroną konserwatorską i podkreślają, że o przyszłości ich domów powinni decydować przede wszystkim ci, którzy w nich mieszkają. Mimo wsparcia samorządowców oraz złożonej petycji wpis został jednak z początkiem lipca dokonany, ale cała sprawa, która zapowiada się na długą batalię administracyjną i sądową, jest daleka od zakończenia.

Ostaszów powstał w 1936 roku jako Hierlshagen – modelowa osada z 42 gospodarstwami zbudowana przez Reichsarbeitsdienst (Służbę Pracy Rzeszy).
Foto: DWKZ
Spór o wpis Ostaszowa do rejestru zabytków wykracza daleko poza granice jednej dolnośląskiej wsi. Z jednej strony stoi obowiązek ochrony wyjątkowego dziedzictwa kulturowego, z drugiej – prawo mieszkańców do decydowania o własnych domach i obawa przed kosztami oraz ograniczeniami, jakie niesie ze sobą ochrona konserwatorska. Pytanie brzmi nie tylko, czy Ostaszów zasługuje na ochronę, ale także, jak tę ochronę prowadzić, aby mieszkańcy nie czuli się jej ofiarami. Póki co emocje buzują.
Dziedzictwo, które nie jest tylko prywatną sprawą
Decyzja o ochronie Ostaszowa jest oczywiście merytorycznie uzasadniona. Zabytek nie jest wyłącznie prywatną własnością. Jest również częścią dziedzictwa kulturowego całego społeczeństwa. Właściciel ma do niego prawo, ale społeczeństwo ma także interes w tym, by miejsca wyjątkowe nie zostały bezpowrotnie zniszczone.
Sprzeciw mieszkańców pokazuje jednak, że w Polsce nadal mamy problem z postrzeganiem dziedzictwa jako dobra wspólnego. Wiele osób utożsamia własność przede wszystkim z prawem do swobodnego decydowania o niej: skoro coś jest moje, mogę zrobić z tym wszystko. Tymczasem niektóre miejsca mają wartość wykraczającą poza interes pojedynczego właściciela. Zabytkowe domy, historyczne układy wsi czy stare drzewa są częścią krajobrazu, historii i pamięci.
Jesteśmy jedynie kolejnym pokoleniem, które korzysta z miejsc ukształtowanych przez tych, którzy byli przed nami. Nie otrzymaliśmy ich po to, by dowolnie je przekształcać, ale by przekazać je następnym pokoleniom w możliwie niepogorszonym stanie. Brzmi jak oczywistość, ale w Polsce to jest wciąż niepopularny pogląd.
Nie sposób jednak w ocenie nastawienia mieszkańców, pomijać kontekstu historycznego. Myślenie wspólnotowe nie pojawia się automatycznie. W krajach Europy Zachodniej przekonanie, że właściciel zabytku jest jednocześnie opiekunem dobra wspólnego, budowano przez dziesięciolecia. W Polsce wciąż się kształtuje. Nadal zbyt często można spotkać się z przekonaniem, że stare drzewo można usunąć, bo przeszkadzają liście, a zabytkowy budynek przebudować tak, aby odpowiadał wyłącznie współczesnym potrzebom. Edukacja w tym zakresie jest równie ważna jak same przepisy, które swoją drogą też często i gęsto są omijane. Ile to człowiek czyta artykułów o samowoli budowlanej, niszczeniu starych cmentarzy, wycince pomników przyrody.
Trudna historia miejsca
Nie można też pominąć szczególnego charakteru samego Ostaszowa. Nie jest to zwykła zabytkowa wieś z wielowiekową, nieprzerwaną tradycją. Powstała w 1936 roku jako Hierlshagen – modelowa osada z 42 gospodarstwami zbudowana przez Reichsarbeitsdienst (Służbę Pracy Rzeszy) i nazwana imieniem jej przywódcy Konstantina Hierla.

Spór o wpis Ostaszowa do rejestru zabytków wykracza daleko poza granice jednej dolnośląskiej wsi.
Foto: FB: Ostaszów – wioska w dechę
Dzisiejsi mieszkańcy nie są potomkami ludzi, którzy tę wieś tworzyli. Trafili tu po wojnie, podobnie jak tysiące innych mieszkańców Ziem Zachodnich i Północnych. Trudno więc oczekiwać, że będą odczuwali, wobec tego miejsca taki sam emocjonalny związek jak mieszkańcy regionów, w których rodziny od pokoleń zamieszkują te same domy i gospodarstwa.
Nie można udawać, że niemiecka przeszłość Ostaszowa nie ma znaczenia dla obecnych emocji. Znacznie trudniej utożsamiać się z miejscem, które dopiero od kilku pokoleń jest „nasze”, zwłaszcza gdy państwo chce chronić właśnie tę historyczną, niemiecką warstwę jego tożsamości, czyli de facto „obce”.
„Jeżeli chcemy ocalić miejsca wyjątkowe, musimy sprawić, by ich mieszkańcy czuli się nie tylko właścicielami swoich domów, ale także gospodarzami wspólnego dziedzictwa.”
Ochrona wymaga odpowiedzialności państwa
Państwo ma prawo chronić dziedzictwo, nawet jeśli oznacza to ograniczenia dla właścicieli. Wpis do rejestru zabytków nie jest karą, lecz uznaniem, że dane miejsce ma wartość wykraczającą poza interes pojedynczych osób.
Nie oznacza to jednak, że można ignorować emocje i obawy mieszkańców. Argument dotyczący kosztów jest realny. Dla wielu osób dom nie jest elementem historycznego krajobrazu, ale przede wszystkim miejscem codziennego życia i dużym obciążeniem finansowym.
Jeżeli społeczeństwo oczekuje od właścicieli, że będą strażnikami wspólnego dziedzictwa, państwo powinno stworzyć mechanizmy, które im to ułatwią. Jeżeli remont musi odbywać się według szczególnych zasad konserwatorskich, właściciele powinni mieć realny dostęp do dotacji, ulg podatkowych i programów wsparcia, również tego merytorycznego. Obecnie pozyskanie dotacji wcale nie jest takie proste, nie tylko ze względu na skomplikowaną biurokrację, ale też ograniczone środki. Samorządowe fundusze na taki cel wcale nie są oczywistością. Państwowe programy skierowane są przede wszystkim do właścicieli dużych, cennych historycznie obiektów. No i trzeba dysponować sporym wkładem własnym.
Dziedzictwo potrzebuje czasu i zrozumienia
Oczywiście najlepszym rozwiązaniem byłaby taka zmiana świadomości, aby mieszkańcy sami dostrzegali wartość miejsca, w którym przyszło im żyć, i chcieli je chronić niezależnie od przepisów. Ale takie zmiany nie zachodzą w ciągu kilku lat. Potrzeba na to pokoleń.
Toskania nie byłaby dziś Toskanią, gdyby nie konsekwentna ochrona krajobrazu, architektury i historycznej zabudowy. Nie da się jednak bezrefleksyjnie przenosić tego modelu na ziemie zachodnie Polski. Tam ciągłość została przerwana po 1945 roku. Dzisiejsi mieszkańcy często żyją w domach zbudowanych przez kogoś innego. Dlatego budowanie odpowiedzialności za takie dziedzictwo wymaga czasu, edukacji i mądrego wsparcia państwa.
Jeżeli chcemy ocalić miejsca wyjątkowe, musimy sprawić, by ich mieszkańcy czuli się nie tylko właścicielami swoich domów, ale także gospodarzami wspólnego dziedzictwa.