Rekonstrukcje historyczne mogą przybliżać przeszłość, ale czy samo wierne odtworzenie mundurów i wyposażenia wystarczy, by mówić o edukacji historycznej? Krzysztof Ruchniewicz przygląda się rajdowi rowerowemu uczestników w mundurach Wehrmachtu i pokazuje, dlaczego bez historycznego kontekstu łatwo zatracić pamięć o ofiarach wojny oraz indywidualnych ludzkich losach.
Na jednym z portali internetowych zamieszczono relację ze zdjęciami z rajdu rowerowego, który odbył się na początku września tego roku. Sześćdziesięciokilometrowa trasa wiodła wzdłuż przedwojennej granicy polsko-niemieckiej. Relacjonujący zapewniali, że była to „świetna okazja do wspólnego spędzenia czasu, poznania historii tych terenów i przeżycia czegoś wyjątkowego w nieco inny sposób”. Można pomyśleć: ot, jedna z wielu takich wypraw. Początek września, koniec pory urlopowej, pogoda jeszcze dopisuje. Trzeba korzystać. Pierwsze wrażenie może wszak mylić.
Przyjrzenie się zdjęciom mogło jednak zdziwić, a wielu może zszokować. W niemal każdej miejscowości odbyły się jakieś uroczystości upamiętniające wybuch wojny. Wiązanki pod pomnikami jeszcze całkiem nie zwiędły. Dużo mówiono o brutalności Wehrmachtu, o gehennie atakowanej ludności cywilnej. Część polityków nie przepuściła okazji, by znów przypomnieć o polskich niepowetowanych cierpieniach. A tu proszę – na zdjęciach z rajdu młodzi ludzie w mundurach Wehrmachtu, dobrze wyposażeni, dumni ze swego oryginalnego sprzętu, w dodatku jadący na rowerach z epoki. Zadowoleni, bo „sprawdzian naszych 80-letnich maszyn” się udał. Zatem jechało się przez te okolice równie dobrze, jak niemieckim cyklistom w 1939 roku? Materiał, który powyżej przywołałem, stworzyła jedna z polskich grup rekonstrukcyjnych. Nie brak u nas bowiem takich grup, które, jak się dowiedziałem, z zapałem odtwarzają różne jednostki niemieckie z okresu II wojny światowej, między innymi piechotę, zwiad czy Volkssturm. Wszystko, jak się zapewnia, dla edukacji historycznej, bez żadnych politycznych czy ideologicznych konotacji. Chodzi tylko o podziw dla kroju mundurów i jakości manierek. Karabiny też wyglądają całkiem fajnie. Do czego służyły podobne w tych okolicach? Po cóż poruszać taki temat…

Rekonstrukcje historyczne wymagają kontekstu, który pozwala połączyć odtwarzanie przeszłości z pamięcią o ofiarach wojny.
Foto: Robin1960/Pixabay
Po obejrzeniu zdjęć zajrzałem także na stronę internetową grupy. Bardzo ciekawa i inspirująca do przemyśleń. Nie mogłem przestać się bowiem zastanawiać nad sensem organizowania takich rekonstrukcji. Do różnego rodzaju inscenizacji historycznych zdążyliśmy się oczywiście przyzwyczaić. Stanowią element pożądanej rozrywki, ciekawej dla wielu formy „ożywiania” przeszłości, najlepiej tej spod znaku miecza i bagnetu. Grupy rekonstrukcyjne odtwarzają bitwy i potyczki, uczestniczą jako statyści w filmach, reportażach czy spotach reklamowych. Rekonstrukcja stała się jednym ze sposobów opowiadania o przeszłości. Pytanie, jaki ma ona w rzeczywistości związek z edukacją historyczną, zwłaszcza na temat ostatniej wojny i jej ludobójczego oblicza?
W pamięci mam jeden z takich spotów z udziałem dolnośląskich rekonstruktorów. Wyprodukowano go już dobrych kilka lat temu. Miał służyć promocji Uniwersytetu Wrocławskiego. Z niejasnych wtedy, ale chyba i dziś, powodów wykorzystano w nim rekonstruktorów w mundurach Wehrmachtu. Odegrali oni scenę dzikiego ataku na gmach główny naszej uczelni. Z wyciągniętymi pistoletami, rozwartymi we wrzasku ustami biegli w kierunku dwóch moich kolegów historyków, odzianych dla podkreślenia ich pozycji w białe kitle.
Nie, nie zastrzelili ich, czego się obawiałem. Oto badacze skinieniem dłoni zatrzymali najazd barbarzyńców. No cóż, jakiś to pomysł był, gdzieś tam kryła się pożyteczna idea zachęcenia do studiowania właśnie u nas. Pomyślałem jednak o profesorach, którzy po 1945 roku przyjechali do Wrocławia, by uruchomić nasz uniwersytet. W świeżej pamięci mieli swych kolegów zabitych podczas wojny. Czy taka forma promocji byłaby dla nich zrozumiała, czy też raczej spojrzeliby na nią z niesmakiem? Tak, wiem, do współczesnej młodzieży wychowanej na grach komputerowych trzeba przemawiać w sposób dla niej zrozumiały. Ale czy to jest właśnie ten sposób? Dla mnie nie, ale niektórzy koledzy próbowali przekonać mnie, wysuwając różne argumenty, które można uznać za merytoryczne. Ostatecznie filmik był pochwałą potęgi nauki, a nie siły żołdaków.
Innym razem byłem świadkiem kręcenia filmu w pobliżu naszego barokowego Gmachu Głównego. Akcja rozgrywała się w czasach Trzeciej Rzeszy. Na budynkach uniwersyteckich powiewały wielkie flagi ze swastyką, po placu krzątali się żołnierze Wehrmachtu. Z boku zaglądali zaciekawieni gapie. Było to dziwne uczucie, ale było jasne, że to kulisy, które zaraz znikną. Wszyscy wiedzieli, że powstaje film, a historyczna scenografia była elementem opowiadanej historii.
Sama historyczna dokładność nie jest jeszcze żadną edukacją.
Rajd grupy rekonstrukcyjnej w mundurach Wehrmachtu po dawnym polsko-niemieckim pograniczu oraz bijące z internetowej relacji dość bezrefleksyjne zadowolenie z tego, że dętki nie pękły, a porządne buty według wzorów Wehrmachtu nie obtarły pięt, przekroczyły wszak granice nie tylko mojej indywidualnej wrażliwości i tolerancji, ale chyba po prostu przyzwoitości i szacunku dla ofiar tamtych walk. Zastanawiam się, jak reagowali mieszkańcy miejscowości, przez które przebiegała trasa rajdu. Jak mogły się poczuć osoby, które przypadkowo spotkały na swojej drodze grupę ludzi w mundurach najezdniczej niemieckiej armii? Widzieli w tym tylko fajną zabawę? Jeśli tak, to może nie przekonujmy się już, że pamięć o drugiej wojnie, milionach ofiar jest dla nas tak ważna i święta.
Jaki był walor edukacyjny tego przedsięwzięcia? Poza czysto „technicznym” pokazaniem mundurów, wyposażenia i starych rowerów trudno mi go dostrzec. Sama historyczna dokładność nie jest jeszcze żadną edukacją. Rekonstrukcja może być wartościowym sposobem opowiadania o przeszłości, ale potrzebuje kontekstu. Bez niego łatwo sprowadzić historię do kostiumu. A kontekstem dla tych minimanewrów są ustalenia historyków o zbrodniach popełnianych przez Wehrmacht na ziemiach polskich od pierwszych godzin wojny. Dodam, że zbrodni badanych i opisanych również przez niemieckich badaczy.

Wystawa „Nasi chłopcy” przypomina o złożonych biografiach mieszkańców Pomorza Gdańskiego wcielonych do Wehrmachtu i zachęca do refleksji nad trudną przeszłością.
Foto: Jean Marc Bonnel/Pexels
Nie czuję się w moim odbiorze całkiem odizolowany. Pod relacją pojawiło się pytanie jednego z internautów: „A pomyśleliście, jak czują się starsi ludzie, którzy przeżyli wojnę albo ci, którym kogoś pomordowano z rodziny, oglądając was w mundurach morderców?”. Organizatorzy odpowiedzieli, że ich grupa odtwarza sylwetki żołnierzy Wehrmachtu „w celach edukacyjnych i historycznych” i że nie gloryfikuje nazizmu ani nie popiera jego ideologii. Ha! Chętnie się stroi, ale nie pochwala krawców. Podkreślili również, że ich celem jest wierne przedstawianie realiów historycznych, umundurowania, wyposażenia i życia żołnierzy oraz poszanowanie pamięci ofiar II wojny światowej. W jaki sposób ją uszanowali?
Nie mam oczywiście powodów, by podważać deklarowane przez nich szlachetne intencje. Rzecz nie powinna się jednak kończyć na intencjach tych, którzy rekonstruują jakieś wybrane wydarzenia. Ważne jest również to, jak rekonstrukcja jest odbierana przez tych, którzy stają się jej przypadkowymi widzami. Właśnie dlatego warto spojrzeć na mundur Wehrmachtu także poza kontekstem rekonstrukcji.
Jeszcze niedawno trwała gorąca dyskusja (powiedzmy, że była to dyskusja) o służbie Polaków z Pomorza w Wehrmachcie. Powodem była wystawa „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Tragiczny los, pokazany rzeczowo i ze spokojem, będący częścią polskiego doświadczenia tego czasu, wywołał wielką burzę. Niektórzy nie szczędzili słów oburzenia, odsądzali twórców wystawy od czci i wiary. Tych, co nie mieli okazji zobaczyć wystawy, zachęcam do lektury reportażu Stasi Budzisz w „Gazecie Wyborczej” pt. „Nasi chłopcy. «Przebaczta mi, Kochani Rodzice, że wam takiego kłopotu narobił» – napisał dezerter z Wehrmachtu, zanim kat spuścił gilotynę” z grudnia 2025 roku. Autorka przypomina w nim, że za pojęciem „służby w Wehrmachcie” kryją się bardzo różne biografie: przymus, strach, próby ratowania członków rodziny, dezercje, represje i dramatyczne wybory.

Uczestnicy rekonstrukcji historycznej w mundurach z okresu II wojny światowej w Titusville na Florydzie.
Foto: Phyllis Lilienthal/Pexels
Jedną z takich historii jest los Edmunda Tyborskiego. Wcielony do Wehrmachtu w 1943 roku, zdezerterował i ukrywał się wraz z Bronisławem Marchlewiczem. Obaj zostali schwytani. Tyborskiego postawiono przed sądem wojskowym i skazano na śmierć. 19 października 1943 roku w Kolonii napisał do rodziców ostatni list z prośbą o przebaczenie. Dodał, że w kopercie znajduje się jego różaniec. Chwilę później został zgilotynowany.
Trudno o większy kontrast. Z jednej strony mamy rekonstrukcję munduru, wyposażenia i roweru dla jakiejś historycznej edukacji. Z drugiej – los rzeczywistego młodego człowieka, który ten mundur z musu nosił, los jego rodziny, strach i w końcu okrutną śmierć. I właśnie tutaj zaczyna się dla mnie prawdziwa historia i prawdziwe o niej nauczanie. Nie chodzi o to, by zakazać rekonstrukcji Wehrmachtu. Nie każda taka rekonstrukcja jest przecież gloryfikacją nazizmu.
Można pokazywać niemieckiego żołnierza, jego mundur, broń, wyposażenie czy codzienne życie. Można rekonstruować także rzeczy trudne i niechlubne. Nie powinno się jednak sprawiać wrażenia, że wybiera się z przeszłości tylko to, co jest wygodne, ładne, przyciąga uwagę, a kontekst jest w dalekim tle, skwitowany zapewnieniem, że się tu niczego zdrożnego nie propaguje (notabene, jak wygląda zrekonstruowany pas wojskowy? „Bóg z nami”?). Po co zamieszcza się te zdjęcia upozowanych rekonstruktorów-wehrmachtowców w lesie, okopie, z bronią, rowerem, autem polowym, przy ognisku? Aż chciałoby się zapytać, co tam się śpiewa? „O mój rozmarynie” jakoś słabo pasuje…
Trzeba więc, puszczając się na szlaki rekonstrukcji, stale pamiętać, co właściwie ożywiamy i po co, jak to zostanie odebrane. Czy tylko mundur, czy także człowieka, który go nosił – jego motywacje, wybory, przymus, odpowiedzialność i los? Czy pokazujemy system, w którym ten człowiek funkcjonował, nieraz bez wyboru, a nieraz z zadowoleniem? Czy przypominamy o ofiarach wojny i okupacji, także o samych żołnierzach, których miliony poległy w ciągu sześciu lat? Czy dajemy widzowi możliwość zrozumienia, dlaczego ktoś znalazł się w niemieckim mundurze, co to dla niego oznaczało? Wystawa „Nasi chłopcy” próbowała właśnie to zrobić. Pokazywała ludzi uwikłanych w historię, bez ich heroizowania czy masowego potępienia. Jeden z bliskich Edmunda Tyborskiego powiedział w związku z reakcjami na wystawę, że jego krewny został po raz drugi uznany za zdrajcę – tym razem po wojnie. To ważne świadectwo tego, jak długo takie historie pozostawały w Polsce nieopowiedziane, zepchnięte gdzieś na margines.
Wiernie odtworzone mundury i broń to za mało do prowadzenia edukacji o trudnej historii. Potrzebuje ona także pytań, kontekstu i pamięci o ludziach, którzy naprawdę te uniformy nosili, zabijali w nich i sami ginęli. I może właśnie od pytania, co chcemy poprzez mundur powiedzieć o przeszłości, powinna zaczynać się każda rekonstrukcja. Czy zadali je sobie uczestnicy tego rajdu? Wspomniana relacja tego nawet nie sugeruje.