Piątek, 24 lipca, był dniem dość wyjątkowym dla – jak mogłoby się przez wiele lat wydawać – monolitu polskiej prawicy, jakim było Prawo i Sprawiedliwość. Już od dłuższego czasu biły tarabany wojny między stronnictwami „harcerzy” i „maślarzy”, ale to właśnie ten feralny piątek – i odmowa podpisania przez „bojowników” Mateusza Morawieckiego swoistego dokumentu lojalności wobec prezesa Jarosława Kaczyńskiego i jednolitej struktury partii – jednoznacznie wyróżniły fakt, który można nazwać zwycięstwem stronnictwa Przemysława Czarnka. Ale… czy na pewno jest to triumf tylko jednej ze stron?
Przeliczmy szable, panowie
Jak ogłosił Mateusz Morawiecki, ma on po swojej stronie 40 polityków. Aluzje do rozbójnika Ali Baby pozostawmy na boku, ale będzie to zmiana symboliczna dla wizerunku byłej partii rządzącej. Liczbowo Prawo i Sprawiedliwość zmuszone zostanie do zejścia z tronu największego klubu parlamentarnego na rzecz Koalicji Obywatelskiej. Może się to okazać preludium zmian, które już za rok nastąpią po wyborach parlamentarnych.

Mateusz Morawiecki – czy „były doradca Tuska” to porzucone dziecko prawicy czy nowy jeździec na zwycięskim koniu? fot. PAP / Radek Pietruszka
Niełatwo opędzić się w internecie od głosów zachwytu nad upadkiem Prawa i Sprawiedliwości. Patrząc na to w sposób hurraoptymistyczny, można określać tę sytuację jako wielki upadek Jarosława Kaczyńskiego. Moim zdaniem to nieprawda. Przez ostatnie lata wysnułem popartą dowodami tezę, że prawica, jak niektóre organizmy w biologii, mnoży wyborców przez podział. Kto jeszcze w 2019 roku byłby w stanie powiedzieć, że osoba tak radykalna, jak Grzegorz Braun, będzie w stanie zbierać w sondażach nawet i dziesięcioprocentowe poparcie? Sławomir Mentzen, dokonując dzieła rozłamu Konfederacji, stworzył dwa silne byty prawicowe – klasyczną Konfederację, która trafia do wyborców uważających główną rolę obecnego państwa jako zabawę lornetką wycelowaną w ich biedną, spracowaną kieszeń; oraz Koronę, idealnie skrojoną pod dawnych miłośników Leszka Bubla, Stana Tymińskiego i gaśnic proszkowych. W obliczu tego działania uznać można, że to samo czekać będzie stronnictwa roboczo przeze mnie nazwane „PiS-Czarnka” i „PiS-Morawieckiego”. Każde z nich dysponuje inną ofertą, innymi dokonaniami i innymi doświadczeniami. Linie podziału przebiegają przez naprawdę przypadkowe miejsca i terytoria – w Raciborzu biura skłóconych (od weekendu!) ze sobą posłów Wosia i Jabłońskiego dzieli parę minut spaceru tą samą ulicą. Pękający monolit na prawicy zwiększa popularność, ale gdy po drugiej stronie sceny politycznej rozchodzą się ugrupowania, od razu wieszczy się porażkę i… czasami to tak działa. (vide: wyniki Polski 2050 i Unii Centrum w sondażach)
Czy się bać?
Cytując Wojciecha Manna z programu „Za chwilę dalszy ciąg programu”: „Odpowiedź jest jasna”. A odpowiedź brzmi… nie wiadomo. Na pewno nie wolno dać się ponieść panującej w środowiskach prawicowych obsesji na to, jak bardzo teraz należy nienawidzić, odsądzać od czci i wiary czy oskarżać Stowarzyszenie Rozwój Plus o nieurodzaj, powodzie i dziury w drogach wojewódzkich.
Pączkowanie stronnictw konserwatywnych oznacza szerszą ofertę dla prawicowego wyborcy i jeszcze szersze możliwości ataku na grupy, które nie pasują do jednolitego i ciętego z metra wizerunku pięknej, sprawiedliwej, równej i czystej jak po praniu w Perwollu Polski.
Cytując przeczytany przeze mnie niedawno wpis na Twitterze: „Polska znana jest z dużego wyboru musztardy i partii centroprawicowych”. Tego drugiego, obserwując scenę polityczną, nam nie zabraknie. Pamiętajmy jednak o tym, że po prawej stronie spektrum politycznego można się nie zgadzać, ale gdy przychodzi do podziału powyborczych łupów, każdy jest sobie bratem i wspólnikiem.
Popcorn w dłoń i patrzymy dalej.
Słowo eksperta: Bernard Gaida, pełnomocnik ds. współpracy międzynarodowej ZNSSK w Polsce:
Od jakiegoś czasu widać, że podziały w szeroko pojętym obozie środowisk opozycyjnych przebiegają w sposób trudny do racjonalnej analizy. Ich linią podziału wydaje mi się bardziej temperament polityczny niż różnice programowe. Aktualny podział PiS dokonuje się w sytuacji prowokowanych i rosnących tendencji nacjonalistycznych i antyunijnych wśród wyborców, które w różnym natężeniu polityków tych odłamów łączą i niestety nadal będą wykorzystywane. Nie dostrzegam więc w samym rozdrobnieniu opozycji szczególnego „zysku” dla koalicji rządzącej i ich wyborców. Obym się mylił.