Istnieje taka tendencja, aby ludzi zasłużonych dla kultury, sztuki czy nauki uznawać za niemal pozbawionych skazy. Skoro bowiem wielkie dzieła tworzyli, wielkimi poetami, myślicielami, badaczami etc. byli, to w domyśle także wielkimi ludźmi. Zresztą sami również na tego typu wizerunek pieczołowicie pracowali, by wspomnieć tylko Goethego. Ten nakazał nawet pewnemu rzeźbiarzowi odchudzić swój posąg, bo przestał mu się podobać jego wiernie odwzorowany, wystający brzuch. Niewiele lepszy był zresztą słynny hulaka Heinrich Heine, wielki atencjusz i zazdrośnik, który zabił niewinną papugę swojej żony Matyldy tylko dlatego, że ona poświęcała więcej uwagi zwierzęciu niż jemu.
Ale nie tylko fakty z ich barwnego życia przysporzyć mogą wielkim twórcom zmartwień. Zdarza im się też popełnić dzieło, na wspomnienie którego niejeden z nich zapewne by się zarumienił. Weźmy na przykład takiego Josepha von Eichendorffa. Powszechnie szanowany przedstawiciel romantyzmu, wrażliwy na słowo poeta, słynny piewca górnośląskich lasów, wzorowy katolik. Nikt tak jak on w prostych słowach nie potrafił wykreować poetyckiej wizji zachodu słońca czy ulatującego w przestworza orła. Nikt tak jak on nie oddawał jednym ledwie pociągnięciem pióra całej gamy sprzecznych emocji. I nikt tak jak on nie trafiał w rym i rytm. To bez wątpienia prawda. Tego Eichendorffowi nikt nie odbierze, bo zaiste wielkim poetą był. I znajdziemy u niego wszystko to, co tak ceni się na Górnym Śląsku: ukochanie małej ojczyzny, żarliwe oddanie się Bogu oraz szacunek dla Maryi. A to ważne, bo przecież, jak powiedział mi kiedyś jeden z moich kursantów, nawet te Eichendorffowskie lasy szumią tak, jak szumieć winny w poezji górnośląskie bory właśnie. To bez wątpienia kolejny walor jego twórczości. Mimo upływu lat wciąż trafia do ludzi i porusza ich dusze i serca. I naprawdę trudno się dziwić, że wciąż ustanawia się nagrody jego imienia albo funduje twórcze stypendia, na których jego imię i nazwisko wygrawerowane jest złotymi głoskami.
Romantyczny poeta i wzorowy katolik
Tyle że Eichendorff też kiedyś był młody i nim stał się wielkim poetą, pisał rzeczy różnorakie. W tym takie, które jakoś trudno pogodzić z jego późniejszą wizją świata, raczej czarno-białą. Bo przecież pamiętamy, wszędzie tam, gdzie czyha grzeszna pokusa, czyli taka na przykład demoniczna Wenus, wystarczy westchnienie do Boga, znak krzyża albo pobożna modlitwa, a zwodnicza ułuda straci swą magiczną moc. Albo dźwięk dzwonów. Gdy dzieje się coś złego albo bohater bliski jest utraty swego moralnego kompasu, te rozbrzmiewają z całą mocą i ratują go od złego. To nie jest zresztą oryginalny pomysł Eichendorffa. Przecież tego samego rodzaju egzorcyzmy zastosował też wielki Goethe, gdy wielkanocnym dzwonom rozkazał bić akurat wtedy, gdy fiolkę z trucizną przykładał sobie do ust niedoszły samobójca Faust.
Eichendorff też kiedyś był młody i nim stał się wielkim poetą, pisał rzeczy różnorakie. W tym takie, które jakoś trudno pogodzić z jego późniejszą wizją świata, raczej czarno-białą.
A zatem mimo że był wzorcowym katolikiem, Eichendorff pisał też frywolne fantazje. Mało tego, w tych fantastycznych wizjach wzdychał nie do jakiejś bliżej nieokreślonej wybranki swego serca, ale właśnie do Maryi. No jasne, powie ktoś, tylko że to są poezje, a w poezji występuje podmiot liryczny, a nie prawdziwy twórca z krwi i kości. I będzie miał rację. Utożsamianie twórcy z podmiotem lirycznym czy narratorem to droga prosta, ale to szkolny błąd. Oczywiście, nie popełniajmy więc tego błędu i tylko chwilę podumajmy nad tym, cóż ten liryczny podmiot, wykreowany mocą wyobraźni wielkiego romantycznego i górnośląskiego wieszcza, w tych swoich fantazjach przeżywa.
Maryja w młodzieńczych fantazjach poety
Weźmy na przykład wiersz pt. „Frühlingsandacht” („Wiosenna adoracja”), powstały prawdopodobnie między 1807 a 1810 rokiem. Eichendorff jest wtedy młodzieńcem w wieku około dwudziestu lat. I już wtedy pojawiają się motywy, które towarzyszyć mu będą niemal na każdym kroku: wiosna, wędrówka, błąkający się w ostępach lasu śpiewak czy dźwięk rogu. W wierszu widać wyraźnie, jak do życia budzi się cała przyroda, a wraz z nią ludzie, którzy pragną spotykać się z innymi ludźmi, bawić się z nimi i hulać, bo przecież, gdy świeci słońce i wszystko wokół rozkwita, rozkwita także chęć do życia. W owym radosnym zachwycie budzącą się do życia wiosną pojawia się jednak pewien dysonans. Oto bowiem podmiot liryczny, mimo że otaczają go radośni ludzie, pozostaje sam. Samotnie przemierza leśne ostępy, samotnie też wsłuchuje się w dźwięki rogu. Szuka czegoś, lecz sam nie wie, czego. I oto w sukurs jego osamotnieniu przychodzi przyroda, a nawet sama transcendencja. Aby już dłużej nie ronił łez, objawia mu się cudny kwiat. Ale to nie jest taki zwyczajny, po prostu piękny kwiat. Oto bowiem wyłania się z niego, w lśniącej aureoli, nikt inny jak sama „wiekuista dziewica”, po czym przyciska samotnego wędrowca do swej „matczynej piersi”, obdarowując go „tysiącem pocałunków”. Powie ktoś: ale tu nigdzie nie pada ani słowo Matka Boska, ani Maryja. Oczywiście, że nie. Mamy za to do czynienia z bardzo udanymi eufemizmami. A poza tym bycie wiekuistą dziewicą i zarazem matką zarezerwowane jest chyba tylko dla jedynej postaci chrześcijańskiego imaginarium – Maryi właśnie.
W drugiej młodzieńczej fantazji Eichendorffa o tytule „Selige Wehmut” („Błoga żałość”) Maria jest już jednak wymieniona w podtytule. A potem wiersz układa się w krótki dialog między dwiema osobami, rozbity na dwie zwrotki. Jako pierwsza zabiera głos zagadkowa postać, na której głowie skrzy się wieniec, odziana zaś jest w welon z „kwietnej woni”. Te stereotypowe atrybuty pozwalają zatem uznać ją za kobietę. Dźwigając welon, tajemnicza kobieta zwraca się do drugiej osoby, która zapewne znajduje się gdzieś w pobliżu, aby ta usiadła naprzeciwko niej. Pojawia się też zachęta, aby ów drugi ktoś zawierzył jej swoje lęki i wypowiedział to, czego pragnie, a wtedy ona zapłacze nad jego utrapieniem. Druga zwrotka przynosi odpowiedź na zachętę kobiety: nieokreślony bliżej uczestnik dialogu oznajmia bowiem, że będzie musiał odtąd „na wieki milczeć”, gdyż „nikt nie może dowiedzieć się tego”, co „od dawna już skrywają jego marzenia”. Lecz mimo tej deklaracji pragnienie zostaje wypowiedziane: jego marzeniem jest bowiem „nader czule” się z nią „powitać”, dotknąć jej słodkich ust i – trwając w pocałunku – umrzeć. Podobnie jak w pierwszym wierszu, fantazję i zmysły rozpala wiosna. Podobnie jak w pierwszym wierszu nigdzie jednoznacznie powiedziane nie jest, że uczestnikiem owej osobliwej rozmowy jest Matka Boska. Podobnie jak w pierwszym przypadku mamy do czynienia tylko z wymownymi aluzjami do postaci Maryi: wieńcem, welonem i „niebiańskim błękitem”, który niesie w sercu drugi uczestnik rozmowy. No i podtytuł jednak swoje robi. Ale może to zbyt mało, by utożsamić eteryczną kobietę z Matką Boską. A może aż tyle właśnie wystarczy, by uznać ów utwór za nader wymowny erotyk z Maryją w roli głównej.
Można się zatem oburzać, można zapałać świętym gniewem, można wołać, że to nadinterpretacja i manipulacja postacią wielkiego wieszcza. A może po prostu wystarczy pogodzić się z tym, że nawet wielki wieszcz i przykładny katolik może być obrazoburczy. Bo może. Bo taka jest też właśnie dobra literatura – owa nieposkromiona gra możliwości.
dr hab. prof. UŚ Nina Nowara-Matusik