Prawdziwe śląskie kąski

Śliwki w śląskich opowieściach i kuchni

10 października 2026, 05:00 Kultura

Dzikie śliwy nie są w śląskim krajobrazie niczym niezwykłym. Można na nie trafić zupełnie niespodziewanie – gdzieś w okolicach Zielonej Góry, wśród dawnych odmian węgierek szukających słońca, drobnych, ale niezwykle słodkich, zwłaszcza pod koniec sezonu.

Są też opuszczone sady. Te niedaleko Bolesławca, Ścinawy nad Odrą czy na Wzgórzach Trzebnickich o tej porze roku potrafią obdarować owocami, które po prostu spadają na ziemię. Część zjadają dzikie zwierzęta, część gnije, a część można przecież zabrać do domu i zamienić w coś całkiem smacznego. Za każdym razem, kiedy patrzę na takie drzewa, trochę mnie dziwi, że nikt się nimi nie zajmuje. Nikt nie przycina koron, nie karczuje samosiejek, nie zwalcza szkodników. A one mimo wszystko owocują. I to jak! Owoce są zdrowe, pachnące i często zaskakująco dorodne.

Może właśnie dlatego lubię te stare przepisy. Nie opowiadają tylko o jedzeniu. Opowiadają o tym, co rosło wokół domu, co trafiało na targ, co reklamowano w gazecie i co gospodyni potrafiła zrobić z tego, co akurat miała pod ręką.

Może właśnie w tym tkwi ich siła. Stare odmiany nie potrzebują specjalnej troski, żeby przetrwać. Wystarczy im trochę słońca i kawałek ziemi. Nowoczesne odmiany śliwek bywają większe, bardziej okazałe i niewątpliwie piękne, ale z tymi starymi trudno im konkurować pod względem smaku i odporności. Lekko podsuszone i już trochę pomarszczone przy ogonku są idealne na powidła i kompoty. Można je podać do mięsa, wykorzystać do sosu albo użyć do szpikowania wieprzowiny. Można je suszyć, wędzić, a jeśli ktoś myśli o śląskiej kuchni, nie powinien zapominać o Śląskim Niebie, które bez śliwek właściwie nie byłoby tym samym daniem.

Kosze ze świeżo zebranymi śliwami, 1940 r.
Foto: Gremmler, Karl Theodor
Quelle: SLUB Dresden

Śliwka w śląskich opowieściach

Śliwka ma zresztą na Śląsku swoje historie. Jedną z nich znalazłam w „Podaniach o Liczyrzepie, władcy Karkonoszy”, wydanych w 1930 roku. W siódmym rozdziale pojawiają się niezwykłe śliwki, które rosły tylko w jednym miejscu u podnóża Karkonoszy. Były wyjątkowo słodkie, soczyste i smaczne. Ogrodnicy próbowali je rozmnażać, ale bez powodzenia. Pestki posadzone gdzie indziej nie chciały dać takich samych owoców. Pewnego dnia myśliwy spotkał wysoko w górach wyczerpanego i głodnego starca. Mężczyzna zgubił się, szukając pracy, i był już bliski omdlenia z głodu. Myśliwy wskazał mu niezwykłą śliwę rosnącą w pobliżu i dał kilka owoców. Starzec zjadł je z wielkim apetytem i szybko odzyskał siły. Widząc, jak cudownie zadziałały śliwki, myśliwy poradził mu, żeby zebrał pestki i posadził je wokół swojej chaty. W ten sposób miał zapewnić sobie pożywienie i sprawić, że niezwykłe owoce będą rosły tuż przy jego domu.

Czy rzeczywiście tak się stało? Tego nie zdradzę. Nie będę przecież psuć przyjemności z czytania starej historii. Powiem tylko, że jej zakończenie wcale nie jest tak jednoznaczne, jak można by się spodziewać.

Śliwki miały jednak znaczenie nie tylko w opowieściach. Podczas pierwszej wojny światowej, podobnie jak inne owoce, były rekwizowane, a ich wykorzystanie ograniczano do potrzeb własnego gospodarstwa. W dawnej prasie można znaleźć obwieszczenia i informacje o sankcjach za nieprzestrzeganie zarządzeń władz. Nawet zwykła śliwka mogła więc w pewnym momencie stać się częścią wojennej gospodarki.

Pocztówka z widokiem na Tauentzienplatz w dawnym Wrocławiu. W kamienicy pod numerem 9 Carl Sowa sprzedawał wyborne przetwory ze śliwek.
Quelle: Polona

Później pojawiły się reklamy. W „Amtliches Kreisblatt für den Kreis Freystadt” z 1927 roku reklamowano tłuszcz roślinny „Palmin”, który miał doskonale pasować do ciasta ze śliwkami, a także do „śliwek w szlafroku”. Dr. Oetker w „Rybniker Zeitung” i innych śląskich gazetach zachęcał do pieczenia ciasta z jesiennymi owocami – jabłkami lub śliwkami. W dzienniku „Schlesische Zeitung” w 1906 roku Carl Sowa reklamował swoje śliwkowe dżemy. Można je było kupić w dawnym Breslau przy Tauentzienplatz 9, za gotówkę albo za pobraniem. Towar wysyłano pocztą lub koleją, bez dodatkowych kosztów. Sowa zapewniał przy tym, że jakość jego niemieckiego produktu jest tak dobra, iż nie przyćmią jej nawet wyroby angielskie.

Reklama w gazecie „Der Oberschlesische Wanderer”, 1927 r.
Quelle: Schlesische Digitale Bibliothek

Od śliwy do knedli

Najbardziej podoba mi się jednak pewna uwaga zamieszczona w „Kattowitzer Zeitung”. Autor zachwyca się przyjemnością, jaką daje energiczne potrząśnięcie młodą śliwą, aby dojrzałe owoce pospadały na ziemię. Jego zdaniem nie ma nic smaczniejszego od dojrzałej, pachnącej śliwki. Śliwki czekające na kupca na targu nie mogą się z nią równać. I jeszcze jedno: placek ze śliwkami! A zaraz potem knedle. Autor przyznaje wprawdzie, że knedle ze śliwkami są prawdziwą rozkoszą dla podniebienia, ale żołądkowi potrafią sprawić niemało kłopotu, ponieważ człowiek zawsze zjada ich więcej, niż jest w stanie strawić. Trudno się z tym nie zgodzić. Zwłaszcza kiedy pachną śliwkami, masłem i przyrumienioną bułką tartą.

Kobiety sortujące śliwy na taśmie produkcyjnej, 1940 r.
Foto: Gremmler, Karl Theodor
Quelle: SLUB Dresden

Mój ostatni zbiór dzikich śliwek był właściwie przypadkowy. Nie planowałam wielkiego śliwkowego przetwórstwa. Zebrałam niewiele owoców, ale akurat wystarczyło na ciasto, kompot i oczywiście na knedle. I właśnie wtedy sięgnęłam po przepis sprzed prawie stu lat. W 1932 roku czasopismo „Zeitschrift der Landwirtschaftskammer Niederschlesien” opublikowało specjalną kolumnę poświęconą śliwkom. Nosiła prosty i obiecujący tytuł: „Allerlei aus Pflaumen” – „Różności ze śliwek”. Wśród propozycji znalazł się przepis na knedle ze śliwkami.

Ciasto należało przygotować z ½ kg ugotowanych ziemniaków, jajka i ½ kg mąki. Następnie rozwałkowywano je na dobrze oprószonej mąką stolnicy na grubość około pół centymetra i krojono w kwadraty o wymiarach pięć na pięć centymetrów. Na środku każdego kwadratu układano śliwkę. Ciasto zlepiano wokół owocu i formowano kulkę.

Grzybobranie po śląsku: Kiedy Ślązak rusza do lasu…
Prawdziwe śląskie kąski

Grzybobranie po śląsku: Kiedy Ślązak rusza do lasu…

Czytaj więcej →

Był też mały trik dla tych, którzy trafili na wyjątkowo kwaśne śliwki. Pestkę można było wyjąć i zastąpić kawałeczkiem cukru.

Knedle gotowano w osolonej wodzie (5–6 minut), a potem polewano przyrumienioną bułką tartą z masłem.

I tyle. Żadnych skomplikowanych składników, żadnych wyszukanych technik. Ziemniaki, mąka, śliwki, trochę soli, masło, bułka tarta. Może właśnie dlatego lubię te stare przepisy. Nie opowiadają tylko o jedzeniu. Opowiadają o tym, co rosło wokół domu, co trafiało na targ, co reklamowano w gazecie i co gospodyni potrafiła zrobić z tego, co akurat miała pod ręką.

A czasem wystarczy po prostu przejść się polną lub leśną, starą drogą, potrząsnąć gałęzią śliwy i poczekać, aż kilka dojrzałych owoców spadnie prosto pod nogi. Reszta zaczyna się już w kuchni.

Udostępnij:
Goethe i złota kaczka
Poprzedni artykuł

Goethe i złota kaczka

101 stypendiów z Funduszu im. Johanna Krolla
Następny artykuł

101 stypendiów z Funduszu im. Johanna Krolla

Reklama

Punkt Widzenia

Neues Wochenblatt - Gazeta Niemców w Rzeczypospolitej Polskiej
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.