Jesień, deszcz i słońce. To przepis na to, aby w lesie urosły grzyby, a w tym roku, 2026, naprawdę się wysypały. Zapytaliśmy osoby z kręgu Mniejszości Niemieckiej, jak to u nich z grzybami jest. Zapraszamy na kilka osobistych opowieści.
Kotlety z kani i wspólna wigilia
Brygida Labisz – przewodnicząca DFK Zdzieszowice i Klubu Seniora Zdzieszowice
„W tym roku niestety nie byłam na grzybach, powiem szczerze. Kiedyś chodziłam, w zeszłym roku też, ale teraz mam złamaną kość piszczelową i od trzech miesięcy jestem w ortezie. Bardzo chętnie bym poszła, ale jestem uziemiona.

Brygida Labisz – przewodnicząca DFK Zdzieszowice i Klubu Seniora w Zdzieszowicach.
Foto: DFK Deschowitz/Facebook
W zeszłym roku pojechaliśmy w okolice Zawadzkiego w ramach Klubu Seniora. Było nas 17 osób i było bardzo pięknie. Przeważnie jeździmy właśnie tam, bo tam jest najwięcej grzybów. Nazbieraliśmy całe kosze: maślaków, podgrzybków i kani.

Klub Seniora Zdzieszowice na grzybobraniu w 2025 roku.
Fot. DFK Deschowitz/Facebook
Z kani zrobiliśmy kotlety od razu po powrocie i była to nasza uczta. Seniorzy ugotowali też wspólnie zupę grzybową. Resztę grzybów suszyliśmy i mroziliśmy. Suszone były na Wigilię, bo w ramach Klubu Seniora zawsze robimy sobie wspólną wigilię”.
Grzyby z rodzinnego wypadu
Edyta Gola – radna Sejmiku Województwa Opolskiego, przewodnicząca klubu radnych Śląscy Samorządowcy
„Na grzyby raczej nie chodzę, ale córka mnie namówiła, więc w sobotę poszliśmy do lasu gdzieś koło Brożca. Był to dla mnie bardzo miły czas, głównie spędzony z córką i wnukiem.

Edyta Gola – radna Sejmiku Województwa Opolskiego, przewodnicząca klubu radnych Śląskich Samorządowców.
Foto: archiwum prywatne
Nie zbieraliśmy wszystkiego. Niektórzy, jak widzą grzyb, to biorą go do koszyka. My zbieraliśmy tylko te, które rzeczywiście były ładne. Jeśli grzyb był nadgryziony albo nieładny, zostawialiśmy go w lesie dla zwierząt. Zebraliśmy prawdziwki albo podgrzybki, nie wiem, czy to właściwa nazwa. Dlatego dałyśmy grzyby do sprawdzenia osobie, która ma pewność w stu procentach, bo z grzybami nie ma żartów.
Wysuszyłam je w piekarniku. Jak to zrobić, sprawdziłam w internecie. W poniedziałek na obiad był sos grzybowy, który był bardzo dobry. Reszta leży teraz zakręcona w słoiczkach i czeka. Na pewno wystarczy z tego na trzy zupy grzybowe.

Leśne zdobycze Edyty Goli.
Foto: archiwum prywatne
Kilka dni temu moja córka była w lesie po raz drugi. Pojechali dopiero po południu, około 17. Zwariowali – pomyślałam, więc kazałam im wziąć latarki, bo było bardzo późno. Ale córka znalazła jeden duży, bardzo zdrowy grzyb, co zdarza się rzadko. Pojechali go sprawdzić do znajomego i wszystko, co było w koszyku, okazało się dobre. Znajomy nie ma problemu z tym, żeby sprawdzić grzyby”.
W lesie liczy się nie tylko pełny koszyk
Georg Jerzy Kuchnia – lokalny działacz społeczny, przedsiębiorca, wieloletni przewodniczący koła DFK Wójtowa Wieś – Szczepanowice w Opolu
„Pochodzę ze wsi. Wielkiego lasu tam nie było, ale gdyby się chciało, to trochę lasu zawsze się znalazło. Zaczęło się od pieczarek na łące, na której pasły się krowy. Na dobre wciągnąłem się kilkanaście lat temu, bo dużo pracowałem w Niemczech. Tam niedzielne popołudnia były wolne i nie było obowiązków domowych, więc zaczęło się właśnie w niedzielę. W Niemczech zbierało się lepiej, bo w lesie nie deptało się po piętach innych grzybiarzy. I tak mi zostało.

U Georga Jerzego Kuchni po zbiorach zaczyna się kolejna praca: czyszczenie grzybów, ich suszenie i przygotowanie na kolejne miesiące.
Foto: archiwum prywatne
Nie uważam się za fachowca, ale lubię się dokształcać. Kupiłem sporo książek o grzybach i dość dobrze się na nich znam. Obserwuję też internet, grupy w mediach społecznościowych. Trochę to u mnie choroba, ale chodzę raczej po to, żeby się zrelaksować w lesie. Nie zależy mi na tym, żeby zebrać jak najwięcej. Cieszę się, jak znajdę coś ładnego, ale nieraz wracam z pięcioma grzybkami i też jestem bardzo zadowolony, bo przeszedłem 3 km i zaczerpnąłem świeżego powietrza.

Rzadkie znalezisko we własnym ogrodzie: Georg Jerzy Kuchnia odkrył na swojej czereśni żółciaka siarkowego – dla niego wyjątkowy grzyb, który ceni także za walory kulinarne.
Foto: archiwum prywatne
Nie zawsze jest czas, ale staram się chodzić dwa, trzy razy w roku. Prowadzę własną działalność, więc mogę sobie układać czas. Nie lubię jeździć w weekendy, kiedy w lesie jest pełno ludzi, dlatego wybieram środę albo czwartek. Jadę rano, gdy robi się jasno, żeby mieć resztę dnia na przygotowanie grzybów.

Okaz godny podziwu: żółciak siarkowy z ogrodu Georga Kuchni waży aż 663 gramy.
Foto: archiwum prywatne
Jeżdżę autem, bo mieszkam na obrzeżu Opola i lasu nie ma w pobliżu. Nie mam stałych miejscówek. Jeżdżę do lasów koło Prószkowa, czasem w okolice Turawy, Szczedrzyka, Solarni, nieraz do Murowa. Nie wchodzę do lasu zaraz przy parkingu, tylko idę ścieżką 2 km dalej i dopiero tam wchodzę w las. Nie lubię jeździć sam, zawsze komuś proponuję. Mój dobry kolega ma już problemy z chodzeniem, ale zawsze chętnie jedzie.
Ulubiony grzyb? Podgrzybek, bo jest u nas w regionie najpopularniejszy i tu najczęściej rośnie. Bardzo się cieszę, gdy znajdę prawdziwka. Raz w życiu trafił mi się rydz, który usmażyłem na maśle. Przyrządziłem też żółciaka siarkowego, który wyrósł mi w ogrodzie na czereśni. Nazywa się go kurczakiem z lasu, a przygotowuje się go jak flaczki. Laik powie, że to huba, ale to bardzo smaczny grzyb.

Przyrządzany jak flaczki: żółciak siarkowy, w gwarze zwany „kurczakiem z lasu”, gotuje się w garnku.
Foto: archiwum prywatne
Zebrane grzyby trzeba albo wysuszyć, albo zamarynować. Najczęściej suszę, bo to najmniej roboty. Dwa razy marynowałem, według przepisu z internetu. Nie jest trudny, tylko wymaga więcej czasu. Własnego sprawdzonego przepisu nie mam, te przepisy są praktycznie takie same.
Kupiłem dwie suszarki na wypadek, gdyby grzybów było dużo. W zeszłym tygodniu przyniosłem pełny koszyk, dużo maślaków i podgrzybków, i obie suszarki były zapełnione. Ustawiam je w warsztacie i ładnie tam pachnie. W piekarniku musiałbym suszyć wolno, a potem przez tydzień pachniałoby w kuchni grzybami.
„Chodzę raczej po to, żeby się zrelaksować w lesie. Nie zależy mi na tym, żeby zebrać jak najwięcej”. – Georg Jerzy Kuchnia
Największym amatorem grzybów w rodzinie jestem ja, więc najbardziej czekam na święta, żeby je wykorzystać. Używamy ich jednak także poza świętami, do zupy, do sosu, do mięsa”.
Krzakoterapia przekazywana z pokolenia na pokolenie
Kryspin Cieplik – nauczyciel, trener Miro Deutsche Fußballschule, działacz DFK Bogacica; przewodniczący struktur Mniejszości Niemieckiej w gminie i powiecie kluczborskim, członek zarządu wojewódzkiego TSKN, przewodniczący klubu radnych w Radzie Miejskiej w Kluczborku
„Zamiłowanie do grzybów mam po ojcu. Jako dziecko zawsze chodziliśmy na grzyby rodzinnie, z tatą i braćmi, więc z lasem jestem związany od dziecka. W mojej rodzinie jest wielu myśliwych, więc chodzenie na grzyby było czymś naturalnym. Nikt nas do tego nie musiał zmuszać. Wychowaliśmy się w lesie, więc go lubimy, a ja jadę do lasu odpocząć. Nazywam to krzakoterapią, Buschtherapie.
Wszystko, co wiem o grzybach, wiem od ojca, który przekazał mi swoją wiedzę w stu procentach. Teraz ja przekazuję ją dzieciom. Nie korzystam z atlasów ani z internetu. Jeśli ktoś nie wie, jakie grzyby zbierać, może przyjść do mnie i zapytać. Mogę też sprawdzić koszyk kolegów.

„Krzakoterapia” dla kilku pokoleń: Kryspin Cieplik przekazuje swoją wiedzę o lesie swoim dzieciom.
Foto: archiwum prywatne
Dziś na grzyby jeżdżę głównie z dziećmi. Zdarza się, że jedziemy razem, trzy pokolenia. Ojciec mieszka w środku lasu, ma leśniczówkę. Ta cała leśna wiedza jest przekazywana kolejnemu pokoleniu. Wszyscy uwielbiamy las.
Mam raczej stałe miejsca, głęboko w lesie. Nie zatrzymuję się przy drodze, tylko wjeżdżam daleko w głąb lasu. Innych grzybiarzy nie spotykam.

Głęboko w lesie, dokąd nie docierają inni grzybiarze: Kryspin Cieplik ładuje tu akumulatory podczas swojej „leśnej terapii”.
Foto: archiwum prywatne
Trudno to pogodzić z codziennym życiem. W tygodniu nie ma szans, bo od rana do wieczora jestem zajęty: w szkole, w Radzie Miasta, w Miro, w DFK. Najczęściej wychodzi niedziela. Rano jeżdżę rzadko, bo chodzę do kościoła, więc najczęściej jadę po południu. Mam takie miejsca, że pora nie ma znaczenia. Teoretycznie rano jeżdżą inni i wszystko wyzbierają, ale u mnie tego problemu nie ma. Jak tylko jest czas, to jedziemy.
Moje ulubione grzyby to podgrzybki, prawdziwki, kozaki i maślaki, zależy też od lasu. A co potem? Najczęściej jemy od razu, dziś na obiad mam zupę grzybową. Po niedzielnym wyjeździe mieliśmy cały koszyk, więc samo czyszczenie i obieranie zajęło 2,5 godziny”.