Tajemnice kłodzkiego rynku
„Sprawiedliwością dziejową Polska odzyskała Kłodzko – Maj 1945”. Słowa te widnieją na tablicy umieszczonej na kłodzkim urzędzie miasta. Nie sposób ich – ani samej tablicy, pod względem estetycznym dość paskudnej – przegapić. A jednak „sprawiedliwość dziejowa”, jak wiadomo, zazwyczaj musi stanąć po stronie zwycięzcy, czy jej się to podoba, czy nie. W przypadku Kłodzka powodów do niezadowolenia mogliby mieć choćby Czesi.
Bo Kłodzko, jak każde miasto pogranicza, nie było bynajmniej prastarym polskim grodem. Przez wieki należało do Czech, chwilę także do Austrii, a od XVIII wieku – do Prus.

Glatz war, wie jede Grenzstadt, keineswegs eine uralte polnische Burg.
Foto: A. Durecka
W XI stuleciu o Kłodzko niemiłosiernie tłukli się Piastowie z Przemyślidami. W drugiej połowie XII wieku coraz mocniej rozwijała się kolonizacja niemiecka – przybyli tu Joannici w 1169 roku. W 1526 roku miasto przeszło pod panowanie Habsburgów, w 1622 roku znów pod austriackie. Potem przyszły Prusy, a w 1945 roku – polska administracja.
Do tego dochodziły konflikty religijne, które również odcisnęły swoje piętno. Historia przetoczyła się przez Kłodzko jak huragan, zostawiając kosmiczny chaos – także architektoniczny. Komunizm również nie sprzyjał zabudowie „podejrzanego” pochodzenia.
Spacerując między zczerniałymi kamienicami, człowiek marzy, żeby ktoś wpadł tu ze szczotą, wyszorował tynki i – na litość boską – raz porządnie pozamiatał.
Dziś w centrum miasta widać tego coraz mniej. Choć spacerując między zczerniałymi kamienicami, człowiek marzy, żeby ktoś wpadł tu ze szczotą, wyszorował tynki i – na litość boską – raz porządnie pozamiatał. Wciąż zaniedbane jest to Kłodzko, jak gospodarstwo leżące z dala od głównej drogi.
Perełki trzeba szukać. Najłatwiej wypatrzyć je na rynku, bo tam wszystko widać jak na dłoni.
Rogaty mieszkaniec
Pierwsza perła stoi na rogu rynku – kamienica „Pod Jeleniem”, jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli w mieście. Jej historia zaczyna się w średniowieczu: pierwsze drewniane domy stały tu już na przełomie XIII i XIV wieku. Reprezentacyjna barokowa fasada, pełna pilastrów korynckich, fantazyjnych obdasznic i szerokiego szczytu, narodziła się jednak dopiero w drugiej połowie XVII wieku.

Glatz war, wie jede Grenzstadt, keineswegs eine uralte polnische Burg.
Foto: A. Durecka
Między oknami, w rzeźbionej wnęce, wciąż spoczywa tytułowy jeleń – najbardziej fotografowany mieszkaniec rynku. I ciekawostka: od ponad stu lat parter zajmuje apteka. Że długo? Oj, tak pomyśli tylko ten, kto nie zna drugiej.
Efekt architektonicznej gorączki
Druga perła, jeszcze ciekawsza, to kamienica „Pod Murzynem” przy pl. Bolesława Chrobrego 13. Dzisiejszą secesyjną fasadą zachwyca dopiero od 1910 roku, lecz jej historia również zaczyna się na przełomie XIII i XIV wieku. W XVI wieku miasto przeżywało architektoniczną gorączkę – renesans i barok przewalały się przez rynek przez kolejne dwa stulecia. W tym czasie narodził się też dom, który później zyskał swoją charakterystyczną nazwę. W 1644 roku budynek kupił aptekarz Erasmus Lyranus, a od tego momentu związek kamienicy z farmacją tylko się umacniał. W 1722 roku pojawiła się nazwa „Pod Murzynem”.

Glatz war, wie jede Grenzstadt, keineswegs eine uralte polnische Burg.
Foto: A. Durecka
Nowy początek przyniósł rok 1887, gdy aptekę przejął Johannes Schittny z Żagania. W 1892 roku zdobył koncesję na produkcję Balsamu Jerozolimskiego – dzisiejszego Balsamu Pustelnika – czyniąc z kłodzkiej apteki miejsce znane daleko poza regionem. W 1910 roku przebudował kamienicę w duchu secesji. Zmarł cztery lata później, ale jego rodzina prowadziła aptekę aż do 1945 roku.
Ziółka na zdrowie
Po wojnie apteka została upaństwowiona, a rodzina Schittnych wyjechała do Gütersloh, gdzie kontynuuje swoje tradycje do dziś. W Kłodzku zaś na parterze nadal działa apteka – żywy skrawek historii, który liczy już ponad siedem wieków.

Glatz war, wie jede Grenzstadt, keineswegs eine uralte polnische Burg.
Foto: A. Durecka
I na koniec jeszcze sklep zielarski w kamienicy nr 36. Dzisiaj można tam zajść bez obaw, poprosić o meliskę i wyjść zadowolonym. Ale kiedyś w tej pięknej kamienicy mieszkała słynna trucicielka Charlotta Ursinus, która na początku XIX wieku zasłynęła bardzo skutecznym pozbywaniem się swoich mężczyzn, członków rodziny oraz służby… za pomocą arszeniku. Fakt, że dziś w budynku działa zielarka, jest jednak – zważywszy na karmę tego miejsca – lekko niepokojący.