Muzyka we krwi

21 września 2025 Kultura/Edukacja

Z Karoliną Trelą – wybitną i charyzmatyczną artystką reprezentującą Mniejszość Niemiecką, a także dyrektorką Publicznego Przedszkola im. Braci Grimm w Leśnicy – rozmawia Krzysztof Świerc.

– Od lat należysz do grona najpopularniejszych artystów mniejszości niemieckiej. Potwierdziłaś to m.in. wygraną w jednym z prestiżowych konkursów organizowanych przez nasze media. Powiedz – jak i kiedy zrodziła się w tobie pasja do muzyki, gry na instrumentach, a przede wszystkim do śpiewania?

– Urodziłam się z pasją do śpiewania, występowania i grania na instrumentach muzycznych. Pamiętam, że już jako 6-letnie dziecko, będąc na festynie mniejszości niemieckiej w Kamieniu Śląskim, usłyszałam, jak konferansjer ogłosił, że dzieci, które chcą coś zaśpiewać i otrzymać nagrodę, mogą wejść na scenę. Natychmiast, bez zastanowienia, pognałam na estradę. Przez chwilę moja mama była przerażona, bo nagle zniknęłam jej z oczu, ale po chwili zobaczyła mnie śpiewającą i odetchnęła z ulgą. Wtedy też otrzymałam pierwsze wielkie brawa od publiczności! Pękałam z dumy, a moi rodzice zrozumieli, jak bardzo kocham śpiewać i występować.

Foto: Tomasz Chabior

– Jako zaledwie 6-letnie dziecko wykazałaś się ogromną spontanicznością i odwagą, która cechuje cię do dziś. Naprawdę ani trochę się nie bałaś?

– To samo zapytała mnie wówczas mama. Odpowiedziałam jej: „A czego miałam się bać?”. Ja naprawdę nie czułam strachu, wstydu ani presji, bo już wcześniej śpiewałam w przedszkolu. Czułam jedynie olbrzymią chęć wystąpienia, zaśpiewania i – jak to dziecko – otrzymania nagrody.

– A kiedy nabrałaś przekonania, że masz dar, charyzmę i talent sceniczny, który sprawia, że publiczność cię kocha?

– Sama do tego nie doszłam. I być może nigdy nie nabrałabym przekonania, że mam talent, gdyby nie mój nauczyciel muzyki w szkole podstawowej, śp. Jan Herba. To on uświadomił mi, że mam dar śpiewania. Zawsze też powtarzał mojej mamie, żeby nie zaprzepaściła mojego talentu i pomagała mi rozwijać zdolności, którymi zostałam – jego zdaniem – obdarzona. Nie chodziło mu wyłącznie o śpiew, ale również o naukę gry na instrumentach, która łatwo mi przychodziła. Pamiętam, że wręcz „zaszantażował” mamę: jeśli nie będzie mnie wozić na lekcje do szkoły muzycznej, to on sam będzie mnie tam zabierał.

Foto: Tomasz Chabior

– Jaki był efekt tej rozmowy?

– Mama regularnie woziła mnie do szkoły muzycznej, a pan Herba zapisał mnie jeszcze do grupy folklorystycznej Spod Buczyny. Wyznaczył mi zadanie: nauczyć się kilku tekstów piosenek i śpiewać z zespołem tanecznym. Bardzo mi się to spodobało, podobnie jak fakt, że występowaliśmy na różnych przeglądach i festiwalach. W liceum nadal śpiewałam w tej grupie, a dodatkowo prowadziłam różne imprezy. Wtedy mój kolega z zespołu, Jan Malaka, powiedział: „Lubisz i umiesz śpiewać. A skoro tak, to czy nie chciałabyś mieć swojego zespołu?”. Bez wahania odpowiedziałam: „Tak, tak, tak!”. Powiedziałam mu, że zawsze o tym marzyłam, ale nie wiem, z kim miałabym go założyć. Janek odparł: „Załóż go ze mną. Jeśli powiesz tak, powstanie zespół, który nazwiemy My” – i tak się stało.

– To była chwila, w której twoja kariera artystyczna nabrała tempa i zaczęła rozwijać się po twojej myśli.

– O tak. Już następnego dnia Janek przyniósł mi listę piosenek, z których mogłam wybrać repertuar. Ćwiczyliśmy regularnie, aż nadszedł moment pierwszego występu – na imprezie wiejskiej w Krępnej. Pamiętam to jak dziś – emocje były ogromne, chcieliśmy wypaść jak najlepiej, sami narzuciliśmy sobie presję. Z drugiej strony byliśmy szczęśliwi, że możemy się zaprezentować. Adrenalina sięgała zenitu, a efekt był wymarzony – bardzo się spodobaliśmy. Zaczęliśmy otrzymywać zaproszenia na kolejne występy i w zespole My śpiewałam aż do 19. roku życia.

Foto: Tomasz Chabior

– Co było dalej? Ze śpiewaniem nie zerwałaś.

– Nie, choć przez moment tak się zanosiło. Moimi priorytetami stały się matura, studia i rodzina. Powiedziałam sobie wtedy: „Karolina, śpiewanie nie jest ci chyba dane”. Jednak w głębi duszy czułam, że to się we mnie tli, jak uśpiony wulkan, i kiedyś wybuchnie ze zdwojoną energią. Wiedziałam, że jeśli wrócę do śpiewania, chcę być solistką, która sama decyduje, gdzie i kiedy występuje. Na szczęście Janek ułatwił mi zadanie. Powiedział: „OK, jeśli chcesz być sama i decydować, kiedy i gdzie chcesz śpiewać, to ja ci pomogę. Zrobię ci podkłady, które ułatwią ci realizację marzenia”. Tak się stało. Kiedy zbliżały się dożynki w Rozwadzy, sama zaproponowałam, że mogę zaśpiewać.

– I jak to się skończyło?

– Otrzymałam taką możliwość i zaprezentowałam się na tyle dobrze, że od tego momentu zaczęłam otrzymywać mnóstwo propozycji występów, z których chętnie korzystałam. Tak wyglądał mój udany powrót na scenę.

Foto: Tomasz Chabior

– Mimo to przez długi czas nie udało ci się nagrać płyty ani wejść na listy przebojów. Co cię hamowało?

– Niepewność i obawa, że może jednak nie jestem tak dobra jak inni. Bałam się, że jeśli spróbuję wypłynąć na szersze wody, mogę się nie spodobać, ponieść porażkę i zostać odrzucona. Mimo to cały czas marzyłam i pracowałam nad tym, aby zrobić kolejny krok. Potrzebowałam jednak impulsu, który doda mi skrzydeł.

– I ten impuls nastąpił.

– Na szczęście tak! Dokładnie po wygraniu drugiej edycji konkursu na najpopularniejszego artystę mniejszości niemieckiej w Wochenblatt.pl. Konkurencja była ogromna – startowali artyści bardziej znani, z większym dorobkiem, a mimo to zwyciężyłam! Jak bardzo się z tego cieszyłam i jak wielką mam satysfakcję, nie muszę nikogo przekonywać.

Foto: Tomasz Chabior

– To był dla ciebie nowy początek.

– Owszem. Moja kariera nabrała kolorów, prędkości i jakości – zaczęło pachnieć sukcesem. Zaczęłam tworzyć piosenki, nagrałam teledyski i swoją pierwszą płytę. Dumnie kroczyłam do przodu!

– Jak teraz wygląda twoje życie artystyczne i jakie masz plany?

– Nagrywam piosenki, jeżdżę na zdjęcia, mam mnóstwo propozycji i projektów. Obecnie pracuję nad nowym teledyskiem, który – mam nadzieję – spodoba się w województwie opolskim i śląskim. O czym opowiada, jeszcze nie zdradzę. Dodam tylko, że stworzyłam go sama i jest w rytmie samby. Równocześnie przygotowuję swoją drugą płytę – znajdą się na niej utwory po niemiecku i po śląsku, bo od tego nie odstępuję. Napisałam także piosenkę w języku niemieckim, do której muzyka jest już gotowa i lada chwila będzie nagrana.

Foto: Tomasz Chabior

– Wiem, że ta piosenka ma powstać na specjalną okazję, dla ciebie szczególnie ważną…

– Tak. Została przygotowana na koncert, który odbędzie się w październiku tego roku w Gogolinie i będzie poświęcony 35-leciu opolskiego TSKN-u.

– Oprócz pracy artystycznej jesteś także dyrektorką Publicznego Przedszkola im. Braci Grimm w Leśnicy. Powiedz, jak przetrwaliście okres dyskryminacji języka niemieckiego jako języka mniejszości?

– Na szczęście w gminie Leśnica nie odczuliśmy tej krzywdy, bo burmistrz Łukasz Jastrzembski cały czas wspierał naukę języka niemieckiego. Dzięki temu mieliśmy tyle samo godzin jak przed wprowadzeniem ograniczeń. Wiem, o czym mówię, bo moje dziecko chodzi do szkoły podstawowej i w tym trudnym okresie nadal korzystało z dodatkowych zajęć. Podobnie było w przedszkolu, w którym pracuję. Co więcej, sama uczyłam dzieci niemieckiego. Później przyjęłam do pracy fantastyczną nauczycielkę, z którą dbamy o to, by język niemiecki był nauczany z polotem – żeby dzieci go lubiły, były z niego dumne i nie uważały, że np. angielski jest „lepszy”.

Foto: Tomasz Chabior

– Co sądzisz o przywróceniu nauki języka niemieckiego jako języka mniejszości w wymiarze 3 godzin tygodniowo?

– Sprawiedliwości stało się zadość. Wróciła normalność. Zniknęła nienormalność, do której w ogóle nie powinno było dojść!

Teresa Ebis pokazuje Bytom pełen detali i historii
Poprzedni post

Teresa Ebis pokazuje Bytom pełen detali i historii

1965 – Górnośląskie wspomnienia
Następny post

1965 – Górnośląskie wspomnienia

Reklama

Ostatnie wpisy autorów

Schlesien Journal