Decyzja o wyborze nowego dyrektora Federalnej Fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” w Berlinie zamyka istotny etap sporu, ale nie kończy fundamentalnej debaty o kształcie niemieckiej kultury pamięci. W tle personalnych napięć kryje się pytanie znacznie ważniejsze: czy historia przymusowych migracji pozostanie opowieścią osadzoną w europejskim kontekście, czy stanie się na powrót elementem zawężonej narracji narodowej?
Od kontrowersyjnych początków do instytucjonalnej stabilizacji
W ostatnich tygodniach niemieckie i zagraniczne media żywo komentowały wybór dyrektora Federalnej Fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” (Bundesstiftung Flucht, Vertreibung, Versöhnung) w Berlinie. Dla części obserwatorów mogło to być zaskoczeniem – w ostatnich latach wokół tej instytucji panował względny spokój.
Nie zawsze jednak tak było. Fundacja powstawała w atmosferze konfliktów, które wykraczały daleko poza niemiecką debatę wewnętrzną. Pierwotny projekt „Centrum przeciwko Wypędzeniom”, silnie wspierany przez środowiska Związku Wypędzonych, spotkał się z krytyką, zwłaszcza w Polsce, ale i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W rezultacie zdecydowano się na formułę federalnej fundacji działającej w ramach Deutsches Historisches Museum, z udziałem międzynarodowego grona ekspertów.
Mimo to jej pierwsze lata działalności nie były wolne od dalszych konfliktów. Spory wokół koncepcji wystawy i kierunku badań doprowadziły do odejścia części członków rady naukowej oraz rezygnacji pierwszego dyrektora, prof. Manfreda Kittlela. Dopiero powołanie w 2016 roku dr Gunduli Bavendamm przyniosło względną stabilizację. To właśnie pod jej kierownictwem zakończono proces tworzenia wystawy stałej, otwartej w 2021 roku w zmodernizowanym Deutschlandhaus w Berlinie. Otwarcie, z udziałem m.in. kanclerz RFN Angeli Merkel, uznano za ważny moment w niemieckiej polityce pamięci i dialogu z sąsiadami.
Wystawa jako kompromis
Wystawa stała została bowiem pomyślana jako próba połączenia różnych perspektyw. Na dwóch poziomach zaprezentowano globalną historię przymusowych migracji w XX i XXI wieku, i dopiero, po tym wprowadzeniu – doświadczenie Niemców uciekających pod koniec II wojny światowej i wysiedlanych po jej zakończeniu.
Kluczowym elementem koncepcji było wpisanie losu niemieckich wypędzonych w szerszy kontekst historyczny – przede wszystkim w genezę Holokaustu i zbrodni nazistowskich, w wypędzenie i zagładę europejskich Żydów, a także w politykę narodowościową i okupacyjną III Rzeszy oraz wcześniejsze przymusowe migracje innych narodów. Bez tego historycznego kontekstu nie sposób zrozumieć samego zjawiska wypędzeń.
Dzisiejsza debata nie jest sporem o nową koncepcję, lecz o reinterpretację kompromisu wypracowanego kilka lat temu.
Taki sposób prezentacji miał podwójny cel: uniknąć wyizolowania doświadczenia niemieckiego poza kontekst historyczny oraz uczynić wystawę zrozumiałą dla współczesnych społeczeństw, w tym także dla osób z doświadczeniem migracyjnym. Jak ujęła to historyczka Maren Röger, członkini doradczej rady naukowej fundacji: „Jesteśmy społeczeństwem imigracyjnym, dlatego to muzeum daje niezwykłą szansę, aby uczynić temat wypędzeń zrozumiałym i odniesionym do współczesnych realiów” („Wir sind eine Einwanderungsgesellschaft, da bietet dieses Museum eine unglaubliche Chance, das Thema der Vertreibung anschlussfähig zu machen für heutige Realitäten.”, Der Spiegel, 25.03.2026). Spokojne reakcje sąsiadów Niemiec potwierdziły, że koncepcję uznano za przekonującą.
Już w momencie otwarcia pojawiały się jednak pytania, czy taka „chłodna”, zdystansowana narracja będzie w stanie trwale przyciągać odbiorców i oddziaływać na ich wyobraźnię historyczną w Niemczech. Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że właśnie ten wyważony charakter ekspozycji stał się z czasem jednym z głównych punktów sporu. Dla jednych jest on gwarancją rzetelności i odpowiedzialności historycznej, dla innych – dowodem niedostatecznego wyeksponowania doświadczenia niemieckich ofiar. Dzisiejsza debata nie jest więc sporem o nową koncepcję, lecz o reinterpretację kompromisu wypracowanego kilka lat temu.
Powrót polityki pamięci
W marcu 2026 roku nowym dyrektorem fundacji został dr Roland Borchers, dotychczasowy zastępca dyrektora Dokumentationszentrum NS-Zwangsarbeit w Berlinie-Schöneweide, specjalizujący się w historii Europy Wschodniej i tematyce przymusowej pracy w III Rzeszy. Jego wybór miał w sobie coś z paradoksu: BdV nie chciał przedłużenia umowy z dr Bavendamm, a kanclerz Merz zablokował w ostatniej chwili kandydaturę Svena Oole’a – pozostał więc trzeci kandydat z krótkiej listy.
Tymczasem profil naukowy dr Borchersa – badacza niemieckiej polityki okupacyjnej i pracy przymusowej – sprawia, że jego agenda merytoryczna wpisuje się naturalnie i dobrze w logikę dotychczasowej wystawy: NS-Besatzungsterror jako przyczyna wypędzeń. Środowiska BdV i CDU/CSU, licząc zapewne na sprawnego menedżera bez wyrazistego stanowiska historycznego, mogły nie docenić tego aspektu. Wspierany przez radę naukową, Borchers ma wszelkie powody, by z czasem – podobnie jak zrobiła to jego poprzedniczka – uniezależnić się od konserwatywnej frakcji w radzie fundacji. Działania BdV doprowadziły więc okrężną drogą do wyniku zaskakującego, ale z naukowego punktu widzenia całkowicie akceptowalnego.
Wyborowi Borchersa towarzyszył jednak intensywny konflikt polityczny. Część środowisk związanych z BdV oraz politykami CDU/CSU domagała się zmiany kierunku działalności fundacji, krytykując wystawę za zbyt silne powiązanie tematu wysiedleń z niemieckimi zbrodniami wojennymi. Bernd Fabritius w liście do dr Bavendamm sformułował zarzut wprost: „W tym miejscu kontekst zostaje pomieszany z przyczynowością”. („An dieser Stelle wird der Kontext mit der Kausalität vermengt.” cyt. za: Felix Ackermann, Der Spiegel, 23.03.2026).

Centrum Dokumentacyjne „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”: Wgląd w wystawę stałą.
Foto: Stiftung Flucht, Vertreibung, Versöhnung/Markus Gröteke
Historyk Felix Ackermann ocenił, że chodziło w istocie o „renacjonalizację” narracji – oderwanie historii wysiedleń od kontekstu okupacyjnego i wpisanie jej w autonomiczną opowieść o niemieckim cierpieniu. Zatem o powrót do starych stanowisk. Podobne obawy formułowała prof. Maren Röger, wskazując na ryzyko politycznej ingerencji w treść wystawy oraz możliwy „konserwatywny rollback” w niemieckiej kulturze pamięci. Z kolei Andreas Kilb pisał o „kompromisie zamiast kliki” („Kompromiss statt Klüngel”), podkreślając, że nowy dyrektor obejmuje instytucję rozdartą wewnętrznymi sprzecznościami, a sam konflikt nie został rozwiązany, lecz jedynie odłożony (FAZ, 26.03.2026).
Polski punkt widzenia
Debata ta nie pozostaje bez znaczenia dla relacji polsko-niemieckich. Jak przypomniał prof. Piotr Madajczyk, członek doradczej rady naukowej fundacji, obecna wystawa była efektem trudnego kompromisu, który pozwolił uniknąć eskalacji sporów, które rozgorzały na początku XXI wieku. Na pytanie, czy grozi powrót sytuacji z czasów Eriki Steinbach, odpowiedział wprost: „Takie niebezpieczeństwo niewątpliwie istnieje.” (Deutsche Welle, 20.03.2026)
Madajczyk zwracał uwagę, że dotychczasowa dyrektor dobrze wywiązała się z trudnego zadania – udało jej się odpolitycznić muzeum, a liczba odwiedzających rosła. Tymczasem forsowanie kandydata politycznie związanego ze środowiskiem BdV groziło upolitycznieniem placówki i zmianą wystawy według zasady „mniej o waszych ofiarach, więcej o naszych”.
Taki scenariusz oznaczałby nie tylko spór historiograficzny, lecz także poważny problem polityczny wpływający na relacje między Polską a Niemcami – i, jak trafnie zaznaczył Madajczyk, „siły radykalne w obu krajach na pewno wykorzystałyby taką okazję do podgrzewania nastrojów.”
Instytucja między nauką a polityką
Fundacja „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” od początku funkcjonuje na styku nauki i polityki. Z jednej strony ma być miejscem badań, edukacji i refleksji historycznej, z drugiej – pełni rolę instytucji państwowej, wpisanej w szerszą politykę pamięci niemieckiego państwa. Ta dwuznaczność pozostaje nierozstrzygalna.
Berlińskie Dokumentationszentrum jest czymś więcej niż muzeum. Jest testem dojrzałości niemieckiej kultury pamięci – a zarazem jej wiarygodności w oczach sąsiadów, zwłaszcza Polski, gdzie wrażliwość w tym zakresie pozostaje bardzo wysoka.
Pytanie dotyczy raczej proporcji: na ile decyzje dotyczące treści wystawy i kierunku badań powinny pozostawać w rękach środowiska naukowego, a na ile podlegać wpływom politycznym. Andreas Kilb sformułował to precyzyjnie: „Tylko niezależni historycy powinni mieć prawo kształtować ogólnopaństwową prezentację dotyczącą ucieczki i wypędzeń” („Nur unabhängige Historiker sollten eine gesamtstaatliche Präsentation zum Thema Flucht und Vertreibung gestalten dürfen.”, FAZ, 26.03.2026) Takie podkreślenie roli specjalistów, w dobie postępującej manipulacji fragmentami przeszłości, ma walor nie tylko wewnętrzniemiecki.
Zakończenie
Spór o Federalną Fundację „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” nie jest jedynie konfliktem personalnym ani instytucjonalnym. To w istocie spór o sposób opowiadania historii – o to, czy ma ona służyć przede wszystkim potwierdzaniu własnych doświadczeń i emocji, wzmacnianiu tożsamości, czy raczej ich konfrontowaniu z szerszym kontekstem, także niewygodnym, w imię przepracowywania historii dla przyszłości.
W tym sensie berlińskie Dokumentationszentrum jest czymś więcej niż muzeum. Jest testem dojrzałości niemieckiej kultury pamięci – a zarazem jej wiarygodności w oczach sąsiadów, zwłaszcza Polski, gdzie wrażliwość w tym zakresie pozostaje bardzo wysoka. Próba zawężenia tej opowieści, wyrwania jej z kontekstu przemocy i polityki III Rzeszy, oznaczałaby nie tylko zmianę narracji, lecz także regres w długim procesie europeizacji pamięci historycznej. Byłby to także cios w osiągnięcia trudnych debat o historii najnowszej toczonych po 1989 r.
Decyzja o powierzeniu kierownictwa dr. Rolandowi Borchersowi zamyka zatem pewien etap szerszego sporu, ale go nie rozstrzyga. Nowy dyrektor obejmuje nie spokojną instytucję, lecz – jak trafnie zauważył Andreas Kilb – „statek w czasie sztormu” („Schiff im Sturm”, FAZ, 26.03.2026) Dzisiejszy spór pokazuje także, jak kruche są kompromisy wypracowane przecież z takim trudem przez lata. Czy fundacja stanie się miejscem dalszego pogłębiania europejskiej refleksji nad przymusowymi migracjami, czy też ulegnie pokusie zawężenia perspektywy do narodowej narracji? Odpowiedź na to pytanie wykracza daleko poza mury berlińskiego Deutschlandhausu.
Do problematyki tej powracałem szerzej w tekście „Spokojny finał wielkiej kontrowersji” (2021), analizując koncepcję i odbiór wystawy w momencie jej otwarcia.