Ścieżkami literatury: Cholonek

28 marca 2026, 17:00 Historia 87

Czyli kobiece cierpienie w śląskim wydaniu

Hasło „Janosch” działa jak magnes, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę dziecięcą. Takim samym magnesem będzie też Janosch pewnie dla wielu Górnoślązaków, a już szczególnie dla tych, którzy zapoznali się z jego kultowym dziś „Cholonkiem”. Ta powieść ma niezliczone rzesze fanów i często uznawana jest za kanoniczną, a nawet jedyną prawdziwą opowieść o Górnym Śląsku, która niczym w soczewce ukazuje śląskie losy i kreśli celne portrety Ślązaków. Nie można też zapomnieć, że „Cholonek” doczekał się scenicznej adaptacji i na deskach katowickiego Teatru Korez grany jest z powodzeniem od ponad dwudziestu lat. Kiedyś istniała nawet nagroda – Cegła Janoscha – przyznawana twórcom zasłużonym dla kultury śląskiej, co bez wątpienia świadczy o sile pióra i orędzia zabrzańskiego pisarza. Połączenie Janosch = śląskość wydaje się scementowane i niepodważalne. 

Mamy w nim faktycznie wszystko to, co charakterystyczne dla stereotypów Górnego Śląska: i świniobicie, i chlewiki, i familoki, i całą masę nieszczęść spadających na małe, robotnicze osiedle – a to za przyczyną Wielkiej Historii, przed którą nie ma ucieczki i z którą trzeba sobie radzić. Ilustracją takiego podejścia do życia jest bez wątpienia postać Świętkowej – kobiety niemal jak He-Man, albo raczej She-Woman, która daje sobie radę ze wszystkim, i to wbrew wszystkiemu i wszystkim, nawet wbrew własnej rodzinie, a może i samej sobie.

W tym barwnym korowodzie cudacznych i groteskowych postaci, które opisał Janosch, warto jednak zwrócić uwagę na czającą się gdzieś w tle, a mimo to niezmiernie ciekawą postać Michci – córki Świętkowej. Właściwie to ona jest główną postacią w pierwszym epizodzie utworu, otwierając opowieść o śląskich losach w sposób symboliczny i bardzo znaczący. Wystarczy tylko uświadomić sobie, że epizod ten, trwający zaledwie kilka godzin, rozpisany jest na ponad stu stronach druku. Janosch w ten sposób rozciąga czas narracji, wydłużając niemal w nieskończoność scenę oczekiwania na poród głównego bohatera, Adolfa Cholonka. Lecz zanim ten się narodzi, widzimy Michcię, która przypomina sobie okoliczności, w jakich doszło do poczęcia małego Adolfa. Mamy oczywiście w tym wszystkim typowy dla Janoscha humor, rubaszność i groteskowość, lecz także bardzo celne obserwacje tego, co śląskie albo co za śląskie uchodzi. Michcia czeka na poród, natomiast jej matka robi wszystko, aby dziecko nie narodziło się w dzień przestępny, bo wtedy będzie miało w życiu pecha. Zabiegi Świętkowej nie dają rezultatu – chłopczyk przychodzi na świat zbyt późno. Skazany jest więc na nieszczęście. I zabobon się sprawdza: mały Adolf Cholonek faktycznie pada ofiarą najpierw swojej rodziny i przemocowej matki, a potem także kolegów ze szkoły. Taki wrażliwiec nie ma szans przeżyć w społeczności, która brutalnie walczy o byt – przede wszystkim swój własny, ale także o to, by w oczach innych być lepszym i mieć więcej albo lepiej. Nieważne, że nie ma się telewizora – ważne, że na zewnątrz widać ogromną antenę, największą na całym osiedlu. Janosch bardzo celnie puentuje i wyolbrzymia te wszystkie przywary ludzi pogranicza, które bardzo dobrze znał.

Wróćmy jednak do Michci. Powtórzmy: na ponad stu stronach opisywane jest wyczekiwanie na poród Cholonka. Co dzieje się w tym zawieszeniu czasowym, w tych kilku godzinach rozciągniętych na tak wiele słów? Ano dzieje się to, że Michcia cierpi – jest przecież kobietą, która rodzi bez jakiegokolwiek wsparcia, czy to emocjonalnego, czy fizycznego, nie mówiąc już o medycznym, a jedyną radą, którą może dać jej matka, jest ta, aby posmarowała sobie miejsce intymne kremem Nivea.

Warto nieco porozmyślać nad tym, co w tym momencie dzieje się z Michcią, bo Janosch daje nam – na całe szczęście! – wgląd w jej myśli i uczucia. A zatem pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to stosunek Michci do własnego ciała – dziewczyna oczywiście wzbrania się przed dotknięciem miejsca intymnego, bo to grzech i jak tak można. To nic, że jest w ciąży i że współżyła już ze Stanikiem, ojcem jej dziecka. Teraz na myśl o swoim własnym ciele aż płonie ze wstydu.

Rzecz druga – Michcia cierpi, jak cierpi każda kobieta, która rodzi. A to, co dzieje się w jej głowie, opisuje Janosch za pomocą nader udanych analogii. Oto bowiem dziewczyna rozgląda się po izbie, w której siedzi, i dostrzega na ścianie obraz innej cierpiącej kobiety – świętej Marii Magdaleny. Tyle że Maria Magdalena ukazana jest w stanie łaski uświęcającej, gdyż – jak tłumaczy to sobie Michcia – jej wzrok skierowany jest ku niebu. Na twarzy świętej rysuje się cierpienie. I to jest moment niemal oświecenia – bo oto Michcia od razu się z nią utożsamia. I niewiele jej trzeba, aby owo piękno, wywiedzione z cierpienia, przenieść także na samą siebie. I tak oto cierpiąca Michcia staje się we własnych oczach niczym owa święta kobieta z obrazu. Bardzo blisko już jej do nieba – cierpi tak pięknie, że aż wpada w samozachwyt. Pewnie też sama chciałaby znaleźć się na takim obrazie, pewnie marzy jej się, żeby uwieczniono ją z podobnym wyrazem twarzy – natchnionym i cierpiącym.

Penitent Magdalene. Foto: Tycjan – The Yorck Project (2002) 10.000 Meisterwerke der Malerei (DVD-ROM), distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH

Janosch jest w tej scenie wybornym psychologiem. A zjawisko, które tu zilustrował, doskonale opisała inna wyborna psycholożka – Natalia de Barbaro. Zachowanie Michci jest bowiem rodzajem męczeństwa, połączonego dodatkowo z dużą dawką narcyzmu. Polska psycholożka w poczytnej książce pt. „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie” wyróżnia różne typy kobiet, w tym m.in. Potulną, Królową Śniegu oraz Męczennicę – kobietę, która cierpi dosłownie i przenośnie, na różnorakie sposoby. Zaharowuje się na śmierć, pracując zawodowo, do tego opiekuje się dziećmi, mężem, domem, kuchnią, może dziadkiem i babcią, i wszystkimi wokół, ale nie sobą. Zaopiekowanie się samą sobą nie jest czymś godnym – nie godzi się zaopiekować sobą, bo cierpiętnica musi cierpieć, a najlepiej, jeśli wszyscy to docenią i zobaczą. Jakże pięknie jest cierpieć, jakże wzniośle jest cierpieć – jak blisko jest się wtedy nieba.

Tyle że męczennica jest przez to bardzo nieszczęśliwą kobietą, bo syci się – w narcystycznym sensie – tym, co widzi w oczach innych: podziwem dla niezłomnego cierpienia, trwania, dawania rady mimo przeciwności i ciosów. Syci się tym wszystkim, wymazując samą siebie. Czy tak dzieje się też z Michcią? Myślę, że – niestety – tak. Bo Michcia powtarza później bezrefleksyjnie te wszystkie zachowania i wzorce, które wyniosła z domu. Jest okrutna dla własnego dziecka, dba przede wszystkim o zachowanie pozorów i nie zawiązuje z nikim żadnej bliskiej relacji. Mąż zdradza ją i bije, i choć w sensie materialnym żyje im się coraz lepiej, to ich życie wygląda niczym wydmuszka, którą przewrócić może ledwie podmuch wiatru.

Czy to typowa śląska postawa? Czy to typowa śląska rodzina? Czy to typowa śląska kobieta? Oczywiście, że nie – powie ktoś – bo przecież na Śląsku od dawna panuje matriarchat i śląskie kobiety są dumne i silne. A cierpienie Michci to właśnie jej siła. Czy aby na pewno? A może to po prostu siła stereotypu? Na to pytanie czytelnicy Janoscha muszą odpowiedzieć sobie sami. Bo na tym właśnie polega siła dobrej literatury.

Między ogrodem a stołem. Opowieść z Pałacu Kamieniec
Poprzedni artykuł

Między ogrodem a stołem. Opowieść z Pałacu Kamieniec

Słowo na niedzielę wikariusza biskupiego dr Petera Tarlinskiego
Następny artykuł

Słowo na niedzielę wikariusza biskupiego dr Petera Tarlinskiego