Moja przyjaciółka z dzieciństwa wychowana była w kulcie zbieractwa. Nie wiedziałam o tym oczywiście wtedy. Po prostu fajnie było iść z nią do lasu, zrywać konwalie albo zbierać truskawki u rolnika (czwarty koszyk można było zabrać do domu) albo szukać kani na łące. Swoją drogą, to fascynujące, jak niektóre zupełnie pierwotne ludzkie umiejętności torują sobie drogę przez pokolenia – od przeszłości po czasy współczesne. Nawet dziś, gdy wszystko można kupić, spotykam w lesie starsze panie zbierające chrust na podpałkę. Zbieranie mamy we krwi, niektórzy bardziej niż inni. Jak moja przyjaciółka właśnie.
Faktem bowiem było, że miała ona pełno „swoich miejsc”, które skrywały jakieś materialne, organiczne dobra, możliwe do zdobycia zupełnie (lub prawie) za darmo. Trzeba było tylko dokładnie wiedzieć, gdzie i o jakiej porze roku ich szukać. A moja kompanka tę tajemną wiedzę posiadała. I to już w wieku dziesięciu lat.
Pod koniec marca udawałyśmy się więc we dwie nad rzekę. Tuż nad spokojnym nurtem Małej Panwi, schowane za dwiema starymi wierzbami, znajdowało się kolejne magiczne miejsce. Rosły tam pierwsze wiosenne fiołki – obłędnie pachnące i obłędnie fioletowe. Ametystowe poletko, o którym wiedziałyśmy tylko my. A właściwie wiedziała moja przyjaciółka.
Fiołki z zasady nie są kwiatami bukietowymi, to rzecz powszechnie znana. Mimo to zrywałyśmy ich pełno, dzieliłyśmy na małe pęczki, a potem w domu wstawiałyśmy do kieliszków na wódkę. Wspaniałe były to bukieciki, a ich zapach został ze mną na zawsze.

Foto: Anna Durecka
Kiedy sprzątałam wczoraj w ogródku, pierwszy raz tej wiosny poczułam zapach fiołków. A dopiero potem je zauważyłam: małe, fioletowe poletko bezwstydnie rozsiadło się na środku trawnika. Instynktownie chciałam iść i narwać bukiecik, ale szkoda mi się zrobiło tej naturalnej ozdoby mojego podwórka.
Może powinnam iść w świat i szukać „swoich miejsc”, gdzie można zbierać do oporu kwiaty, owoce i inne skarby natury. Niektóre potrzeby są starsze niż my sami. Czasem wystarczy zapach fiołków, by o tym przypomnieć.