Żelazne gody Benedykta i Grety Reschke

27 czerwca 2025 Historia

Nie mogliśmy tego zmarnować

Żelazne gody, czyli 65. rocznicę ślubu świętowali Bendykt i Greta Reszke z Gdyni. Już to, że udało im się razem przeżyć w dobrym zdrowiu 65 lat dochowując się trojga dzieci, 7 wnuków i 7 prawnuków – to w dzisiejszych czasach rzadkość, rzecz godna podziwu. Ale nie za ten „wyczyn” Reszkowie są znani w Gdyni, na Pomorzu, a nawet – w Polsce i Niemczech.

Miłość przez całe życie – razem od 65 lat

Uroczystość jubileuszowa obyła się 21 czerwca w Borowym Młynie – rodzinnej wsi Benedykta. Najpierw w miejscowym kościele, a potem w gospodarstwie agroturystycznym. Wyglądała jak prawdziwe wesele. Uczestniczyło w niej 70 gości. Zjechała cała rodzina, bliżsi i dalsi znajomi oraz oficjalni goście. Tego dnia bowiem Benedykt Reschke otrzymał medal „Za zasługi na rzecz pojednania Polsko-niemieckiego” przyznany mu przez marszałka województwa pomorskiego. I to właśnie z tego powodu on i Greta są znani i doceniani.

To, że przez całe życie pracowali na rzecz pojednania – to skutek miejsca ich urodzenia. Oboje są Kaszubami z rodzin niemieckich. Rodzina Reschków po I wojnie światowej znalazła się w Polsce, a granica państwowa biegła miedzą przy ich polu. Tata Grety Mühl w latach 30. XX wieku, kiedy budowała się Gdynia, dostał w stoczni dobrą pracę i w niej pozostał także po wojnie. Mieszkali więc w Polsce, ale nie czuli się Polakami, co na Kaszubach nie budziło i nie budzi zdziwienia. Oboje skończyli licea pedagogiczne. Poznali się przez siostrę Benedykta mieszkającą wtedy w Gdyni na gwiazdkę 1959 r. Zaiskrzyło od razu. W maju 1960 r. był ślub, a 10 miesięcy później urodziła się pierwsza córka – Alicja. Młodzi zamieszkali w domku u mamy Grety, która wtedy była już wdową.

– Teściową miałem wspaniałą, mądrą i pomocną. Zawsze dobrze się z nią rozumiałem – wspomina Benedykt.

Oboje z czasem podwyższyli kwalifikacje nauczycielskie i przeszli do pracy w liceum nr 4 w Gdyni. Tam pod koniec lat 80. zastała ich emerytura. W ich przepadku to czas dużej aktywności w Związku Ludności Niemieckiej w Gdyni, ale nie tylko.

Zaangażowanie na rzecz porozumienia i pamięci

-Pierwszą pracę dostałem w Przytocku na Pomorzu w 1958 t. Tam dowiedziałem się, że jeszcze w poprzednim roku to była szkoła niemiecka. Bardzo mnie to zainteresowało, więc zacząłem badać: Jak to jest, że Polsce, w której język niemiecki był zakazany, istnieją jednak niemieckie szkoły – wspomina Benedykt.

Skutek tych zainteresowań jest taki, że napisał o tym kilka książek. Bo tych szkół na Pomorzu Zachodnim było 70 i działały i w czasach stalinowskiej, i za Gomułki.

Ze Związkiem Ludności Niemieckiej w Gdynia było tak: najpierw powstała organizacja niemiecka w Gdańsku. Gdynianie, w tym Benedykt i Greta, jeździli na spotkania do Gdańska.

– W 1995 r. postanowiliśmy już nie jeździć i założyć własną organizację. W lutym 1996 r. założyliśmy nasz związek. Ja zostałem przewodniczącym i jestem nim do dzisiaj – opowiada dalej.

65 lat miłości, oddania i pojednania – dorobek życia, który łączy ludzi i narody.

Niemal od początku swego istnienia gdyński związek zaczął przypominać wszystkim, nie tylko swym członkom, o największej tragedii morskiej wszech czasów – zatopieniu przez rosyjski statek podwody wycieczkowca „Wilhelm Gustloff” w styczniu 1945 r.. Uciekały nim z Pomorza i Prus Wschodnich tysiące ludzi. Było to pierwsze upamiętnię tej tragedii w Polsce i być może na świecie. Bo w Niemczech raczej nikt się na to nie zdobył. Od czego to się zaczęło?

– Zaczęło się już w 1952 r. kiedy to wujek żony opowiedział mi o tej tragedii w tajemnicy. Bardzo się tym przejąłem zacząłem się interesować i dowiedziałem się, że Rosjanie zatopili jeszcze dwa inne statki z uchodźcami – „Steubena” i „Goyę”. Dopiero po upadku komuny można było o tym mówić oficjalnie. Zaczęliśmy więc od nabożeństwa za ofiary z Gustloffa”, ale potem dołączyliśmy ofiary z pozostałych statków we współpracy z kościołem morskim w Gdyni. I tak jest do dzisiaj. Teraz w naszej uroczystości bierze udział nawet sama prezydent Gdyni – Aleksandra Kosiorek. Dużo się teraz o tym pisze i mówi. Żona bardzo się tym przejmuje i angażuje. Co roku pisze wiersz związany z tą tragedią – wspomina dalej.

Ale Benedykt nie zapomina także o rodzinnej wsi – Borowym Młynie. Nie stracił z nią kontaktu. Pisze książki o historii swej małej ojczyzny n- Gochach. Szkoła często zaprasza go na spotkania z młodzieżą. I chętnie z tych zaproszeń korzysta.

Razem silniejsi

Jak to się stało, że razem przeżyli 65 lat, ale nie tylko przeżyli, ale dali ludziom dużo od siebie?

– Mamy podobne pochodzenie, podobne zainteresowania i podobny poziom wrażliwości społecznej. I to nas najbardziej łączy. Zdarzało się nam mieć odmienne zdanie, ale zawsze dążyliśmy do porozumienia i to cała tajemnica. A ponieważ Pan Bóg obdarzył nas zdrowiem – to nie mogliśmy tego wszystkiego zmarnować – podsumowuje Benedykt Reschke.

Niemcy wyżej w rankingu konkurencyjności
Poprzedni post

Niemcy wyżej w rankingu konkurencyjności

Książki:”Szczedrzyk”
Następny post

Książki:”Szczedrzyk”

Reklama

Schlesien Journal