Między gestami a gestykulacją
Gdy w lutym 2025 roku nowo zaprzysiężony kanclerz Friedrich Merz wybrał Warszawę jako cel swojej pierwszej zagranicznej wizyty, wielu komentatorów mówiło o historycznym geście. Premier Donald Tusk ogłosił „nowe otwarcie” w relacjach z Niemcami. Polsko-niemieckie media prześcigały się w optymistycznych prognozach. Rok później bilans tego „otwarcia” wygląda mizernie. Niemieccy politycy nadal wyciągają rękę, polska opinia publiczna coraz wyraźniej odwraca wzrok, a słowo „reparacje” powróciło do debaty publicznej jak bumerang, który nikt nie chciał łapać, ale który i tak wrócił. Co poszło nie tak? I co ważniejsze, czy w ogóle można było tego uniknąć?
Kiedy gesty przestają wystarczać
Problem z „nowym otwarciem” polegał na tym, że miało ono być właśnie otwarciem, symbolicznym aktem woli, gestem dobrej woli, który sam w sobie miał stworzyć nową jakość. To myślenie charakterystyczne dla paradygmatu pojednania, który ukształtował polsko-niemieckie relacje po 1989 roku. W tamtej logice historia była ciężarem do stopniowego „rozbrajania”, a symboliczne gesty, jak klęknięcie Willy’ego Brandta (1970), „Msza Pojednania” (1989), przemówienia o wspólnych interesach, losie, wartościach i dążeniach, miały moc sprawczą. Działały, bo odnosiły się do autentycznego doświadczenia przełomu, do głodu normalności po dekadach podziału.
Dziś ta logika nie działa. Nie dlatego, że gesty są nieautentyczne lub źle pomyślane. Problem leży głębiej, zmienił się kontekst, w którym są one odbierane. Dla pokolenia, które pamięta przełom lat 80. i 90., „nowe otwarcie” brzmi jak obietnica powrotu do tego, co znane i sprawdzone. Dla młodszych pokoleń, tych, które nie pamiętają podziału Europy i traktują integrację europejską jako coś naturalnego, a nie wywalczonego, taka retoryka brzmi jak powtórka z podręcznika historii. Nie odpowiada na ich pytania o bezpieczeństwo, stabilność, pewność jutra w świecie, który nagle stał się nieprzewidywalny.
Wizyta Merza w Warszawie mogła być gestem, ale gestem pozostała. Nie przełożyła się na zmianę tonu debaty publicznej, nie zatrzymała narastającej fali antyniemieckiej retoryki, nie zbudowała mechanizmów, które pozwoliłyby zarządzać nieuniknionymi konfliktami. Stała się raczej, używając brutalnie dosadnego porównania, gestykulacją: ruchem, który coś sygnalizuje, ale niczego nie zmienia. Projekty takie jak Pomnik Polskich Ofiar w Berlinie, Dom Niemiecko-Polski czy wspólny podręcznik do historii (Europa. Nasza historia) pozostają ważnymi elementami krajobrazu relacji, lecz nie są w stanie zastąpić instrumentów pozwalających zarządzać ich strukturalną asymetrią i nieuniknionymi konfliktami.
Asymetria, której nie chcemy nazwać
Jednym z głównych powodów, dla których „nowe otwarcie” nie nastąpiło, jest asymetria relacji polsko-niemieckich, o której mówimy zbyt mało lub w ogóle niewłaściwie. Asymetria ta ma wiele wymiarów: ekonomiczny (Niemcy są około dwukrotnie większe gospodarczo), geopolityczny (Berlin ma większą swobodę manewru w polityce zagranicznej), wreszcie historyczny i pamięciowy. To ostatnie jest szczególnie bolesne, bo dotyka nerwu tożsamości. Polska i Niemcy pamiętają II wojnę światową radykalnie inaczej. Dla Polski było to doświadczenie totalnej okupacji, zniszczenia struktur państwowych, masowej przemocy wobec ludności cywilnej oraz utraty niepodległości na dekady. Dla Niemiec – doświadczenie winy, odpowiedzialności, konieczności rozliczenia z własną przeszłością, ale także traumy wypędzeń i podziału kraju.

Profesor Krzysztof Ruchniewicz
Foto: Chris Archileos/wikipedia
Te doświadczenia nie są porównywalne w sensie moralnym, ale są asymetryczne w sensie strukturalnym. I to powoduje, że kiedy mówimy o przeszłości, mówimy o czym innym, nawet jeśli używamy tych samych słów. W paradygmacie pojednania zakładano, że tę asymetrię można stopniowo przezwyciężyć poprzez dialog, edukację, wspólne projekty pamięci. Dziś wiemy, że to założenie było nazbyt optymistyczne. Asymetria jest trwała. Nie zniknie, bo wynika z samej struktury doświadczeń historycznych, które ukształtowały oba narody. Pytanie brzmi, czy możemy nauczyć się z nią żyć, zamiast udawać, że jej nie ma.
Kryzys migracyjny jako papierek lakmusowy
Najlepszym dowodem na to, jak kruche są fundamenty „nowego otwarcia”, był kryzys wokół niemieckich kontroli granicznych. Berlin, pod presją wewnętrzną, zdecydował o zaostrzeniu kontroli dla osób ubiegających się o azyl. Polska zareagowała nerwowo, wprowadzając własne kontrole, a w mediach społecznościowych zaczęła dominować narracja o „masowych deportacjach” uchodźców do Polski.
Warto zatrzymać się przy tym incydencie, bo pokazuje on coś istotnego: w momencie, gdy pojawiły się realne różnice interesów, symbolika „nowego otwarcia” okazała się bezradna. Nie było żadnych mechanizmów, procedur, formatów konsultacyjnych, które pozwoliłyby zarządzać tym sporem. Została tylko retoryka, a retoryka, pozbawiona instytucjonalnego wsparcia, szybko zamieniła się we wzajemne oskarżenia.
Niemcy nadal wyciągają rękę. Polska nadal patrzy z nieufnością. Być może jednak problem nie polega na tym, że jedna strona nie odpowiada na gest drugiej. Być może problem w tym, że wciąż czekamy na gesty, zamiast budować mechanizmy.
Co więcej, Donald Tusk – który miał być gwarantem „nowego otwarcia” – sam zaczął posługiwać się językiem kojarzonym z jego politycznymi oponentami. Grudniowa wypowiedź o reparacjach, w której podkreślał, że „naród polski nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia”, stała w jaskrawej sprzeczności z jego wcześniejszym stanowiskiem z lutego 2024 roku, gdy mówił, że „w sensie formalnym, prawnym, międzynarodowym kwestia reparacji została zamknięta wiele lat temu”. Ta zmiana nie była przypadkowa. Była dostosowaniem do presji wewnętrznej, sygnałem, że w sytuacji konfliktu polityka wewnętrzna bierze górę nad strategią zagraniczną.
Reparacje: konflikt, którego nie da się rozwiązać
Sprawa reparacji to być może najlepszy przykład tego, czego nie rozumiemy w polsko-niemieckich relacjach. Traktujemy ją jak problem do rozwiązania, podczas gdy jest ona konfliktem strukturalnie nierozwiązywalnym. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego kwestia jest zamknięta. Z perspektywy pamięci zbiorowej i moralnego poczucia sprawiedliwości pozostaje otwarta.
Żadna kwota, żaden gest, żadna rezolucja nie zamknie tego sporu, bo on nie dotyczy pieniędzy. Dotyczy uznania asymetrii doświadczeń i faktu, że żadne „zadośćuczynienie” nie będzie wystarczające w oczach tych, którzy pamiętają lub noszą pamięć pokoleń. W paradygmacie pojednania zakładano, że dialog i symboliczne gesty stopniowo wygaszą ten konflikt. Nie wygasły. Zamiast tego powraca on cyklicznie, za każdym razem z większą intensywnością, frustrując obie strony.
Niemcy czują się oskarżani o coś, za co już przeprosili i za co, ich zdaniem, ponieśli odpowiedzialność. Polacy czują, że ich ból nie został uznany, a pamięć ofiar jest instrumentalizowana politycznie.
Czy można inaczej? Tak, ale wymaga to radykalnej zmiany podejścia. Zamiast dążyć do „rozwiązania” problemu reparacji, należy go zarządzać. Uznać jego trwałość. Stworzyć mechanizmy, które ograniczą jego destabilizujący wpływ na inne obszary współpracy. Oddzielić konflikty symboliczne od współpracy strategicznej. Wspierać ostatnich żyjących ofiar nazizmu i niemieckiej okupacji, nie jako „gest wobec Polski”, ale jako akt elementarnej sprawiedliwości wobec konkretnych ludzi. To nie będzie satysfakcjonujące dla nikogo, ale będzie uczciwe i pozwoli funkcjonować relacjom, które dziś są zakładnikiem sporu, którego nikt nie wygra.
Społeczeństwa „pomiędzy” – zapomniany kapitał relacji
Istnieje wymiar polsko-niemieckich relacji, o którym wspomina się coraz rzadziej, choć może on pełnić funkcję swoistego sejsmografu napięć: Polacy w Niemczech i mniejszość niemiecka w Polsce. W paradygmacie pojednania grupy te postrzegane były jako żywy dowód sukcesu normalizacji, symbole przezwyciężenia historycznych podziałów, „mosty” między narodami.
Dziś obie grupy znalazły się w dziwnej sytuacji: są widoczne statystycznie, ale niewidoczne narracyjnie. Nie funkcjonują już jako podmioty debaty o relacjach bilateralnych, lecz raczej jako jej przedmiot, przywoływane wybiórczo, gdy akurat potrzebny jest argument polityczny. To wyraźna zmiana. Oznacza utratę funkcji, jaką te grupy pełniły w poprzednim paradygmacie. Ale nie oznacza, że przestały być ważne.
Przeciwnie – w warunkach rosnących napięć społeczeństwa „pomiędzy” stają się szczególnie wrażliwymi wskaźnikami zmian klimatu relacji. To właśnie one jako pierwsze doświadczają skutków polaryzacji, instrumentalizacji symbolicznej, wzrostu nastrojów nacjonalistycznych. W ich codziennym życiu – w szkołach, miejscach pracy, w kontaktach z urzędami – ujawniają się napięcia, które na poziomie państwowym pozostają jeszcze w sferze retoryki.
Z analitycznego punktu widzenia obecność tych grup przypomina, że relacje polsko-niemieckie to nie tylko dyplomacja i wielka polityka, lecz również miliony konkretnych ludzkich doświadczeń. Doświadczeń niejednoznacznych, czasem sprzecznych, niepasujących do prostych narracji o „przyjaźni” czy „kryzysie”. W nowym paradygmacie powinny one zyskać inną formę obecności, nie jako dowód sukcesu pojednania, ale jako źródło wiedzy o rzeczywistej dynamice relacji, o tym, jak napięcia na poziomie politycznym przekładają się na życie ludzi.
Partnerstwo mimo konfliktu, a nie dzięki jego brakowi
Jeśli miałbym wskazać największy błąd myślenia o polsko-niemieckich relacjach, byłby to Mit Harmonii. Przekonanie, że relacje są „dobre” tylko wtedy, gdy nie ma konfliktów, a każdy spór świadczy o ich „kryzysie”. To myślenie z epoki, która zakładała, że historia da się „zamknąć” i że Europa weszła w erę trwałego pokoju.
Dziś wiemy, że tak nie jest. Wojna wróciła do Europy. Niepewność strategiczna stała się naszym codziennym doświadczeniem. W takich warunkach relacje międzypaństwowe nie mogą opierać się na założeniu braku konfliktów. Muszą opierać się na zdolności do współpracy mimo konfliktów. To właśnie nazywam partnerstwem odpowiedzialności asymetrycznej.
To nie jest piękna nazwa. Nie brzmi jak „nowe otwarcie” czy „pojednanie”. Ale opisuje coś realnego: relację, w której:
asymetria doświadczeń, pamięci i interesów jest uznana, a nie maskowana,
konflikty są normalne, a nie traktowane jako anomalia wymagająca natychmiastowego „leczenia”,
współpraca odbywa się na poziomie funkcjonalnym (bezpieczeństwo, gospodarka, infrastruktura), a nie wyłącznie symbolicznym,
historia nie znika, ale zmienia funkcję: z narzędzia mobilizacji politycznej staje się przedmiotem analizy długiego trwania,
odpowiedzialność oznacza zarządzanie konsekwencjami własnych działań, a nie dążenie do konsensu za wszelką cenę.
Rok 2025: stracona szansa czy lekcja realizmu?
Czy rok 2025 był porażką? Zależy, czego się spodziewaliśmy. Jeśli wierzono, że symboliczny gest kanclerza Merza i deklaracja premiera Tuska wystarczą, by zmienić logikę relacji, to tak, była to porażka. Ale jeśli potraktujemy ten rok jako lekcję realizmu, obraz wygląda inaczej. Pokazał on, że stary paradygmat się wyczerpał. Że gesty bez mechanizmów instytucjonalnych są puste. Że asymetria doświadczeń nie znika, nawet gdy przestajemy o niej mówić. I że młode pokolenia potrzebują innego języka niż ten, którym posługiwały się generacje pamiętające przełom.
Niemcy nadal wyciągają rękę. Polska nadal patrzy z nieufnością. Być może jednak problem nie polega na tym, że jedna strona nie odpowiada na gest drugiej. Być może problem w tym, że wciąż czekamy na gesty, zamiast budować mechanizmy. Partnerstwo odpowiedzialności asymetrycznej nie jest obietnicą szczęśliwego zakończenia. To propozycja stabilnego współistnienia w warunkach trwałej niepewności. Brzmi mniej atrakcyjnie niż „nowe otwarcie”, ale ma jedną zasadniczą zaletę: jest uczciwe.
I może właśnie dlatego, paradoksalnie, ma szansę zadziałać.
Profesor Krzysztof Ruchniewicz
Tekst powstał w odpowiedzi na komentarz redaktora Krzysztofa Świerca: