Zupa mojego serca

22 listopada 2025 Kolumne , Kultura/Edukacja

Glosa

Ramen, pho, minestrone czy bouillabaisse – media nie pozwalają nam zapomnieć, że jesień to sezon na zupy. Ale po co zachwycać się cudzymi wynalazkami, skoro na Górnym Śląsku mamy zupę absolutnie najwyższej klasy? Tak, trzeba to powiedzieć głośno: najlepszą jesienną zupą jest śląski Ajntopf!

Nie zachwyca wyglądem, nie przypomina nawet klasycznej zupy, bo jest tak gęsty. Ale na Boga! Kto po śląskim Ajntopfie nie jest najedzony, ten kłamie bezczelnie!

Nie zachwyca wyglądem, nie przypomina nawet klasycznej zupy, bo jest tak gęsty. Ale na Boga! Kto po śląskim Ajntopfie nie czuje się syty, ten kłamie bezczelnie… albo ma jakieś zaburzenia odżywania.

Czy jako dziecko lubiłam ominy Ajntopf? Oczywiście, że nie. Czy dziś tęsknię za nim z nostalgią? Oczywiście, że tak. Bo sekret śląskiego Ajntopfu polega na tym, że nigdy nie było nań jednego przepisu – i pewnie nigdy nie będzie.

Foto: Alex Bayev/Unsplash

Oma po prostu wrzucała do garnka wszystko, co znalazła w spiżarni: kilka zwiędłych marchewek, ziemniaki, pietruszkę (liście albo korzeń), parę liści kapusty, jeśli akurat były pod ręką, pół selera, czasem kalafior. Warzywa pływały w gęstym rosole, ugotowanym na kurze, doprawionym dużą ilością śmietany. Co tam jeszcze pływało? Wolałabym nie pytać.

Ajntopf bulgotał sobie godzinami na ciepłej płycie. Po wyłączeniu pieca pokrywał się niebyt apetycznym kożuchem z zimnej śmietany. Ale w tym właśnie tkwiła ajntopfowa magia: można go było zawsze podgrzać i napełnić puste żołądki. A po gorącej łyżce Ajntopfu świat od razu wydawał się lepszy.

Ajntopf był i jest domem – zupą mojego serca.

Religijność, cielesność i codzienność
Poprzedni post

Religijność, cielesność i codzienność

Tak wygląda wdzięczność
Następny post

Tak wygląda wdzięczność

Reklama

Schlesien Journal