Silna, dumna, pewna siebie

19 października 2025 Polityka

Wywiad Wochenblattu z Zuzanna Donath-Kasiura

Zuzanna Donath-Kasiura jest wicemarszałkiem województwa opolskiego od 2021 roku i od wielu lat związana jest z Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym Niemców na Śląsku Opolskim. Rozmawia z Anną Durecką o potrzebie równowagi płci w życiu publicznym, wyzwaniach, przed którymi stoją kobiety należące do mniejszości niemieckiej, oraz o swojej drodze do akceptacji i pielęgnowania wielowymiarowej tożsamości – niemieckiej, polskiej i śląskiej.

Czy trudno jest być politykiem, zwłaszcza będąc kobietą należącą do mniejszości niemieckiej?

Dla mnie to zupełnie naturalna sytuacja, ponieważ zawsze należałam do mniejszości niemieckiej i od dawna pracuję w środowisku zdominowanym przez mężczyzn. Oczywiście nie oznacza to, że nie wiąże się to z pewnymi wyzwaniami.

Przypuszczam, że częściowo dotyczy to współpracy z mężczyznami.

Cóż, myślę, że przede wszystkim mężczyzn w polityce trzeba nauczyć, że kobiety są tam potrzebne nie tylko dlatego, że muszą spełniać parytety, z powodu unijnych przepisów czy oczekiwań społecznych, lecz dlatego, że pozwalają nam kształtować świat, w którym żyjemy, prościej i lepiej. Ta różnica we wrażliwości między kobietami a mężczyznami jest faktem. Uważam ją za szczególnie ważną w polityce, ponieważ planujemy tam pewne działania i w pewnym sensie kształtujemy świat dla wszystkich innych – i robimy to nieco inaczej.

„Chciałabym, aby każdy członek mniejszości niemieckiej mógł świadomie i z dumą powiedzieć: ‚Tak, należę do mniejszości niemieckiej; to część mojej tożsamości’”.

Jeśli wśród tych, którzy wpływają na to, jak będzie wyglądał ten świat, znajdą się zarówno kobiety, jak i mężczyźni, będzie to korzystne dla obu płci, dla osób o różnej wrażliwości i różnych perspektywach. Jeśli pozostawimy tę kwestię mężczyznom, wiele potrzeb pozostanie niezaspokojonych – nie dlatego, że nie chcą, ale dlatego, że po prostu nie zdają sobie sprawy z tego, czego potrzebują kobiety.

Dlatego jestem wielką zwolenniczką – być może nie idealnej równowagi, bo to niemożliwe – ale rzeczywistej obecności pierwiastka żeńskiego i męskiego we wszystkich dziedzinach życia.

Jak to wygląda w naszym regionie?

Myślę, że sytuacja zdecydowanie zmienia się na lepsze. Jest to szczególnie widoczne na obszarach wiejskich. Kobiety, które 30 lat temu pełniły głównie funkcje służebne, czuły się zobowiązane do organizowania wszystkiego, ale nie do podejmowania decyzji, teraz same przejęły stery. Są liderkami wsi, prowadzą organizacje pozarządowe i wykonują świetną pracę – i widać, jak w rezultacie nasze wsie i lokalne społeczności rozwijają się pozytywnie. Bo nie chodzi tylko o przestrzeń, lecz o ludzi, którzy ją kształtują. Społeczności wiejskie są naprawdę doskonałym przykładem tego, jak możemy wspólnie się rozwijać i pomagać sobie nawzajem.

Im wyżej w polityce, tym mniej kobiet. Czy to dlatego, że wielka polityka daje mniej możliwości działania? I czy kobiety cenią sobie konkretne rezultaty tu i teraz?

Myślę, że z jednej strony wynika to z faktu, że kobiety często nie są traktowane jak równoprawni partnerzy. Z drugiej strony problem leży w samych kobietach. W większości związków partnerskich i rodzin to one odpowiadają za całą organizację życia rodzinnego. Ponadto pełnią funkcje społeczne i robią karierę. Wiele kobiet nie chce poświęcać wszystkiego dla jednej dziedziny życia.

Wicemarszałkini Opolszczyzny Zuzanna Donath-Kasiura w wywiadzie opowiada o równowadze płci, poszukiwaniu tożsamości i perspektywach na przyszłość.
Foto: Tomasz Chabior

W bardziej konserwatywnym środowisku, takim jak mniejszość niemiecka, jest to prawdopodobnie jeszcze bardziej widoczne?

Tak. Naszym kobietom jeszcze trudniej jest oddzielić się od rodziny i domu. Jest jeszcze inny aspekt: ​​nie zawsze znajdują zrozumienie u swoich partnerów. Mam wspaniałego męża, który wspiera mnie we wszystkim, ale znam też inne sytuacje. Wspaniałe kobiety, które, zanim zgłoszą swoją kandydaturę do rady gminy, mówią: „Dobrze, muszę zapytać męża”. Nie „porozmawiać z mężem”, ale „muszę go zapytać”. To oznacza brak partnerstwa. Bo jeśli poproszę kogoś o pozwolenie, staję się zależna.

Czy uważa Pani zatem, że kobiety należące do mniejszości nie są wystarczająco wyemancypowane?

To bardzo mocna teza. Powiedziałabym raczej: kobiety należące do mniejszości mogłyby bardziej w siebie wierzyć. Jesteśmy silne, mądre, nasz głos ma znaczenie. Ale nie można nikogo zmusić do podjęcia pewnych kroków. To musi pochodzić z nas – z przekonania, że ​​nasze działania są dobre nie tylko dla nas samych, lecz i dla innych.

Czy to kwestia pokoleniowa? Ma Pani dorosłą córkę. Czy ona bardziej priorytetowo traktuje swoje potrzeby?

Oczywiście. Ale to od nas zależy, jak wychowamy nasze dzieci, jak będziemy rozmawiać z naszymi córkami. Nikt za nas tego nie zrobi.

A jak powinniśmy z nimi rozmawiać?

W duchu partnerstwa. Słuchanie, rozmowa, a czasem również dostrzeżenie, że to nie my, lecz one mają rację. To nie jest łatwe. Ale jeśli coś ma się zmienić, my też musimy się czegoś nauczyć. Widzę, jak się zmieniłam, jak zmienił się mój mąż, jak razem się rozwinęliśmy.

Czyli partnerstwo powinno dotyczyć nie tylko kobiet i mężczyzn, lecz także pokoleń?

Tak, zdecydowanie. Myślę, że wiele zależy od nas samych.

Jako członkini mniejszości niemieckiej, czego życzyłaby Pani mniejszości na przyszłość?

Przede wszystkim potrzebujemy pewności siebie. Chciałabym, aby każdy członek mniejszości niemieckiej mógł świadomie i z dumą powiedzieć: „Tak, należę do mniejszości niemieckiej; to część mojej tożsamości”.

Czy uważa Pani, że jeszcze tego nie potrafimy?

Myślę, że wiele osób wciąż się wstydzi. Dla mnie przynależność do mniejszości niemieckiej jest ważną częścią mojej tożsamości, ale zawsze podkreślam, że kultura polska, kultura śląska i wszystkie zmiany wokół mnie również są jej częścią.

Wicemarszałkini Opolszczyzny Zuzanna Donath-Kasiura w wywiadzie opowiada o równowadze płci, poszukiwaniu tożsamości i perspektywach na przyszłość.
Foto: Tomasz Chabior

Czyli dla Pani tożsamość nie jest czymś stałym, lecz czymś, co się rozwija?

Tak. Tożsamość oznacza świadomość tego, kim jestem. A to, kim jestem, w dużej mierze zależy od moich doświadczeń, mojej wiedzy, ale także od moich relacji.

Jak to się u Pani rozwinęło? Urodziła się Pani i wychowała w Głogówku.

Urodziłam się w Głogówku, a pierwsze siedem lat życia spędziłam w Kędzierzynie.

Mówiąc po polsku, niemiecku, po śląsku?

Po polsku. Moi rodzice próbowali rozmawiać po niemiecku z moim bratem, ale nie odważyli się mówić po niemiecku ze mną. Dorastałam więc w polskojęzycznym świecie, ale jednocześnie uczono mnie: Nie jesteś Polką.

Czy to było dla Pani trudne?

Oczywiście. Jak miałam zrozumieć, że moja babcia to nie babcia, tylko oma? Albo że w szkole uczyłam się: „Kto ty jesteś? Polak mały”, a w domu słyszałam: „Wcale nie jesteś Polką”. To było trudne, zwłaszcza że nikt mi tego nie tłumaczył. To był po prostu fakt.

I musiała Pani to zaakceptować.

Tak, musiałam to zaakceptować, bez dyskusji, bo dzieci po prostu nie miały wtedy nic do powiedzenia. To było trudne. Część rodziny mówiła po śląsku; rozumiałam to biernie, ale nie mówiłam.

Jak dojrzała Pani do swojej „niemieckiej strony”?

Wraz ze zmianami politycznymi – miałam wówczas 19 lat. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nikt wcześniej nie mówił do mnie po niemiecku. W międzyczasie dowiedziałam się, że było to niedozwolone. Kiedy powstało Towarzystwo Mniejszości Niemieckiej, nie wahałam się ani chwili, aby do niego dołączyć. Zaczęłam uczyć się niemieckiego w trakcie studiów.

Gdzie widzi Pani swoją przyszłość – tutaj czy gdzie indziej?

Myślę, że właśnie tutaj mogę zrobić wiele dobrego – dla ludzi, którzy mieszkają w naszym regionie, dla samego regionu. Mogę też wpływać na życie mniejszości, choć inaczej niż wcześniej, gdy byłam sekretarzem TSKN. Ale wpływ na konkretne działania jest znaczący.

A tego, czego wszyscy tu potrzebujemy, to więcej wzajemnego zrozumienia. Tego wciąż brakuje. Choć jesteśmy społeczeństwem otwartym, często brakuje nam wrażliwości i głębszego zrozumienia tego, co się wydarzyło, aby lepiej żyć razem.

Historia powojenna nie została rozliczona – wciąż jest w nas, w społeczeństwie większościowym, w ludziach, którzy identyfikują się jako Ślązacy, i w tych, którzy przyjechali do nas z innych części Polski.

Czy to jest Pani najważniejszy cel – budowanie porozumienia? Niektórzy chcą stworzyć coś bardzo konkretnego, na przykład wznieść jakiś budynek.

Myślę, że najważniejszą inwestycją jest inwestowanie w ludzi. Możemy zbudować wiele budynków, ale jeśli zabraknie ludzi, którzy się rozumieją i chcą ze sobą współpracować, nie przyniesie nam to żadnych korzyści.

Co zatem musimy zrobić, aby nasze społeczeństwo w regionie podążało właściwą drogą?

Zrozumieć i zaakceptować siebie oraz podchodzić do innych z szacunkiem i otwartością. Jako mniejszość musimy odłożyć na bok nasze kompleksy. Jesteśmy nie tylko pełnoprawnymi obywatelami naszego kraju i naszego regionu, ale przede wszystkim wartościowymi ludźmi. Każdy może mieć inne zdanie. Ważne jest, abyśmy mogli usiąść przy jednym stole, rozmawiać i wspólnie pracować nad najważniejszymi sprawami. Wzajemny szacunek – tylko tyle i aż tyle.

Towarzystwo Dobroczynne Niemców na Śląsku rozwija sieć klubów seniora
Poprzedni post

Towarzystwo Dobroczynne Niemców na Śląsku rozwija sieć klubów seniora

„Ze ściśniętym sercem w noc” – wyjątkowy dziennik Alberta Adamskiego
Następny post

„Ze ściśniętym sercem w noc” – wyjątkowy dziennik Alberta Adamskiego

Reklama

Schlesien Journal