Czy Opole identyfikuje się z regionem?
Zeszłotygodniowy „Kongres o mniejszościach” w Opolu był niewątpliwym sukcesem organizatorów, którzy pod wodzą dr. Marka Mazurkiewicza, z którym współpracuję w ramach Centrum Badań Mniejszości Niemieckiej, zorganizowali wydarzenie naukowe i popularyzatorskie międzynarodowego wymiaru.
Ta skala to w opolskim środowisku uniwersyteckim niecodzienność, dlatego przyłączam się do wielu gratulacji i pochwał, jakie UO wraz z szeregiem instytucji i NGO otrzymał. Wszak uczestnicy kongresu przyjechali z wielu krajów, by wymienić tylko Niemcy, Włochy, Francję, Szwajcarię, Czechy, Wielką Brytanię i inne. Kongres i towarzyszące mu posiedzenia zarówno Sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych, jak również Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych, przywiodły do Opola także polskich polityków. Pani wojewoda opolska Monika Jurek, otwierając kongres, powiedziała, że Opole na trzy dni stało się „stolicą mniejszości” oraz że „w owej różnorodności leży siła naszego regionu”, a wiceminister w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego Andrzej Szeptycki wyraził pogląd, że w czasach populizmu musimy bronić tej żywej różnorodności.
Na marginesie wykładów i debat na temat praw mniejszości, ich sytuacji językowej, kulturowej, ale także politycznej, trwały rozmowy kuluarowe, które bywają czasem ważniejsze od nurtu głównego. Bardzo wielu uczestników, często bardzo ważnych, jak na przykład prof. Nicolas Levrat, sprawozdawca ds. mniejszości w Komisji Praw Człowieka ONZ, było na Górnym Śląsku po raz pierwszy. Ponieważ wszyscy byli znawcami tematyki, przyjechali ze swoimi doświadczeniami różnych regionów mniejszościowych i rozwiązań w zakresie polityki mniejszościowej. Kilku z nich, czy to w czasie debaty, czy w rozmowie, wyraziło swoje zdziwienie, które stało w zupełnej sprzeczności z przytoczonymi słowami p. Moniki Jurek.
Trudno było kłócić się komentarzem, że widocznie Opole nie identyfikuje się z niemiecką częścią społeczności regionu.
Otóż w żaden sposób w Opolu nie potrafili znaleźć jakiegokolwiek śladu tego, iż jest to stolica regionu, który zamieszkuje jakakolwiek mniejszość narodowa czy językowa. A patrzyli uważnie na ulice, wystawy sklepowe, tablice informacyjne, urzędowe, menu w restauracjach, języki używane w recepcjach hotelowych, zachodzili do kościołów… i śladu polityki mniejszościowej czy wpływu ustawy mniejszościowej nie zauważyli.
Na słowo przyjmowali informację, że już w podopolskich wioskach pojawiają się szyldy miejscowości w dwóch językach, ale jednocześnie z kongresu wiedzieli, że gdy tylko Opole wchłonęło kilka z nich, natychmiast zniknęły ich dwujęzyczne nazwy. Oczekiwali, że skoro zdaniem wojewody siła regionu leży w wielokulturowości, to jego stolicy, uniwersytetowi, kolei, urzędom, muzeom czy bibliotekom (na elewacji MBP zauważyli obok cytatów po polsku jeszcze tylko… po angielsku) powinno zależeć na pokazaniu tego drugiego języka i kultury stanowiącej tę siłę. Tak bowiem jest we włoskim Bolzano/Bozen, rumuńskim Sibiu/Hermannstadt, niemieckim Bautzen/Budišin, hiszpańskim San Sebastian/Donostia i innych europejskich miastach.
Trudno było kłócić się komentarzem, że widocznie Opole nie identyfikuje się z niemiecką częścią społeczności regionu. Myśmy się do tego już przyzwyczaili. Ale przekonań gości nie zwiodły przemowy polskich polityków ani treść zapisów ustawowych. Może to zrobić tylko ich dobrowolna i niekoniecznie wymuszona realizacja. Szkoda, że politycy zaszczycili kongres swoją obecnością raczej tylko w czasie jego otwarcia, konferencji prasowych i wywiadów, i zapewne do nich takie głosy nie dotarły.
Dlatego, nie krytykując kongresu, celowo poświęcam temu wrażeniu gości zagranicznych moją kolumnę, aby może w ten sposób kongres oprócz efektu naukowego i prestiżowego dla miasta… poprawił coś na trwałe.