Jest znakomitym biznesmenem, dowodzi dwoma bardzo dobrze prosperującymi firmami. Jest aktywnym i oddanym działaczem mniejszości niemieckiej, lokalnym patriotą, kochającym Śląsk i…. wielkim fanem futbolu. O kim mowa? To człowiek orkiestra – Heinrich Nyolt, dla przyjaciół „Heini”, z którym rozmawia Krzysztof Świerc.
– Kim Pan się czuje – Niemcem, Ślązakiem, czy Polakiem?
– Jestem Niemcem, czuję się Ślązakiem i dla Śląska bije moje serce. A mówiąc krócej – mój Heimat, to Śląsk, a Vaterland, to Niemcy.

Heinrich Nyolt, Unternehmer und Lokalpatriot der Schlesien im Herzen trägt.
Foto: Tomasz Chabior
– Z wyksztalcenia jestem pan modelarzem odlewnikiem, dzięki czemu po skończeniu szkoły zatrudnił się w hucie Mała Panew. Jednak pod koniec lat 80-tych wyjechał pan do Niemiec, gdzie doskonale odnalazł się w trochę innej branży. Jak do tego doszło?
– Za nim znalazłem się w Niemczech w Polsce pracowałem także w firmie reklamowej. Bardzo mi się tam podobało, bo praca ta była pokrewna z moim wykształceniem i temu, co wykonywałem w hucie Mała Panew, a mianowicie musiałem wykonywać różne wzory, modele, szablony itd. Ze swoich obowiązków wywiązywałem się najlepiej jak potrafiłem. Co więcej pokochałem to zajęcie. Jednocześnie był to dla mnie sygnał, że pomimo nie znajomości wówczas języka niemieckiego wyjeżdżając z takimi umiejętnościami zawodowymi do Niemiec poradzę sobie. Wyznawałem bowiem zasadę – ważne jest to, co się potrafi, a nie dużo mówić, nic nie robić -.
– Efekt?
– Pomimo że wybudowaliśmy z małżonka dom w Dębskiej Kuźni, to w 1988 roku zdecydowałem się wyjechać do Niemiec, zostawiając w Polsce żonę. Domu jednak nie sprzedaliśmy po to, żeby móc wrócić do Heimatu. W Niemczech zacząłem pracować w dużej firmie, gdzie mogłem wykazać się swoimi umiejętnościami nabytymi w Polsce. Niestety, źle potoczyły się losy tego przedsiębiorstwa, bo jej szefostwo się nie dogadywało. Długo jednak nie rozpaczałem za zajęciem. Zatrudniłem się w drugiej firmie – ProLicht reklama świetlna w Hildesheim. Co ciekawe – założyli ją byli pracownicy z mojego poprzedniego przedsiębiorstwa z którymi pracowałem. Byli to wybitni i kreatywni specjaliści dzięki czemu ProLicht szybko stanął na silnych fundamentach.

Nyolt mit seiner Familie in Singapur
Foto: Privat
– Do tego stopnia, że pewnego razu ówczesny szef firmy ProLicht zwrócił się do pana z prośbą o załatwienie siedziby w Polsce. Stwierdził, że firma wchodzi z swoim produktem i stacjami benzynowymi BP na obszar Europy wschodniej. Konkretnie do Czech i Polski z naciskiem na Polskę.
– I nie dał mi dużo czasu. W ciągu tygodnia miałem mu coś znaleźć. Dlatego z miejsca zabrałem się do pracy. Najpierw dzwoniłem do swoich znajomych w Dębskiej Kuźni i w Ozimku i po półtorej godzinie znalazłem firmę, która była od razu do kupienia. Z informacją tą udałem się do swojego szefa. Zakomunikowałem mu – mam to, co Pan chce. Szef jednak odparł, że potrzebuje siedziby w Krakowie, a nie w okolicach Opola, bo w Krakowie swoją centralę miało wówczas BP. Jak jednak nie złożyłem broni. Przez dwie godziny zażarcie go przekonywałem, że w Krakowie nie mamy znajomych, wsparcia i że nas tam rozkradną. Wiedziałem o czym mówię, bo były to w Polsce ciężkie czasy – połowa lat 90-tych. Jednocześnie gwarantowałem mu, że jak zdecydujemy się na Ozimek, gdzie mam mnóstwo znajomych, to tak zabezpieczymy firmę, że nic przykrego się nie wydarzy.
– Okazał się pan przekonywujący?
– Owszem. Otrzymałem zielone światło i jeszcze w ten sam dzień pojechałem z Niemiec do Ozimka. Na drugi dzień spotkałem się z syndykiem masy upadłościowej i wszystko załatwiliśmy, a kilka dni później wróciłem do Ozimka z przysłowiowym workiem pieniędzy i kupiłem firmę na siebie. Na siebie, ponieważ wówczas Polska nie była jeszcze w UE i obywatel Niemiec nie mógł dokonać zakupu przedsiębiorstwa. Ja jednak miałem dwa dowody osobiste – polski i niemiecki, dzięki czemu na ten pierwszy mogłem w Polsce kupić, co chciałem i stałem się właścicielem firmy. Po paru latach przepisaliśmy ją na mojego szefa, który w dużym stopniu dzięki temu i mnie stał się milionerem, bo wszedł ze stacjami benzynowymi na dużą część wschodniej Europy, a ja? Nie otrzymałem za to nic! Ale taka była między nami umowa. Później jednak okazało się, że nadmiar pieniędzy w tej firmie nie wyszedł jej na dobre.

Die Familie Nyolt in Las Vegas
Foto: Privat
– To znaczy?
– Doszło do poważnych nieporozumień między szefami, wszedł nowy udziałowiec i wszyscy po kolei tracili pracę. Zrobiło się nieprzyjemnie i nic nie wskazywało, że będzie lepiej. W efekcie postanowiłem zaryzykować i pójść na własne. Założyłem firmę Kreon, która do dzisiaj ma się bardzo dobrze i jest na rynku już 28 rok. Z czasem przyszedł boom na oświetlenia ledowe i wtedy pomyślałem dlaczego nie założyć jeszcze jednego przedsiębiorstwa. Finał tej historii jest taki, że 15 lat temu kupiłem odpowiednie maszyny i otwarłem drugą firmę – „Tinaled” w Dębskiej Kuźni i tak to dzisiaj wygląda.
– Warto było pójść w prywatną działalność biznesową?
– Uważam, że tak. Jest to jednak jest bardzo ciężki chleb. Dodam, że przez pierwsze 20 lat jeżdżąc z Niemiec do żony w Polsce i z powrotem w tygodniu przejeżdżałem średnio dwa tys. km. Potem się to unormowało, a dzisiaj? Jest dużo spokojniej. Mieszkamy z żoną na dwa domy, u siebie na Śląsku w Dębskiej Kuźni i u siebie w Garbsen koło Hannoveru.
– Wydaje mi się, że warto jednak było skosztować tego „ciężkiego chleba”, bo dzisiaj stać pana na realizację marzeń – podróżowanie do najdalszych zakątków globu.
– To prawda. Zwiedziłem kawał świata – Kanadę, USA, Meksyk, Kubę, wszystkie Wyspy Kanaryjskie. Podróżowałem okrętem po Karaibach, odwiedziłem Dubai, Hiszpanie, Indonezję, Singapur, Turcję, Tunezję i wiele innych fascynujących krajów i miejsc. Jednak najpiękniejsze dla mnie pozostają Niemcy. Niemcy są cudowne jest tam tyle do zwiedzenia, że nie wiem, czy mi życia starczy, aby wszystko zobaczyć.
– Pomimo stania się twardym biznesmenem pozostał pan wrażliwym, empatycznym człowiekiem, który potrafi się dzielić. Aktywnie też angażuje się w życie swojego Heimatu oraz mniejszości niemieckiej. Dobitnym tego przykładem są szkółki „Miro” Deutsche Fussballschule, które w tym roku obchodzą 10-lecie powstania. Proszę powiedzieć, jak doszło do tego, że tak mocno zaangażował się pan w realizację tego projektu?
– Ponieważ wydawał mi się wspaniały i nadal tak uważam. To był strzał w przysłowiową „dziesiątkę”. Kiedy jednak powstał pomysł tworzenia szkółek „Miro”, pojawił się kłopot. Mniejszość Niemiecka chciała zająć się tym pomysłem, ale nie miała środków finansowych, podobnie gmina. Był to 2014 roku, a my byliśmy jeszcze pod wrażeniem gry Niemców i Miroslava Klose na mundialu w Brazylii, gdzie nasi zdobyli 4-ty tytuł mistrzów świata. Chcieliśmy ten fakt jakoś uświetnić i coś konkretnego zrobić, pomysłów było mnóstwo, ale… No właśnie – brakowało pieniędzy.

Nicht nur ein großer Aktivist der Deutschen Minderheit, sondern auch ein großer Fußballfan. Heinrich Nyolt.
Foto: Tomasz Chabior
– Jeden z pomysłów był taki, aby napisać projekt i tą drogę otrzymać jakieś środki.
– To prawda, ale okazało się, że na rozstrzygnięcie trzeba było czekać 2–3 lata. Do tego nie było żadnej gwarancji, że pieniądze otrzymamy. Wtedy wtrąciłem się do dyskusji i podjąłem decyzję – nie czekamy! Jeśli jedynym problemem jest brak pieniędzy, to ja ten projekt w 100 procentach sfinansuję, oczywiście pod patronatem mniejszości niemieckiej i tak się stało.
– Jakie były następne kroki i działania?
– Z przewodniczącym Rafałem Bartkiem jeździliśmy i szukaliśmy trenerów i koordynatorów. Dużo na ten temat rozmawialiśmy i analizowaliśmy, jak to najsprawniej zorganizować. Finalnie doszliśmy do wspólnego pomysłu wniosku i decyzji – postawimy na dzieci i młodzież! Konkretnie na naukę języka niemieckiego w oparciu o futbol. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że warto było. Jestem zachwycony i zbudowany tym, co się stało i tym, co dzisiaj widzę. Jestem dumny, że stworzono takie szkółki i że mogłem dołożyć do tego swoją cegiełkę. Patrząc na radość oraz postępy dzieci i młodzieży wiem, że było to warte każdych pieniędzy.
Heinrich Nyolt: „Doszliśmy do wspólnego pomysłu wniosku i decyzji – postawimy na dzieci i młodzież! Konkretnie na naukę języka niemieckiego w oparciu o futbol.”
– W tym czasie pojawiła się jeszcze jedna przeszkoda do pokonania. Dzieci potrzebowały boiska, co za tym idzie pojawił się drugi projekt do zrealizowania, w który też zaangażował się Heinrich Nyolt. Proszę przypomnieć, jak to było.
– W gmina Chrząstowice, w której mieszkam i gdzie powstała pierwsza w Polsce szkółka „Miro” Deutsche Fussballschule był poważny problem z boiskiem oraz całą infrastrukturą obiektu, która była w katastrofalnym stanie. Wtedy wpadłem na pomysł, że coś z tym zrobię. Na spotkaniu z prezesem klubu z Chrząstowic i zawodnikami zapytałem, czy chcą mieć obiekt z prawdziwego zdarzenia, którego nie trzeba się wstydzić, a wręcz przeciwnie? Odpowiedzieli że tak. Wtedy dodałem ok, ale za coś…
– No właśnie, za co?
– Chodziło o zmianę nazwy klubu, który od tego momentu miał się nazywać – 1.FC Chronstau/Chrząstowice. Podkreśliłem, że jeśli ten mój pomysł będzie zaakceptowany stworzę dwie murawy, kryte trybuny i zrobię nowoczesne zaplecze. Kilka głosów było przeciwnych, ale większość była na tak. W związku z tym zabrałem się za realizację tej wizji, do której dołączył się też wójt gminy Chrząstowice, Florian Ciecior, który wygospodarował środki, aby to boisko ogrodzić. Efekt jest fantastyczny. Ośrodek jest piękny, estetyczny i pełen życia. Odbywa się tam mnóstwo imprez o różnej randze, a mnie się serce cieszy. Czuję się spełniony i teraz w spokoju mogę się skupić na swojej rodzinie, ale… Na każdą prośbę ze strony mniejszości niemieckiej jestem otwarty i gotowy.