Oma zawsze mówiła, że starość się Panu Bogu nie udała. Ale kiedy myślę o wszystkich omach mojego dzieciństwa, to stwierdzam, że nie miała racji. Bo kiedy już odchowały dzieci i pochowały mężów, to były absolutnie wolne. Królowały na swoich podwórkach, w swoich kuchniach, wsiach, niepodzielnie. Wszechwiedzące, wszechobecne, widoczne, kiedy miały na to ochotę, przezroczyste, gdy chciały zniknąć. Absolutnie wspaniałe.
Całe moje dzieciństwo to była nadreprezentacja obecności kobiet. Silnych, zawiadujących życiem kobiet kapitanek i dyrygentek, postaci jednoznacznie pierwszoplanowych. Śląskich multitalentów w fartuchach, w biegu, w stanie permanentnego krzątania, z wiecznie zajętymi rękami i równie zajętą głową.
Klachy i klekoty
Mężczyźni pojawiali się gdzieś na marginesach. Wpadali po robocie na mittag, na fesper albo inny występ gościnny. Zostawiali po sobie brudne ubrania, hałasowali, ale żyli w swoim świecie: na podwórku, w szopie, na polu, na traktorze. Zawsze gdzieś się udawali, znikali na całe godziny. A jak byli, to prowadzili nudne rozmowy o cenie skupu świń czy zepsutym traktorze. Sens męskiego istnienia był dla mnie zagadkowy. Przecież to Oma i reszta babińca dyktowała rytm dnia. Czy było coś ważniejszego od doglądania pilątek? Od kulania klusek? Od robienia soku porzeczkowego? Bez kobiet na wsi świat ległby w gruzach w jeden dzień.

Od lewej: Oma Maria, Babcia Agnes i Oma Monika podczas mojej Pierwszej Komunii Świętej.
Foto: prywatne
Mimo to mieliśmy zakaz pałętania się pod nogami chłopom. Mężczyźni robili ważne rzeczy. Poważne. Od potykania się o nas były kobiety, ciotki, sąsiadki, znajome Omy, bezimienne i bezrobotne staruszki, patrolujące niestrudzenie na swoich kołach wieś. Do kościoła i z powrotem, na cmentarz i do sklepu. I do innych omów na klachy i klekoty. Lubiłam ich słuchać, bo nie stosowały absolutnie żadnej cenzury. Czasem tylko zauważały piorunujący wzrok Omy i płynnie przechodziły na niemiecki. To były te najlepsze historie. Ktoś kogoś zdradził, upił w sztok, czyjaś córka była w ciąży bez ślubu. Rozumiałam już wtedy całkiem dobrze, co mówią. Wkuwanie na pamięć z Omą modlitw, tych wszystkich „Vater unser” i „Gegrüßet seist Du Maria”, w końcu się na coś przydało.
Widzę wszystkie moje Omy dzisiaj, jakby to było wczoraj. Wspaniałe, nieustraszone, twarde, w ciągłym ruchu, z listą zadań w głowie.
Uciekająca Babcia
Wolność starych kobiet na wsi to była niezawisłość absolutna. Były za stare, żeby jeszcze cokolwiek musieć, robiły więc, co chciały, chodziły, gdzie chciały, wstawały i szły spać, kiedy przyszła im na to ochota. Taka właśnie była Babcia Agnes, teściowa mojej Omy. Mówiliśmy na nią Babcia ze względów praktycznych. Uroma zupełnie do niej nie pasowało. Mieszkała na wycugu i była absolutnie niesubordynowana. Z rana zazwyczaj wsiadała na swój czarny rower i ruszała w teren, w sobie tylko wiadomym celu. Nikt się nie orientował, gdzie jest i co robi. Pojawiała się i znikała, jak prawdziwa Hexa. Poirytowana jej samowolą Oma już nawet nie czekała na nią z obiadem, zostawiała jej coś na piecu, co zawsze można było dać kurom, jeśli Babcia nie będzie głodna. Nie pamiętam zresztą, żeby Babcia jadła. Była szczupła, żwawa i energiczna. W ciągłym ruchu skutecznie wywijała się śmierci aż do 94. roku życia. Wtedy pewnego dnia obudziła się, usiadła na łóżku i po prostu umarła. Bez zbędnych ceregieli. Wszyscy Babci tej śmierci zazdrościli, takiej szybkiej, bezbolesnej i dyskretnej. Znowu nam uciekła, tym razem na zawsze.

Babcia Agnes Jantos, z domu Heik, świętuje 90 urodziny.
Foto: prywatne
Królewska Oma
Potem na wycugu zamieszkała Oma Monika. W przeciwieństwie do Babci, która była klasyczną wiejską powsinogą, Oma uczyniła z wycugu swoją twierdzę, w której panowała niepodzielnie jak królowa, zapełniając piwnicę przetworami i zapasami w ilościach przemysłowych. Sama jadła na starość jak wróbel, ale przecież każdy gość musiał opuścić jej progi z kilkoma krauzami pieczołowicie przygotowanych dobrobytów. Oma mogłaby zostać bohaterką powieści pozytywistycznej, bo praca stanowiła sens jej istnienia. Jak nie gotowała, to pracowała w ogródku, w nieskończoność rozmnażając swoje ulubione żółte chryzantemy. Cała lauba wycugu była zastawiona doniczkami z ukorzenionymi roślinami. Gotowymi do adopcji.

Ślubne zdjęcie Omy Moniki Jantos, z domu Krzos i Opy Johanna Jantosa.
Foto: prywatne
Rzadko bywała na wsi, czasem tylko wybierała się do sklepu albo do kościoła. Do każdego wyjścia przygotowywała się jak na przyjęcie. Mantel, hut, taśka. Nieodzowne omine atrybuty. Zawsze miała fantastyczne wejścia. Pamiętam, gdy wchodziłyśmy do kościoła, kroczyła powoli i dostojnie, z enigmatycznym wyrazem twarzy, niczym królowa angielska. Ach, cóż to był za wspaniały chód, pochód bardziej. Stukot jej obcasów po kamiennej posadzce roznosił się dobitnie po całym kościele. Towarzysząc jej, czułam na sobie wzrok wszystkich ludzi. Ale oni patrzeli na Omę. I ona o tym doskonale wiedziała.
Anioł przy organach
Jeśli Oma, mama mojej mamy, miała w sobie coś z monarchini absolutnej, to mama mojego taty miała w sobie coś z anioła. Łagodny uśmiech, cichy głos, nieskończone pokłady cierpliwości. Oma Maria uwielbiała chodzić boso, wszędzie, szczególnie w ogródku. Była organistką, więc rozkład jej dnia był zsynchronizowany z ogłoszeniami parafialnymi. A że autorytet Kościoła przebijał w śląskiej rodzinie wszystko inne, nikt nie protestował, gdy Oma Maria znikała. To była jej wolność, te chwile przy kościelnych organach. I te na bosaka w ogródku.

Oma Maria Hurek, z domu Woschek.
Foto: prywatne
Widzę wszystkie moje Omy dzisiaj, jakby to było wczoraj. Wspaniałe, nieustraszone, twarde, w ciągłym ruchu, z listą zadań w głowie, wiecznie przejęte i zaangażowane, zawiadujące swoimi rodzinami, swoimi wsiami. Wciąż pełne sił, energii i chęci do życia, wciąż w najlepszym jego momencie.