Strażnik pamięci

28 grudnia 2025 Historia

Benedykt z Gochów – ten od „Gustloffa”

Gospodarstwo Reschków z Borowego Młyna w powiecie bytowskim historia omijała zaledwie o włos. Miedzą przy polu dziadków Benedykta po I wojnie światowej poszła bowiem polsko-niemiecka granica. Tak znaleźli się w Polsce. Ale czy chcieli, czy nie, być uczestnikami historii – i tak naznaczyła ich życie, jak wszystkich Kaszubów.

Reschkowie, chociaż już w Polsce, dalej w domu mówili po kaszubsku albo niemiecku i dalej pracowali na roli. Tak było i za Kaisera, i za Polaków.

Polskiego nauczył mnie „Robinson Crusoe”

Z Polską Benedykt spotkał się pierwszy raz jesienią 1945 r. Po trzech latach nauki w szkole niemieckiej trafił do klasy trzeciej szkoły polskiej.

Benedikt Reschke
Foto: Karolina Misztal

– Nauczyciel pisał na tablicy polskie słowa i tłumaczył nam, co znaczą i jak się je wymawia. Sz, cz, rz, ś, ć – nie mogłem się tego nauczyć. Pewnego razu, kiedy mówiłem o tym mamie, mojej skardze przysłuchiwała się sąsiadka. Wkrótce potem podarowała mi polskie wydanie „Robinsona Crusoe”. Zabierałem je do pasienia krów. Bardzo się męczyłem, ale przygody Robinsona mnie wciągnęły i powoli przeczytałem je całe. Mogę śmiało powiedzieć, że polskiego nauczył mnie „Robinson Crusoe” – żartuje Reschke.

Jak kto sobie wypchał, tak spał

Młody Benedykt po podstawówce chciał zostać elektrykiem. To był wtedy przyszłościowy zawód. Tylko że w 1949 r. nawet wychowawczyni nie wiedziała, gdzie jest najbliższa szkoła o tej specjalności. Za jej namową Benedykt napisał więc podanie do Liceum Pedagogicznego w Bytowie i został przyjęty. Ale nie od razu – najpierw były dwudniowe egzaminy wstępne.

– Najważniejszy był sprawdzian z muzyki. Wtedy nie wyobrażano sobie, że nauczyciel może nie umieć śpiewać.

Zakwaterowano go w internacie.

– Pierwszego dnia zaprowadzili nas do stodoły. Dali każdemu siennik i kazali wypchać go słomą. Jak kto sobie wypchał, tak potem spał – śmieje się Benedykt.

Przez całe liceum otrzymywał stypendium za wyniki w nauce.

Układanie życia

Z historią zetknął się w pierwszej pracy. Z nakazu przypadła mu ona w Przytocku w powiecie miastkowskim. W szkole natrafił na wiele dokumentów w języku niemieckim, a książki miały stempel: „Szkoła Podstawowa w Przytocku z niemieckim językiem nauczania”.

– Jak to możliwe, skoro w Polsce obowiązuje zakaz nauczania w językach obcych? – pomyślałem. Wkrótce dowiedziałem się, że takich szkół na Pomorzu było znacznie więcej.

Benedikt Reschke
Foto: Karolina Misztal

Młody Benedykt był jednak wtedy zajęty układaniem sobie życia i nie drążył tematu. Niebawem poznał pewną dziewczynę – Gretę Mühl, tak jak on Kaszubkę, nauczycielkę. Tata Grety, kiedy budowała się Gdynia, dostał w stoczni dobrą pracę i pozostał w niej także po II wojnie. Mieszkali więc w Polsce, ale nie czuli się Polakami, co na Kaszubach nie budziło zdziwienia.

Poznali się na gwiazdkę 1959 r. przez siostrę Benedykta mieszkającą wtedy w Gdyni. W maju 1960 r. – ślub, potem dzieci: pierwsze, drugie, trzecie. Mieszkali w domu mamy Grety, wtedy już wdowy.

Oboje najpierw skończyli studia pedagogiczne na Uniwersytecie Śląskim, a następnie podyplomówkę dającą prawo nauczania w liceum. Z czasem przeszli do Liceum nr 4 w Gdyni, gdzie pod koniec lat 70. zastała ich emerytura.

Druga miłość – Gochy

Na emeryturze Benedykt oddał się historii Kaszub, a szczególnie Gochów, z których pochodził. Zaczął też interesować się niemieckim szkolnictwem na Pomorzu. Dlaczego pomimo zakazu ono istniało?

– Na Pomorzu pozostało bardzo dużo ludności niemieckiej. Nie uciekła przed Rosjanami, bo władze niemieckie zabroniły ewakuacji. Kiedy na nią zezwolono – jedyną drogą ucieczki było morze. Pozostały w większości kobiety i dzieci. Byli potrzebni do pracy w majątkach ziemskich, którymi do 1950 r. zarządzała Armia Czerwona. To Rosjanie powołali te szkoły i do 1950 r. im podlegały. Doliczyłem się ich 140. Kiedy się wynieśli, przeszły pod polski zarząd. Istniały do 1958 r. Po tym roku nie było już kogo uczyć po niemiecku. Na mocy porozumienia polsko-niemieckiego pozwolono Pomorzakom na wyjazdy do Niemiec – relacjonuje Benedykt Reschke.

– Nie znam dokładnej liczby uczniów. Wiem, że jej absolwentem jest Detlef Rach, przewodniczący mniejszości niemieckiej w Słupsku, i był Jeske, nieżyjący już przewodniczący mniejszości niemieckiej z Koszalina.

Wydał o tym sześć książek, siódma czeka na druk.

Najpierw w tajemnicy

O tragedii „Gustloffa” dowiedział się w 1952 r., w tajemnicy, od wujka żony.

– Bardzo się tym przejąłem, szczególnie gdy dowiedziałem się, że Rosjanie zatopili jeszcze dwa inne statki z uchodźcami – „Steubena” i „Goyę”.

W 1996 r. Gdynianie postanowili założyć własną organizację.

– Ja zostałem przewodniczącym i jestem nim do dzisiaj – opowiada dalej.

Wcześniej powstała organizacja niemiecka w Gdańsku i Gdynianie, w tym Benedykt i Greta, jeździli na spotkania do Gdańska.

Benedikt Reschke
Foto Karolina Misztal

Niemal od początku swego istnienia gdyński związek zaczął przypominać wszystkim o największej tragedii morskiej wszech czasów – zatopieniu przez rosyjską łódź podwodną wycieczkowca „Wilhelm Gustloff” w styczniu 1945 r. Uciekały nim z Pomorza i Prus Wschodnich tysiące ludzi. Było to pierwsze upamiętnienie tej tragedii w Polsce i być może na świecie.

Dzieci było 6,5 tysiąca

– Zaczęliśmy od nabożeństwa za ofiary „Gustloffa”, ale potem dołączyliśmy ofiary z pozostałych statków. Szum się podniósł, gdy w Kościele Morskim w Gdyni wmurowaliśmy tablicę pamiątkową. Zarzucono nam, że honorujemy hitlerowców, esesmanów. Na „Gustloffie” na 10 tys. pasażerów samych dzieci było 6,5 tysiąca. Żołnierze byli tam tylko ranni. Skąd to wiem? Od Heinza Schöna, który na „Gustloffie” był zastępcą ochmistrza i prowadził spis pasażerów. Heinz miał wtedy 19 lat. Spis był podwójny – jeden egzemplarz na statku, drugi w porcie. Heinza z wody wyciągnęli marynarze ze statku ratowniczego. Już na początku lutego 1945 r. ponownie był w Gdańsku i zabrał do Niemiec listę pasażerów „Gustloffa”. To na jej podstawie można było policzyć ofiary. Heinz, z którym się przyjaźniłem, napisał kilka książek o tym. Zmarł w kwietniu 2013 r., a jego prochy spoczęły na „Gustloffie”.

Benedikt Reschke
Foto Karolina Misztal

Dlaczego ja?

Benedykt nie ma cienia wątpliwości, że to on powinien był zająć się upamiętnianiem ofiar „Gustloffa”, „Goyi” i „Steubena”.

– Kiedyś spacerowałem z żoną po plaży w Łebie. Spotkaliśmy człowieka, naszego ziomka – Kaszubę. Kiedy dowiedział się, kim jesteśmy, otworzył się przed nami i opowiedział, jak zimą 1945 r. na tej plaży zbierał zwłoki dzieci i chował je w ziemi. Trwało to długo. Tego nie da się zapomnieć.

Benedikt Reschke
Foto Karolina Misztal

Członkinią Związku Ludności Niemieckiej w Gdyni była Łucja Bagińska, jedna z ocalałych, która po wojnie mieszkała w Polsce. Do lodowatej, czarnej wody z tonącego „Gustloffa” skoczyła z półtorarocznym synkiem. Kiedy się ocknęła – nie było go przy niej.

– To się nie może powtórzyć – zapewnia Benedykt.

Od 1996 r. uroczystość odbywa się co roku. Obecnie bierze w niej udział nawet prezydent Gdyni, Aleksandra Kosiorek. Greta Reschke bardzo się tym przejmuje i angażuje – co roku pisze wiersz związany z tą tragedią.

W czerwcu 2025 r. Benedykt Reschke otrzymał medal „Za zasługi na rzecz pojednania polsko-niemieckiego”, przyznany mu przez marszałka województwa pomorskiego. On i Greta przez całe życie pracowali na rzecz pojednania.

 

Greta i Benedykt Reschke obchodzili 65. rocznicę ślubu:

Żelazne gody Benedykta i Grety Reschke

 

 

Panteon Górnośląski, czyli polski punkt patrzenia
Poprzedni post

Panteon Górnośląski, czyli polski punkt patrzenia

Polskie ofiary niemieckiej okupacji zostaną upamiętnione również w Berlinie
Następny post

Polskie ofiary niemieckiej okupacji zostaną upamiętnione również w Berlinie

Reklama

Ostatnie wpisy autorów

Schlesien Journal