Niewiele osób w Miechowicach potrafi dziś z własnej pamięci opowiedzieć o terrorze stycznia 1945 roku. Jedną z nich jest pani Elfryda, która miała wówczas zaledwie trzy miesiące i której rodzina padła ofiarą przemocy. Jej historia jest reprezentatywna dla wielu losów, które długo były skrywane w tajemnicy, a których ślady do dziś widoczne są na cmentarzu miejscowego kościoła Świętego Krzyża.
„Z opowieści mojej matki wiem tylko, że wypędzili naszego ojca z piwnicy wraz z innymi mężczyznami”, wspomina pani Elfryda. „Kazali im iść na ulicę Stolarzowicką, na skraj lasu. Tam zostali rozstrzelani. Mój ojciec i brat mojej matki leżeli później obok siebie, obaj martwi”.
Pochowani w prowizorycznym grobie masowym
Nie wie, jak długo ciała leżały w lesie. W pierwszych dniach po morderstwach panował strach i przerażenie, dlatego początkowo nie można było ich odnaleźć. Dopiero później krewni mogli zabrać ciała zmarłych. Jej matka wyruszyła zimą samotnie z saniami, aby odzyskać ciało męża, któremu częściowo brakowało zębów z powodu rany postrzałowej; jej ciotka odzyskała ciało męża, brata matki, któremu w wyniku rany postrzałowej brakowało części głowy. Przy obecnej ulicy Warszawskiej ciała złożono obok siebie w nieuporządkowany sposób w długim, prowizorycznym grobie zbiorowym, prawdopodobnie wykopanym przez kobiety. Po jego zasypaniu rodziny musiały same zapamiętać przybliżone miejsce pochówku.

Grób Emila Kontnego jako jedyny przypomina o styczniu 1945 roku.
Foto: A.P.
W latach 70. XX wieku rozpoczęto likwidację grobu zbiorowego i ekshumację szczątków. „Przez trzy dni mama przebywała w miejscach wykopywania zwłok, próbując rozpoznać naszego ojca”, wspomina pani Elfryda. „Mama rozpoznała ojca po kościach, bo był bardzo wysoki, po nogach i czaszce, a także po pasku od kurtki, który miał na sobie”. Nie było żadnej ceremonii ani wtedy, ani później – Zakład Zieleni Miejskiej ekshumował szczątki, umieścił kości w skrzyniach i przewiózł je na cmentarz. Mojej matce przyznano miejsce w grobie, ponieważ ktoś jej je ofiarował; mój ojciec został tam pochowany. Na grobie nie ma inskrypcji, więc wszystko odbyło się po cichu i w ukryciu.
Ślady na cmentarzu w Miechowicach
Chociaż wiele rodzin, które ucierpiały w wyniku tragedii, nigdy nie podało stycznia 1945 roku jako daty śmierci swoich bliskich, do dziś można znaleźć grób, który przypomina o tych tragicznych wydarzeniach. Większość grobów została przeniesiona lub oczyszczona, a informacje o ofiarach w wielu przypadkach zniknęły z nagrobków. Było to nie tylko konsekwencją późniejszych decyzji administracyjnych, lecz także wyrazem strachu, jaki wiele rodzin latami odczuwało, unikając ujawnienia okoliczności śmierci swoich bliskich. W rezultacie wiele grobów straciło swoje pierwotne znaczenie jako miejsca pamięci i stało się anonimowymi elementami krajobrazu cmentarza.
Szczególnym punktem miechowickiego cmentarza jest symboliczny grób Emila Kontnego. Jest to jeden z niewielu nagrobków, który nadal nosi bezpośrednie nawiązanie do wydarzeń ze stycznia 1945 roku. Jedyną podaną datą śmierci jest 1 stycznia 1945 roku, z inskrypcją „Żegnaj”.
Symboliczny grób Emila Kątnego
Marcin Jaksik z mniejszości niemieckiej w Bytomiu wie jednak, że data ta nie odzwierciedla faktycznej daty jego śmierci.
„Z dokumentów wynika, że mężczyzna zmarł 31 stycznia, ale celowo pominięto dokładną datę. Chodziło o to, aby nie podkreślać faktu, że większość ofiar Armii Czerwonej zginęła w ciągu pięciu dni – ponad trzysta osób. Grób, najwyższy w tej części cmentarza, jest dziś niemym świadkiem tragedii i jednym z ostatnich czytelnych śladów tamtych wydarzeń”, wyjaśnia Jaksik.

Śladów po masowym pochówku już nie ma.
Foto: A.P.
Pamięć o ofiarach tragedii w Miechowicach zachowała się również poza cmentarzem. W kościele Świętego Krzyża w Miechowicach znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona zamordowanym mieszkańcom dzielnicy.
„Została ona sfinansowana ze składek mniejszości niemieckiej oraz stowarzyszeń byłych bytomian mieszkających w Niemczech”, wyjaśnia Jaksik. „Początkowo tablica nie znajdowała się w kościele. Przez długi czas znajdowała się w kaplicy cmentarnej. Dopiero po gruntownym remoncie kościoła została przeniesiona do środka, gdzie znajduje się do dziś”.
Kim były ofiary?
Jak podkreśla Jaksik, przez długi czas nie było jasne, jak upamiętnić ofiary tych wydarzeń.
„Nie do końca trafne jest stwierdzenie, że byli to Niemcy. Coraz częściej podkreśla się, że byli to po prostu Ślązacy, ludzie, którzy od pokoleń zamieszkiwali te ziemie”, mówi Marcin Jaksik. Jego zdaniem historia Tragedii Górnośląskiej, w szczególności tragedii w Miechowicach, wciąż nie została w pełni opowiedziana. „Ta historia nie zawsze jest przedstawiana tak, jak byśmy sobie tego życzyli, zwłaszcza z perspektywy rdzennych mieszkańców”, podsumowuje.
Tragedia w Miechowicach pozostaje jednym z najboleśniejszych i przez lata przemilczanych rozdziałów historii Górnego Śląska, a jej ślady są widoczne do dziś w anonimowych grobach i niepełnych formach pamięci. Przywrócenie pamięci o ofiarach to nie tylko historyczny obowiązek, lecz także próba oddania głosu mieszkańcom tej ziemi, których losy przez dziesięciolecia były marginalizowane w oficjalnej narracji.
Andrea Polanski