Kulinarny powrót do śląskich korzeni
Dolny Śląsk oszalał na punkcie grzybów – zresztą dzieje się tak co roku. Za świeżymi grzybami rozglądamy się i my, choć bez presji, by kosz musiał być pełen. Samo wyjście do lasu, jego szum i zapach są już wystarczającą nagrodą. A jeśli znajdziemy tu i tam podgrzybka, maślaka czy prawdziwka, to perspektywa uczty kulinarnej w domu wywołuje szeroki uśmiech.
Na grzyby chodzimy rodzinnie od zawsze. One kochają Dolny Śląsk miłością w pełni odwzajemnioną. Wytrawni grzybiarze utrzymują w tajemnicy miejsca swoich zbiorów, co uważam za zjawisko nieco dziwaczne, bo przecież las jest dla każdego. Z reguły nie przepadam za tłumem szalejącym i hałasującym w lesie, więc wybieram miejsca, gdzie prędzej stanę oko w oko z jeleniem niż z drugim człowiekiem. Dwie, góra trzy godziny na łonie natury wystarczą, żeby zebrać odpowiednią ilość grzybów, delektować się bliskością przyrody i poćwiczyć wszelkie mięśnie – bo grzybobranie to przecież lekkoatletyka w czystej postaci.
I tak we wrześniu, przy okazji wyjazdów w teren, zajrzałam oczywiście do lasu, i to nie raz. Do domu po pierwszym rekonesansie w okolicy Milicza wróciłam z aromatycznymi trofeami, które posłużyły m.in. jako baza do sosu. W tym tygodniu przyszła kolej na zupę grzybową. Ugotowałam moją ulubioną, z dodatkiem kaszy. Dokładnie oczyszczone grzybki (mieszanka leśna) poddusiłam na cebulce z masłem, dodałam bulion mięsny i kaszę, a po ok. 20 minutach zupa już była gotowa.

Wie jedes Jahr um diese Zeit steht Niederschlesien im Pilzfieber.
Foto: M. Janik
Grzyby są przyjemnym urozmaiceniem nie tylko domowego jadłospisu, ale także menu restauracyjnego. Jako pożywny posiłek o dużej wartości odżywczej wzbogacają dietę o witaminy z grupy B, minerały (potas, fosfor, magnez) i – co dla niektórych ważne – są niskokaloryczne. W połączeniu z gotowanymi ziemniakami smakują wyśmienicie, a na danie wcale długo nie trzeba czekać.
W oryginalnym przepisie nie ma ilości składników, ale i ja uważam, że kuchnia to nie apteka – warto dopasować produkty do swoich upodobań i bawić się przygotowując potrawę z rodzinnym sznytem.
A że sezon grzybowy w pełni, proponuję rodzinny przepis, jaki dostałam jakiś czas temu od znajomego. Grzyby, które pierwotnie wykorzystano, zbierane były zapewne w okolicy Pilchowic, skąd pochodziła teściowa Michaela. Ode mnie natomiast doszedł akcent wykańczający zupę – odrobina kwaśnej śmietany oraz szczypiorek. Lubimy bawić się smakiem. Mam nadzieję, że babcia Kastner oraz Michael nie mieliby nic przeciw. A jednocześnie cieszę się, że mogłam odtworzyć kolejny smak dawnego Dolnego Śląska.

Kattowitzer Zeitung 1941, Nr. 253: Pilzgraupen.
Foto: M. Janik
W oryginalnym przepisie nie ma ilości składników, ale i ja uważam, że kuchnia to nie apteka – warto dopasować produkty do swoich upodobań i bawić się przygotowując potrawę z rodzinnym sznytem.
Śląska zupa grzybowa według przepisu babci Kastner

Schlesische Pilzsuppe nach Oma Kastner
Foto: M. Janik
Składniki:
300 g grzybów (borowiki, rydze, podgrzybki)
200 g ziemniaków, pokrojonych w kostkę
3 łyżki marchwi, startej na grubych oczkach
3 łyżki selera, startego na grubych oczkach
3 cebule
1 l bulionu warzywnego
suszona papryczka chili (do smaku)
40 g mąki
30 g masła
sól, pieprz
natka pietruszki do posypania
Przygotowanie:
Grzyby oczyścić i pokroić – niezbyt drobno.
Gotować w bulionie warzywnym ok. 20 minut (pieczarki nieco dłużej).
Od początku dodać 2–3 całe cebule oraz małe kostki ziemniaków, a według uznania także suszoną papryczkę chili. Te ziemniaki rozgotują się i nadadzą zupie gęstości.
Po 20 minutach dodać grubo startą marchew, grubo starty seler oraz kolejną porcję ziemniaków pokrojonych w kostkę. Gotować dalsze 10–15 minut, aż wszystkie warzywa będą miękkie.
Przygotować zasmażkę z masła i mąki, lekko zrumienić i wlać do gotującej się zupy.
Doprawić solą (oszczędnie, ponieważ bulion jest już słony) i pieprzem. Na talerzach posypać posiekaną natką pietruszki.
Moja rada: łyżka kwaśnej śmietany i odrobina szczypiorku nadają zupie wyjątkowego smaku.
Tak więc – chodźmy na grzyby!