Literackie ślady ludzkich tragedii.

25 stycznia 2026 Historia

O powojennych obozach na Górnym Śląsku i tuż obok

Pamięci mojego pradziadka, Augusta Jaschika, zamordowanego w powojennym obozie w Mysłowicach

Powojenny Górny Śląsk to nie koniec wojny, lecz początek tragicznych dziejów tego regionu, które weszły do opracowań historycznych pod nazwą Tragedii Górnośląskiej. Lecz historia nie kończy się w podręcznikach, ona wciąż trwa w lokalnych i rodzinnych opowieściach. I o ile określenie Tragedia Górnośląska nie budzi dziś raczej kontrowersji, o tyle wydarzenia, które się za nim kryją, wciąż rozpalają umysły.

Obozy i problem ich nazwania

Jedną z odsłon owej tragedii były obozy, w których przetrzymywano tysiące autochtonów, czy to Ślązaków, Niemców, czy też osoby „niepewne narodowo”. Powody były polityczne, ideologiczne bądź po prostu wyssane z palca, skoro wśród uwięzionych znajdowały się całe rodziny, a nawet dzieci.

Historycy mają na ten temat wiele do powiedzenia, lecz wciąż trudno im ustalić, jakich w tym kontekście użyć słów. Czy były to po prostu obozy w powojennej Polsce? A może obozy komunistyczne? Obozy pracy przymusowej? Obozy odosobnienia? A może obozy koncentracyjne? Każde z tych określeń ma inny ładunek emocjonalny, każde znajdzie swoich zwolenników i oponentów.

Kopalnia Węgla Kamiennego Centrum Foto: Nina Nowara-Matusik

Bez wątpienia obozy powstawały często w miejscu dawnych obozów hitlerowskich, ale także w pobliżu zakładów pracy, kopalń i hut, których na Górnym Śląsku było bez liku. Bez wątpienia Zgoda, Łambinowice czy Mysłowice to miejsca, które szczególnie mocno zapisały się w zbiorowej pamięci regionu. Bez wątpienia ofiary, które zmuszono do milczenia, coraz częściej zaczynają mówić. Choć dla wielu z nich jest już zbyt późno, a ich potomkom groza wciąż pęta usta. Na ratunek przychodzi jednak literatura, która odtwarza ślady ludzkich tragedii i pozwala wypowiedzieć to, co niewypowiedziane. To ona otwiera przestrzeń dla słów, których próżno szukać w historiografii. I to ona wreszcie ocala pamięć o ludzkich dramatach, jakie nierzadko rozgrywały się tuż za miedzą.

Reportaż jako archiwum pamięci

Przeszukując owo literackie archiwum pamięci, trudno pominąć reportaż „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku” Zbigniewa Rokity. Książka szybko trafiła do szerokiego grona czytelników, wywołała żywą debatę i stała się jednym z najgłośniejszych głosów o Górnym Śląsku w ostatnich latach. Podwójna Nagroda Literacka Nike, przyznana zarówno przez jury, jak i przez publiczność, tylko potwierdziła jej wyjątkową rangę. To sprawiło, że reportaż Rokity odegrał istotną rolę w kształtowaniu ogólnopolskiej pamięci i wyobrażeń o regionie.

Odsłaniając różnorakie oblicza Górnego Śląska, narrator trafia także do Świętochłowic, „na sympatyczne działki” w dzielnicy Zgoda, powstałe na terenie „powojennego obozu koncentracyjnego”. Językowe zrównanie obozu koncentracyjnego z polskim obozem jednak nie następuje. W tekście nie znajdziemy tego typu terminologicznych rozstrzygnięć. Narrator zwraca jedynie uwagę, że wciąż toczy się na ten temat spór, a czytelnik sam może ocenić, czy ów „górnośląski archipelag Gułag” tak właśnie powinien być nazywany.

Za pamięcią miejsca podąża także Grażyna Kuźnik w reportażu Hektary Morela. 10 reportaży o COP Jaworzno. I choć Jaworzno to już bardziej Małopolska niż Górny Śląsk, mechanizmy niepamiętania o bolesnej przeszłości są podobne. Gdy reporterka próbuje wypytać mieszkańców miasta o ślady dawnego obozu i w końcu zadaje wprost niewygodne pytanie, czy wiedzą, co znajdowało się tuż po wojnie w miejscu dzisiejszej szkoły, trafia na mur milczenia. Tylko jedna osoba, „ktoś”, odpowiada, że był tam „obóz koncentracyjny dla Niemców, a później więzienie”. Również tutaj nie ma jednoznaczności co do właściwej nazwy obozu. Obok „obozu przejściowego” pojawiają się pojęcia takie jak „obóz pracy”, „obóz pracy przymusowej” oraz „obóz karny”.

Problem odpowiedniego nazwania powojennych obozów w Polsce najpełniej wybrzmiewa u Marka Łuszczyny. W ostatnim rozdziale reportażu Mała zbrodnia, zatytułowanym „Dzisiaj”, ten językowy i moralny dylemat trafia w sam środek wielogłosowej, osobistej refleksji. Stawiając sobie całą serię niewygodnych pytań, narrator pokazuje, jak wielką moc mają słowa i jak trudnym tematem jest historia Górnego Śląska. To pytania, które nie dają spokoju również czytelnikowi.

Fikcja literacka i śląska perspektywa

Inną niż dokumentalna formą literackiej pamięci o obozach jest opowiadanie Afy Dominiki Bary, przy tym bardzo oryginalne. Zamiast opowiadać historię krok po kroku, Bara łączy sceny z przeszłości, z obozu Zgoda, z wydarzeniami z początku XXI wieku. W efekcie wstrząsające wspomnienia uwięzionych dzieci przeplatają się z opowieściami o poszukiwaniu sprawiedliwości i własnej tożsamości. Najciekawsze jest jednak to, że autorka konsekwentnie trzyma się śląskiej perspektywy. Jej bohaterowie mówią o swojej tragedii po śląsku, nadając jej autentyczność. Szkoda, że ta książka nie zdobyła dotąd ogólnopolskiej uwagi.

Większą popularnością niż opublikowane w niszowym wydawnictwie Afy cieszy się bez wątpienia Sabina Waszut i jej powieść Ogrody na popiołach. Już w samym tytule Waszut wykorzystuje retoryczny kontrast, jaki wywołuje zestawienie wizji ogrodu z obozem, sielanki z grozą, zastosowany wcześniej także przez Rokitę. Wyraźna jest również intencja autorki, która określa książkę jako „powieść o powojennym obozie, o którym milczała historia”. Chodzi zatem o przełamanie tabu, wypowiedzenie i nazwanie tego, co podlegało zewnętrznej lub wewnętrznej cenzurze. W wypowiedziach bohaterów pojawiają się słowa „obóz pracy”, „obóz zagłady”, „obóz śmierci” oraz „obóz koncentracyjny”. Żadne z nich nie prowadzi jednak do jednoznacznych odpowiedzi, gdyż ważniejsze od językowych sporów wydaje się pojednanie, z oprawcą oraz z samym sobą.

Na ratunek przychodzi jednak literatura, która odtwarza ślady ludzkich tragedii i pozwala wypowiedzieć to, co niewypowiedziane. To ona otwiera przestrzeń dla słów, których próżno szukać w historiografii. I to ona wreszcie ocala pamięć o ludzkich dramatach, jakie nierzadko rozgrywały się tuż za miedzą.

Na koniec literacki ślad Tragedii Górnośląskiej, jakiego próżno dziś szukać w związanym z nią miejscu: Oberschlesische Passion (Górnośląska pasja) Viktora Paschendy. Ta osadzona w większości w powojennym Bytomiu powieść ukazuje cierpienie rozgrywające się w samym centrum miasta, w obozie utworzonym w barakach przy najstarszej bytomskiej kopalni Karsten-Zentrum, przemianowanej po wojnie na Dymitrow, a po transformacji ustrojowej ponownie na Centrum. Przykopalniany obóz, stworzony w miejscu dawnego obozu dla jeńców wojennych, znajdował się tuż przy miejskim parku. Owa „katownia”, jak nazywa ją narrator, a zarazem mieszkaniec Bytomia, to jego zdaniem „kamień milowy” w „historii cierpienia trzech narodów”: Rosjan, Polaków i Niemców.

Najstarsza bytomska kopalnia jest dziś nieczynna. Powoli znikają po niej wszystkie ślady. Nie ma już także materialnych śladów dawnego obozu. Te zachowała tylko literatura.

prof. UŚ dr hab. Nina Nowara-Matusik


Tragedię Górnośląską tematyzuje również autorka Sabina Waszut

W trylogii „Rozdroża”:

Nie wstydzić się historii

 

 

W „Ogrody na popiołach” mowa o obozie na Zgodzie:

„Gärten auf Asche“

 

Schlesien Aktuell – Das Magazin am 25.01.2026
Poprzedni post

Schlesien Aktuell – Das Magazin am 25.01.2026

Gospodarka: W 2026 roku Niemcy będą zamożniejsi
Następny post

Gospodarka: W 2026 roku Niemcy będą zamożniejsi

Reklama

Schlesien Journal