Heinrich Jaschik zapali światła ostatni raz

24 grudnia 2025 Kultura/Edukacja

 

Dom, który rozświetlił Górny Śląsk

Przez ponad dwie dekady prywatne podwórko w Krapkowicach było publicznym miejscem ciepła, światła i spotkań. Heinrich i Eleonore Jaschikowie, członkowie mniejszości niemieckiej, co roku w okresie świąt Bożego Narodzenia otwierali swój dom dla tysięcy ludzi. Tej zimy ta wyjątkowa tradycja dobiega końca. Nie z braku pomysłów – lecz z wyczerpania.

To zwyczajny dom przy ruchliwej ulicy w Krapkowicach. Przy ulicy Chrobrego 77 od lat znajduje się prawdopodobnie najbardziej znany bożonarodzeniowy punkt spotkań regionu opolskiego. Nie dom stowarzyszenia, nie centrum kultury, lecz prywatny dom – otwarty dla wszystkich.

Foto: Archiwum

Heinrich i Eleonore Jaschikowie, mocno zakorzenieni w mniejszości niemieckiej na Górnym Śląsku, uczynili ze swojego domu otwarte miejsce spotkań. Bez biletów, bez zaproszeń, bez oczekiwań. Każdy, kto przyszedł, był mile widziany: sąsiedzi, rodziny, dzieci, seniorzy, ludzie z całej Polski – i z całego świata.

Tysiąc świateł zamiast jednego pomysłu

Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Heinrich Jaschik chciał „po prostu, żeby w święta było ładnie”. Jeden wąż świetlny, kilka drobnych dekoracji – nic więcej. Zamiast jednej lampki pojawił się jednak tysiąc. W najlepszych latach na posesji świeciło około 43 tysięcy świateł.

Że z prywatnej inicjatywy powstanie zjawisko znane w całym regionie, nigdy by się nie spodziewał – mówi dziś Jaschik. Wkrótce zaczęły pisać media, przyjeżdżały ekipy telewizyjne, zdobywano nagrody w konkursach. 18 dyplomów do dziś wisi w korytarzu domu – a Heinrich pokazuje je każdemu gościowi z takim samym entuzjazmem jak pierwszego dnia.

Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Heinrich Jaschik chciał „po prostu, żeby w święta było ładnie”. Jeden wąż świetlny, kilka drobnych dekoracji – nic więcej. Zamiast jednej lampki pojawił się jednak tysiąc.

Inspiracji Jaschikowie szukali w regionie, ale także w niemieckich programach telewizyjnych, pokazujących świąteczne iluminacje „na Zachodzie”. Dla Eleonore Jaschik sprawa jest jasna: „Dawniej znacznie więcej ludzi dekorowało swoje domy. Dziś zdarza się to rzadziej”.

Warsztat, który nigdy nie śpi

Przygotowania do adwentu nie zaczynały się w grudniu – lecz już latem. Każdą pojedynczą lampkę sprawdzano, naprawiano i ponownie okablowywano. Do tego dochodziły dziesiątki ręcznie wykonanych drewnianych dekoracji: piramidy, szopki, figury – a nawet wierna miniatura kościoła w Otmęcie.

Foto: Archiwum

Heinrich pracował od rana do wieczora. „Non stop”, jak sam mówi. Jego żona dodaje z przekąsem, że czasem trzeba było dosłownie wciągać go do domu na obiad. Jego ulubionym miejscem była przeszklona weranda przy wejściu – stamtąd mógł wszystko ogarnąć wzrokiem. Tam biło serce iluminacji.

Gdy policja kieruje ruchem

Moment, w którym dotarło do niego, że z prywatnego pomysłu powstało coś znacznie większego, przyszedł niespodziewanie: odwiedzający opowiadali mu, że na skrzyżowaniu – dziś jest tam rondo – policja kierowała ruchem. Tyle samochodów stało w korkach.

Początkowo ludzie nieśmiało zatrzymywali się przy płocie. Zdjęcia robione tylko z zewnątrz. „A przecież cała magia była w środku” – mówi Jaschik. Otworzyli więc bramę, oprowadzali gości, opowiadali historie, rozdawali dzieciom słodycze. Hałas, tłum, kamery – to nigdy nie było za dużo. Zmęczenie – tak, ale radość była większa.

Świat w przydomowym ogrodzie

„Chyba była tu cała Europa” – śmieje się Eleonore. Heinrich wymienia dalej: Madagaskar, Dubaj, Jerozolima, Stany Zjednoczone, Australia. Relacjonowała norweska telewizja, a odwiedzający filmowali światła, by pokazać je rodzinie w Republice Południowej Afryki.

Foto: Archiwum

Często pytano ich, skąd biorą na to wszystko siłę. Dziś oboje mówią otwarcie: tej siły jest coraz mniej. Heinrich ma 86 lat, Eleonore 77. Upadek, złamane biodro, chodziki – ciało stawia granice. Tym razem to Eleonore pomagała wynosić dekoracje. „To ostatni raz” – powiedziała stanowczo. Heinrich wydaje się mniej zdecydowany. Może kilka świateł mniej, może coś małego – „żeby nie było całkiem ciemno”.

Dla ludzi

Po co to wszystko? Heinrich odpowiada bez wahania: „Dla ludzi”. Dla rozświetlonych dziecięcych oczu, dla zdumienia tych, którzy przychodzą po raz pierwszy. Nigdy nie liczyli, ilu było gości. Nawet w czasie pandemii brama pozostawała otwarta – z maseczkami, bez tłoku, ale z sercem.

Muzyka w garażu i wspólnota zamiast samotności

Dziesięć lat temu narodziła się kolejna tradycja: Oder Blass Band zagrał koncert w garażu – w ramach podziękowania. Od tamtej pory muzyka stała się równie ważna jak światło. W tym roku koncert Oder Blass Band odbędzie się w sobotę, 27 grudnia, około godziny 16.30, w garażu domu – jak w poprzednich latach, otwarty dla wszystkich.

Foto: Archiwum

Bożonarodzeniowa iluminacja w swojej dotychczasowej, imponującej formie zostanie włączona po raz ostatni 6 stycznia, w święto Trzech Króli. Potem światło w Krapkowicach zgaśnie na dobre.

Święta czyli powtórka z rozrywki
Poprzedni post

Święta czyli powtórka z rozrywki

Słowo na Boże Narodzenie wikariusza biskupiego dr Petera Tarlinskiego
Następny post

Słowo na Boże Narodzenie wikariusza biskupiego dr Petera Tarlinskiego

Reklama

Schlesien Journal