Niezwykłe życie Renate Zajączkowskiej

11 października 2025 Historia , Kultura/Edukacja

„Nawet śniłam po niemiecku”

Kiedy dziś wchodzi się do jej wrocławskiego mieszkania, na ścianach wiszą jej zdjęcia z kanclerz Merkel i prezydentem Steinmeierem – ale historia Renate Zajączkowskiej zaczyna się w zupełnie innym miejscu: w rozdartych wojną Gliwicach. To dziecko tamtych czasów wyrosło na kobietę, która stała się głosem mniejszości niemieckiej na Śląsku.

Dzieciństwo w Gliwicach: między wojną a Heimatem

Renate Zajączkowska urodziła się w 1931 roku jako jedno z siedmiorga dzieci w niemieckiej rodzinie. Cała rodzina mieszkała w Gliwicach aż do końca wojny. Jej ojciec trafił do niewoli radzieckiej, ale matka – z różnych powodów – postanowiła nie uciekać.

„Na początku nie wiedzieliśmy, dokąd jechać. W Gliwicach mieliśmy dach nad głową, babcię, która miała ponad 80 lat, i troje nieletnich dzieci. Moja młodsza siostra, miała wtedy sześć lat, była ciężko chora – zapalenie opłucnej. Lekarz naczelny musiał ją wypisać ze szpitala, bo nie wiedział, czy wkrótce nie zostanie on przekształcony w wojskowy. A ponieważ nie zmuszano nas jeszcze do wyjazdu, zostaliśmy w Gliwicach” – wspomina.

Renate Zajączkowska w salonie.
Foto: F.L.

Renate, jej matka i rodzeństwo zbudowali w Gliwicach nowe życie. Musieli nauczyć się polskiego – co na początku było bardzo trudne. Pomogło im to, że matka lubiła czytać gazety. Ponieważ niemieckich już nie było, sięgnęli po polskie, ucząc się języka z codziennej lektury.

„Zawsze czuliśmy się Niemcami. Myśleliśmy po niemiecku. Nawet śniłam po niemiecku. I to było ważne. Na zewnątrz mówiliśmy po polsku, żyliśmy po polsku – i wiele od Polaków przejęliśmy.”

Niemieckie nabożeństwa i wieczory taneczne

Do ślubu Renate Zajączkowska pracowała jako księgowa w Gliwicach, nawet gdy część rodziny przeniosła się do RFN. W 1957 roku wyszła za mąż za nauczyciela starszego od siebie o ponad 20 lat. Choć miał polskie korzenie, nigdy nie próbował tłumić w niej niemieckiej tożsamości.

Wraz z nim przeprowadziła się do Wrocławia. Tam przyszły na świat ich dwie córki, wychowywane dwujęzycznie – po niemiecku i po polsku.

We Wrocławiu Renate miała bliższy kontakt z mniejszością niemiecką – w przeciwieństwie do Górnego Śląska, tu nadal odprawiano niemieckie nabożeństwa.

„W każdą niedzielę o 10:00 odbywała się msza w języku niemieckim. Były też msze urodzinowe i comiesięczne spotkania. To było takie miłe widzieć: tu Niemka, tam Niemiec. Wielu z nich przeprowadziło się tu z Głogówka czy Raciborza.”

„Zawsze czuliśmy się Niemcami. Myśleliśmy po niemiecku. Nawet śniłam po niemiecku. I to jest ważne.”
Renate Zajączkowska

Poza nabożeństwami odbywały się też wieczorki taneczne, w których Renate chętnie uczestniczyła. Na początku nie angażowała się w działalność organizacji mniejszości niemieckiej – pochłaniało ją wychowywanie dzieci. Odwiedzała jednak rodzeństwo w Niemczech, choć zawsze wracała do męża i córek do Wrocławia.

Nie zawsze było łatwo – w sąsiedztwie znano ją jako „tę Niemkę”:

„Mieszkaliśmy tam długo, a mimo to ludzie mówili: ,Gdzie jest klucz? U Niemki.’ Wszyscy wiedzieli, że jestem Niemką. Nigdy nas nie zapraszano – mówiono tylko: ,Mój mąż ożenił się z Niemką.’ Byłam outsiderką – i to nie zawsze było łatwe.”

A jednak Renate postanowiła nie wyrzekać się swojego pochodzenia. Z czasem zaczęła działać w organizacji mniejszości niemieckiej.

Początki w mniejszości niemieckiej

Gdy jej córki dorosły, Renate zapisała się do Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego we Wrocławiu, wówczas jeszcze filii organizacji z Wałbrzycha. Prawdziwy rozwój działalności nastąpił jednak dopiero po 1989 roku.

Renate Zajączkowska z córką w domu.
Foto: F.L.

Wraz z przewodniczącym Friedrichem Petrachem zabiegała o usamodzielnienie wrocławskiego oddziału. Utrzymywali kontakty z Niemcami i ziomkostwami w RFN. W 1992 roku organizacja została oficjalnie zarejestrowana i – dzięki wsparciu z Niemiec – mogła kupić własny budynek.

„Mieliśmy wtedy o wiele więcej możliwości. Prowadziłam duży magazyn odzieżowy, do którego trafiały rzeczy z Niemiec. Dostawaliśmy też żywność i artykuły higieniczne dla potrzebujących. Wielu Niemców otrzymywało bardzo niskie emerytury, bo ich lata pracy sprzed wojny nie były wliczane.”

Przewodnicząca Towarzystwa Dobroczynnego i NTKS

W 1996 roku współtworzyła Towarzystwo Dobroczynne Niemców na Śląsku, któremu przewodniczyła w latach 2003–2021. Rozwinęła je tak, że dziś ma około 500 oddziałów w całej Polsce.

„Zawsze chciałam pomagać biednym, bo jako dziecko byłam bardzo głodna. Dlatego każdy, kto przyszedł, dostawał coś. Jedzenie, kawę, kosmetyki… Jeśli ktoś mówił, że nie ma pieniędzy na żel pod prysznic – dostawał ode mnie. Tak pomagałam.”

Pomoc pochodziła głównie z darowizn i wsparcia rządowego z Polski i Niemiec. W czasie powodzi w 1997 roku Towarzystwo rozprowadzało paczki z pomocą nawet wśród ofiar z innych regionów kraju.

Od 2008 roku Renate Zajączkowska była także przewodniczącą NTKS we Wrocławiu, zastępując Friedricha Petracha. Choć miała już ponad 70 lat, nie brakowało jej zapału. Zorganizowała m.in. Festiwal Kultury Mniejszości Niemieckiej we Wrocławiu – jedno z najważniejszych wydarzeń w jej karierze.

„Do Hali Stulecia przybyło mnóstwo ludzi – także Polaków, którzy podziwiali nasze osiągnięcia mimo niewielkiego wsparcia. To był piękny festiwal.”

Życie po działalności publicznej

W 2019 roku zrezygnowała z funkcji przewodniczącej NTKS, a w 2021 roku – z funkcji przewodniczącej Towarzystwa Dobroczynnego. Miała wtedy 90 lat. Nadal jednak pozostaje aktywna.

„Nie chcę marnować czasu – chcę go dobrze wykorzystać. Dziś robię na drutach skarpetki dla potrzebujących. Do września zrobiłam już ponad 50 par – dla dzieci i dorosłych. Rozdajemy je w jadłodajni i u franciszkanów.”

Wiele wspomnień pozostaje tak świeżych, jak pierwszego dnia.
Foto: F.L.

Utrzymuje kontakt z dawnymi współpracownikami i regularnie otrzymuje pozdrowienia od niemieckich organizacji i byłego konsula Niemiec w Opolu. Na ścianach jej mieszkania wiszą zdjęcia z Angelą Merkel i Frankiem-Walterem Steinmeierem.

Życzenia na przyszłość

„Chciałabym, żeby mniejszość niemiecka znów była odważniejsza. Boli mnie, że nie mamy już swojego przedstawiciela w Sejmie. Powinniśmy być dumni, że kiedyś mieliśmy!”

Jest dumna, że jej córki i wnuczka znają niemiecki i podtrzymują tradycję.

„Mam nadzieję, że młodzi z mniejszości niemieckiej noszą niemieckość w sercach. Nie muszą jej na zewnątrz manifestować – ważne, żeby nią żyli.”

Stephan Mayer nowym prezydentem Związku Wypędzonych
Poprzedni post

Stephan Mayer nowym prezydentem Związku Wypędzonych

O winoroślach i smaku jesieni
Następny post

O winoroślach i smaku jesieni

Reklama

Ostatnie wpisy autorów

Schlesien Journal